Autor:

staraczkaaga1986

Data publikacji:

29.12.2014

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

Walcząc o szczęście - jakiekolwiek ma imię i gdziekolwiek jest...

Chyba potrzebuję gdzieś się wykrzyczeć...
Nie wiem czy to najlepsze słowa na rozpoczęcie tego pamiętnika, ale spróbujmy.

Staramy się, staramyyy, STARAMY! Minęło nam właśnie 2 lata tych starań i nic.
Ból, pustka, rozczarowanie, wszystko to co każdej staraczce nie jest nowe.

Ja mam 28 lat (jeszcze), a mój Maż 27.
Znamy się mam wrażenie od zawsze! Kochamy się i ślub był nam pisany,
piękny dzień, wszystko udało sie jak z katalogu! Suknia, ślub, wesele..
Nie myśleliśmy o dziecku, ja kończyłam studia, zaczynała się kariera, bo mój zawód jest jaki jest. Rok po ślubie doszliśmy do wniosku, że zaczniemy się starać o dzidziusia.
Pierwszy miesiąc nic, drugi, trzeci... Teraz mijają dwa lata.
Ja nie należę do osób które chcą zostawić bieg zdarzeń losowi, więc postanowiłam zacząć badania i się przygotować do ciąży. Oczywiście Teściowa (położna), mówiła, że to za wcześnie, że dajmy sobie czas, że się wszystko ułoży i po co chodzić po lekarzach..
A tu długo szukać nie trzeba było, bo wyniki męża okazały się fatalne.
Co gorsza - u mnie wszystko książkowo (bo maż obwinia się okropnie, a ja muszę być silna za nas dwoje).
Już byliśmy o krok od inseminacji, ale jak to lekarz stwierdził mówiąc do męża prosto w twarz "Pana nasienie jest do niczego"... cóż za etyka zawodowa.

Stanęliśmy przed wyborem in vitro / adopcja.

23.12.2014 - Mieliśmy Kwalifikację, nie wiem czy się cieszyć, ale jesteśmy w programie..
Jeśli się uda, startujemy w lutym, chyba że w marcu.. zależy od kariotypu i CFTR
Wiem tyle, że to będzie długi protokół i IMSI...

Boję się.

Komentarze

  • pysiamisia

    29/12/2014 - 14:12

    Głowa do góry... Wiem, ze nie jest łatwo. Ale mojego męża nasienie też nie było zbyt dobre. W planach mieliśmy kolejne IUI, a potem ewentualnie in vitro. W głowach coraz częściej też pojawiały się inne opcje... A teraz? Niespodzianka! Udało się naturalnie, choć ja już na to przestałam liczyć! Cuda się zdarzają - zdarzą się i Wam! :*

    Boże, użycz mi pogody ducha,
    abym godziła się z tym,
    czego nie mogę zmienić,
    odwagi,
    abym zmieniała to, co mogę zmienić,
    i mądrości,
    abym odróżniała jedno od drugiego.
  • avatar
    JMA

    29/12/2014 - 14:12

    Trzymam mocno kciuki za Was :) oby nowy rok przyniósł Wam upragnione szczęście :)

    Ma dusza mówi choć ciało nie chce słuchać, że muszę żyć da­lej bo mam dla kogo,muszę być sil­na i uśmie­chać się mi­mo bólu....
    A może tam w niebiosach, cze­ka na Ciebie pudełko czekoladek lecz następnym razem zostań z Nami...
  • avatar
    staraczkaaga1986

    29/12/2014 - 17:12

    Dziękuję za odpowiedź i że tu zaglądnęłyście!
    My nawet nie mieliśmy szansy na inseminację... byliśmy przed podejściem do niej, ale na chwilę przed, pan doktor stwierdził memu mężowi w twarz "Pana nasienie jest do niczego". Myślałam że się totalnie załamie. Staram się za nas dwoje trzymać się i nie dawać depresji i stanom załamywania się, ale nie jest to łatwe.
    Więc My nie mamy przed sobą już drogi wielkiego wyboru, albo in vitro i to IMSI, albo adopcja... Ja póki co nie potrafię powiedzieć Adopcji - TAK. Mam obawy większe niż przy in vitro. Choć ten drugi temat jest tematem trudnym i bardzo sprzecznym wśród naszych najbliższych. Niestety okazało się boleśnie kto jest z nami a kto przeciwko nam.

    04.2015 - pierwsza wizyta w OAO
    05.2016 - mamy kwalifikację!
    04.2017 - Zadzwonił TEN magiczny telefon i poznaliśmy naszego S

  • avatar
    nynyny

    29/12/2014 - 19:12

    Trzymaj się dzielnie, w końcu się uda. Wszystkie te badania, procedury, zastrzyki przy invitro to naprawdę nic strasznego, najgorsze jest to co masz w głowie - u mnie jest tak, że raz lepiej, raz gorzej. I nie przejmuj się tym, co inni mówią: najważniejsze, że masz obok siebie ukochaną osobę i razem dążycie do celu. Ja bliskość z moim M. uważam za największy sukces ostatniego roku, chyba jedyny..
    U mnie było podobnie - bardzo słabe wyniki M., jego załamanie, moje załamanie, wspólne wspieranie i walka.
    Nie wiem czy rozważasz - ale jest jeszcze trzecia opcja, która mi się wydaje abstrakcyjna, ale do której namawia mnie M. (widząc jak źle psychicznie znoszę to wszystko), a mianowicie AID (inseminacja nasieniem dawcy). To nie jest alternatywa dla in vitro, ale raczej dla adopcji..

    Mam nadzieję jednak, że nie będziecie musieli jej rozważać, tylko szybko doczekacie się ukochanego potomka :-) Trzymam mocno kciuki za Was :)

    2014-2015 -> 3 pełne procedury, 5 x ET, 7 zarodków, aż w końcu...
    02.2016 r. urodziła się nasza Kruszynka :love:

    05.2017 r. - crio :-)
    01.2018 r. urodził się Klusek :love:

  • avatar
    slonkozusa

    29/12/2014 - 20:12

    walcz do końca ja na swój cud czekaŁam 12 lat po drodze mam 3 straty i powiem ci warto było walczyć mam wspaniałego syna i tylko to się liczy nie te lata nie łzy nie emocjonalna huśtawka tylko ON życzę ci takiego cudu w 2015

    Mama trzech aniołków i synka Mikołaja ur 7 maj 2014 i syna Wiktora ur 27 listopad 2015
  • avatar
    staraczkaaga1986

    29/12/2014 - 20:12

    Najbardziej przykre jest to że osoby w których myślałam, że znajdziemy oparcie i pomoc, zawiodły...
    Mama Męża uważa, że in vitro jest złe, że to grzech, że albo chcemy być rodzicami albo mieć dziecko...
    Kobieta mająca własne dzieci i zajmująca się maluszkami na co dzień przez 30 lat, odbiera mi prawo do ciąży, poczucia dziecka w moim ciele, Naszego cudu!
    Maż się tym załamuje, że musimy teraz wszystko ukrywać, Oni się dopytują i mamy sytuację bez wyjścia.

    Co do nasienia dawny, ja tego nie dopuszczam. Jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić i chyba aż tak nie zależy mi na dziecku, sama bym chyba się też nie zdecydowała na to żeby mój mąż miał zapładniać inne jajeczko, jakoś by mi z tym było źle..
    Nie wiem, to moja odczucie, ale nikogo nie oceniam, dla mnie to nie jest coś złego, tylko ja akurat bym się nie mogła z tym oswoić.

    boję się w in vitro tylko mrożenia zarodków i tego co później, jeśli będzie ich jakimś cudem więcej..

    04.2015 - pierwsza wizyta w OAO
    05.2016 - mamy kwalifikację!
    04.2017 - Zadzwonił TEN magiczny telefon i poznaliśmy naszego S

  • avatar
    nynyny

    29/12/2014 - 21:12

    Nie bój się in vitro i nie martw na zapas. Poczytaj o tym trochę więcej, bo niestety mnóstwo mitów i nieprawdy jest powtarzanej - dlatego tak ciężko rozmawiać z bliskimi.
    My od początku założyliśmy, że to nasz problem i nie powiemy nikomu - głównie ze względu na dziecko, nie chcemy by było stygmatyzowane przez to, że jest z in vitro. A to na pewno w mojej ultra-katolickiej części rodziny by się wydarzyło.
    Mam dość swoich zmartwień, by jeszcze dodatkowo walczyć z otoczeniem..

    Co do ilości zarodków - wierz mi, ich nadmierna ilość to bardzo rzadki problem, częściej jest niestety odwrotnie :( Zwłaszcza w programie rządowym, gdzie zapładnia się tylko 6 komórek.

    Życzę ci siły do realizacji waszych marzeń i prawdziwie życzliwych ludzi wokół, tu na Forum znajdziesz ich całą masę :)

    2014-2015 -> 3 pełne procedury, 5 x ET, 7 zarodków, aż w końcu...
    02.2016 r. urodziła się nasza Kruszynka :love:

    05.2017 r. - crio :-)
    01.2018 r. urodził się Klusek :love:

  • avatar
    staraczkaaga1986

    29/12/2014 - 21:12

    Niestety to że Teściowa została wtajemniczona jest następstwem tego, że była z nami od początku, ona jedna, pierwsza. Zawsze otwarta i ciepła osoba, bardziej nowoczesna niż moja mama... ale życie bywa przewrotne!Ona od początku nam pomagała z badaniami, lekarzami. Niestety Im dalej w las tym było gorzej. Ciągle podrzucani nowi specjaliści - ale ginekolodzy. Brak zrozumienia, że u mnie wszystko gra, że problem mamy u Męża... Wieczne powtarzanie, poczekajcie, nie róbcie jeszcze badań - macie czas! A mnie coś podpowiadało żeby jednak zobaczyć czy jest wszystko ok.
    A jak się pojawił temat In vitro (nie u nas) to wyszło, jak do tego rodzice podchodzą i jak bardzo to potępiają. Teraz urywamy temat ale boję się że kiedyś powróci to pytanie, a mąż nie chce ich okłamywać i stwierdził, że wykrzyczy im to w twarz bo mu nie zależy jeśli oni nie chcą naszego szczęścia.
    Także temat jest bardziej bolesny gdy najbliżsi są przeciwko nam..

    04.2015 - pierwsza wizyta w OAO
    05.2016 - mamy kwalifikację!
    04.2017 - Zadzwonił TEN magiczny telefon i poznaliśmy naszego S

  • avatar
    merynos

    29/12/2014 - 21:12

    Cieszyć cieszyć ! A ultrakatolickiej części rodziny język pokazać :)

    Starania od 2010
    4 IUI :(
    2015 2x pełna procedura stymulacja i ICSI jednego zarodka :(
    2016 trzecia stymulacja - crio - :) TP 27.12.16

    Mój bocianowy blog - zapraszam: http://www.nasz-bocian.pl/blog/62353
  • avatar
    nynyny

    29/12/2014 - 23:12

    Możesz się zdziwić jak bardzo punkt widzenia się zmienia, gdy problem dotyka najbliższych, a nie jakichś postronnych osób. Naczytałam się mnóstwo historii, gdzie rękę podawali najbliżsi, po których byśmy się tego najmniej spodziewali. Najbardziej wzruzzyła mnie historia dziewczyny od której odwrócili się rodzice, a pomoc przyszła ze strony "moherowej" babci, która oddała im oszczędności życia i sfinansowała ivf :)

    2014-2015 -> 3 pełne procedury, 5 x ET, 7 zarodków, aż w końcu...
    02.2016 r. urodziła się nasza Kruszynka :love:

    05.2017 r. - crio :-)
    01.2018 r. urodził się Klusek :love:

  • avatar
    bloo

    29/12/2014 - 23:12

    czas wiele potrafi zweryfikować i betonowa rodzina dziś może się okazać plastelinową rodziną po urodzeniu wnuka, więc głowa do góry :)
    Krytyka rodziny potrafi bardzo zaboleć, ale każda teściowa i matka otrzymała już od życia szansę urodzenia i wychowania dziecka. Teraz czas na kobiety następnego pokolenia i na to, aby dostały swoją szansę od życia. Nikt nie ma prawa jej odbierać, ponieważ to nie on przezyje bezdzietne życie. Każda decyzja o rodzicielstwie jest zawsze decyzją dwójki ludzi i tylko oni mogą tę decyzję podjąć kierując się własną wrażliwością, potrzebami, ponieważ to oni będą z konsekwencjami tej decyzji żyć dalej.

    Ja akurat jestem absolutną zwolenniczką nieukrywania prawdy o leczeniu bądź adopcji, ponieważ w walce o dziecko nie ma niczego wstydliwego, jest to świadectwo miłości dwojga ludzi i ich siły, a także jeden z najwspanialszych posagów, jaki można dać dziecku: byłaś/byłeś chciany już jako marzenie o dziecku, jeszcze zanim się pojawiłeś na świecie. Kto z nas może z pełnym przekonaniem powiedzieć, że przyszedł na świat w wyniku nieugiętej walki swoich rodziców, w pełni chciany i kochany jeszcze przed poczęciem? Analogicznie: został przyjęty do rodziny mimo braku pokrewienstwa genetycznego, ponieważ miłość do adoptowanego dziecka była silniejsza niż miłość do własnego DNA?

    Wiem natomiast, że perspektywa ludzi starających się o dziecko i perspektywa ludzi, którzy już wiedzą, że będą rodzicami to są dwie różne perspektywy i ta pierwsza różni się od drugiej przede wszystkim olbrzymią niepewnością: będąc w trakcie walki nie znamy jeszcze jej finalnego wyniku, więc nie jesteśmy najczęsciej zbyt chętni do mówienia o tym wszem i wobec.
    Dlatego wiele osób starających się zataja swoje leczenie lub proces adopcyjny przed otoczeniem i myślę, że to zupełnie zrozumiałe, a także potencjalnie chroniące emocje dwójki ludzi.
    Szczęśliwie wszystko potrafi się zmienic po narodzinach dziecka lub po telefonie z OAO, kiedy dobijamy do brzegu Wysp Szczęśliwych i zostajemy rodzicami.

    Jesli masz wątpliwości dotyczace in vitro polecam Ci naszą linię pomocy pacjent dla pacjenta, gdzie możesz porozmawiać z ludźmi, którzy przeszli już tę drogę i potrafią wysłuchać, wesprzeć, odpowiedzieć na wątpliwości:

    www.nieplodnoscboli.pl

    pomoc jest oczywiście bezpłatna i anonimowa, linia jest stałym projektem Stowarzyszenia NASZ BOCIAN.

    na koniec napisze, że niestety bardzo wielu ludzi wierzy w bzdury i mity na temat in vitro czy adopcji. Tu nie pomoże nic poza cierpliwymi tłumaczeniami i rozmowami (jeśli mamy na nie siłę), większość raniących stereotypów pochodzi z niewiedzy, a nie złej woli. Dużo fatalnej roboty robi polski Kościół.
    Jeśli zależy nam na wyjaśnieniu wąpliwości wśród najbliższych osób warto je wyjaśniać, zawsze jednak mając na względzie nasze dobro i spokój ducha- jeśli kosztuje nas to zbyt wiele lepiej odłożyć takie rozmowy na późniejszy czas.

  • avatar
    staraczkaaga1986

    31/12/2014 - 16:12

    Kolejny Rok odchodzi do historii, był do pomimo wszystko dobry rok!
    Oboje podpisaliśmy umowy na czas nieograniczony, dostaliśmy awanse (aż nie mogę w to uwierzyć). Dużo dobrego w życiu zawodowym, ale i my myślę jeszcze mocniej się kochamy!!! Razem damy radę :)

    Wszystkim Wam dziewczyny - tym które się starają, które już czekają na transfery i są w oczekiwaniu na ich wynik, oraz ciężarówkom i mamuśkom - SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!

    Co do rodziny mojego Emka - to są konserwatywni katolicy!
    My także jesteśmy praktykującymi katolikami, ale wydaje mi się że mam jakąś umiejętność logicznego myślenia i nie przyjmowania bezmyślnie tego co mówią księża, którzy niejednokrotnie mają dzieci. Wiem, nie powinnam tego pisać, ale jest też tak!

    nie wiem jak to będzie, miewam swoje wątpliwości, nie wiem czy dobrze robię, ale chyba chcę zaryzykować.
    Na pewno muszę poczytać jeszcze więcej o tym wszystkim z czym się in vitro wiąże.
    Ale będąc Chrześcijaninem wiem że nie wolno nikogo osądzać...
    a tego moim teściom brak!

    04.2015 - pierwsza wizyta w OAO
    05.2016 - mamy kwalifikację!
    04.2017 - Zadzwonił TEN magiczny telefon i poznaliśmy naszego S

  • avatar
    bloo

    01/01/2015 - 11:01

    wiele ludzi w tym kraju to konserwatywni katolicy, jeden z nich, oddający co miesiąc przelewy na radio Maryja, w ubiegłym roku pozyczył swojemu synowi i synowej 4000 zł na leki do in vitro. Lubię tę historię i nie jest jedyna.
    Dlatego napisałam, że po narodzinach dziecka może się wiele zmienić.
    A jeśli się nie zmieni- cóż, nie wszystkie relacje są warte kontynuacji. Relacje, w których bliskie nam osoby zaprzeczają naszym najgłębszym wyborom i pragnieniom, nie są relacjami z bliskimi ludźmi, którzy nas kochają i szanują: są relacjami z ludźmi, którzy mają na nasz temat stworzone przez siebie wyobrażenie i nie chcą wysłuchać ani wiedzieć, jacy naprawdę jesteśmy, czego chcemy i co myślimy.
    Stanisław Lec trafnie napisał "wszyscy chcą twojego dobra. Nie pozwól go sobie zabrać".

    Co do przepraszania za napisanie, że księża mają dzieci- kochana, proszę Cię. Dlaczego nie powinnaś tego pisać? Tak zwyczajnie jest. Mówienie o tym, jaka jest praktyka nie jest żadnym niewymownym tematem w Polsce, więc przestańmy przepraszać za to, że żyjemy i tłumaczyć się przed księżmi. Oni wybrali swoje życie, my wybieramy swoje.

    Co do przebiegu in vitro to polecam Ci obejrzenie tego materiału:

    http://www.korektorzdrowia.pl/pattube/dr-n-med-ewa-goncikowska-procedura-in-vitro-krok-po-kroku/

    pochodzi z konferencji z 2013 roku organizowanej przez Fundację WatchHealthCare Polska pod patronatem Stowarzyszenia NASZ BOCIAN. To przebieg in vitro w pigułce z opisem tego, co się na każdym etapie dzieje z pacjentami i ich komórkami, a następnie zarodkami.
    Bardzo dobrze układa i porządkuje w głowie, czym in vitro jest i na czym polega.

    Wczesniej pisałaś o mrożeniu zarodków- to temat odgrzewany chyba obecnie wyłącznie przez prawicowe media i Kościół, od strony naukowej nie budzi już od dawna niczyich emocji: mrożenie nie uszkadza zarodków, jest bezstratne i w pełni bezpieczne. Zamrożony zarodek ma takie same szanse na implantację co zarodek świeży. Przełomem była tu zmiana metody mrożenia z tzw. slow freezing na witryfikację.
    Obecnie medycyna idzie wyraźnie w kierunku zaniechania transferowania świezych zarodków i przestawienia się jedynie na transfery mrożone. Wygląda to tak, że kobieta jest stymulowana, pobierane są od niej komórki jajowe, następnie zapładniane, powstają z nich zarodki, które po osiągnięciu pewnego etapu rozwoju są zamrażane: wszystkie.
    Transfer następuje dopiero w następnym cyklu.
    Wynika to z tego, że organizm kobiety z cyklu ze stymulacją jest rozchwiany, więc aby zapewnić zarodkowi optymalne szanse lepiej go zamrozić, przeczekać ten rozchwiany cykl i przenieść go do macicy dopiero w cyklu następnym, kiedy hormony wracają do normy, a endometrium jest prawidłowe.
    Badania pokazują jasno, że wszystkie bajki o strasznym mrożeniu zarodków można między bujdy włozyć: to własnie mrożenie zarodków wygląda na najbardziej bezpieczne dla kobiety i zarodka rozwiązanie.

    Kwestią budzącą od zawsze emocje wśród nas, pacjentów, jest natomiast ilość zapładnianych komórek i związane z nimi ryzyko uzyskania zbyt dużej liczby zarodków (zbyt dużej = niemożliwej do odebrania przez parę).
    Ustalenie jednak, co to znaczy "zbyt duża liczba" dla konkretnej pary nie jest możliwe, może być jedynie szacowane. Jedna para będzie mieć 15 zarodków i żadnego dziecka, inna będzie mieć dwa zarodki i bliźnięta.
    O tym koniecznie powinniście porozmawiać z lekarzem podczas wizyty ustalającej szczegóły Waszej procedury: jakie leki będą podane i jakie efekty planuje uzyskać lekarz. To też czas, w którym Wy dwoje musicie się zastanowic nad poniższymi kwestiami:
    - ile dzieci docelowo planujecie mieć?
    - w jakim odstępie czasu?
    - gdyby doszło do sytuacji, w której powstaną nadliczbowe zarodki, których nie będziecie mogli odebrać: czy jesteście gotowi oddać je do adopcji prenatalnej dla innej pary? Czy raczej mrozić w nieskończoność?

    to są trudne pytania i trzeba szukać na nie odpowiedzi. Dodatkowo trzeba z lekarzem omówić kontekst: ile macie oboje lat, jak wygląda Wasze ogólne zdrowie, jaką masz historię kliniczną.
    Inną sytuację będzie mieć para, gdzie kobieta ma 37 lat i IV stopień endometriozy, inną sytuację para, gdzie kobieta ma niedrożne jajowody i lat 30.
    W tym pierwszym przypadku uzyskanie ciązy będzie prawdopodobnie o wiele trudniejsze niż w drugim przypadku.

    Są też opcje:

    - podchodzenia do IVF na cyklu naturalnym, powstają wtedy 1-2 komórki jajowe, więc finalnie nie będzie więcej niż 1-2 zarodki. Jest to jednak procedura o niższej skuteczności niż zwykłe in vitro na cyklu stymulowanym.

    - podchodzenia do IVF na cyklu stymulowanym,ale zapłodnienie jedynie 1-2 komórek oraz zamrożenie reszty komórek (niezapłodnionych). W kolejnych cyklach te komórki się rozmraża i zapładnia na świeżo. Minus: to nie jest procedura refundowana, a skuteczność ciążowa mrożonej uprzednio komórki jajowej jest inna niż świeżej (dokładnie odwrotnie niż z zarodkiem: mrożenie zarodkom nie szkodzi, komórkom natomiast potrafi zaszkodzić)

    na koniec warto też wiedzieć, że w naturalnym cyklu zapłodnienia (nie - in vitro) na 10 zapłodnień urodzi się jedynie 3 dzieci. Reszta ciąż zostanie poroniona z powodu uszkodzeń wewnętrznych zarodków. Medycyna nie ma na to wpływu, ludzie też nie.
    Tak więc proste przełożenie, o którym mówią ignoranci, czyli 1 zarodek = 1 dziecko jest zupełnie nieprawdziwe. Zarodek jest obietnicą człowieka, ale o tym, czy zostanie ona spełniona, decydują chromosomy i biochemia.
    Zapłodnienie pozaustrojowe nie ma tu na nic wpływu- jeśli zarodek będzie wadliwy (nie jest to widoczne ani gołym okiem, ani pod mikroskopem) to nawet sztab embriologów nie pomoże, taki zarodek się nie rozwinie. Jesli zarodek będzie prawidłowy to istnieje spora szansa, że wszystko pójdzie dobrze.

  • avatar
    staraczkaaga1986

    01/01/2015 - 11:01

    Dziękuję Ci za to wsparcie!
    Człowiek, żyje mitami! nie da się tego ukryć bo lobby pro i anty in vitro jest zbyt duże, by spokojnie dotrzeć do obiektywnych informacji..

    jeśli o nas chodzi to mój mąż wychowany w duchu konserwatyzmu sam był przeciwnikiem zagorzale krytykującym in vitro. Powtarzałam mu ciągle, żeby nie był taki pewny, bo póki coś człowieka nie dotyczy, to potrafimy być najbardziej zaciętymi sędziami..
    Mój Maż się o tym boleśnie przekonał i sam zmienił zdanie.
    Ja niestety spotkałam się z tym tematem już wcześniej, gdyż mój brat podchodził do procedury jeszcze nie rządowej, trzy razy niestety bezskutecznie.

    Ja pochodzę z rodziny równie mocno katolickiej, głęboko wierzącej i praktykującej i co rusz jednak zdarza mi się łapać na wątpliwościach. Choć dochodzę do wniosku, że jeśli Bóg nie ma w planach obdarować nas dzieckiem nawet za pomocą tej metody, to się to po prostu nie uda. Medycyna może nam pomóc do któregoś momentu, potem jednak ostatecznie nikt już nie ma wpływu co się stanie przed finalnym wynikiem...

    Jako osoby przed pierwszym razem mamy swoje obawy i wątpliwości i żyjemy pewnie w niewiedzy. Jesteśmy w rządowym programie, nie wiem na ile mogę podchodzić na naturalnym cyklu.. Wiem tyle że w programie zapładniają do 6 komórek, ale czy zechcą np 4 czy 5? Czy może jednak próbować 6? Ale czy mam też pewność że z 6 nie uda się otrzymać 6? wiem że to głupie pytanie...
    i nie chcielibyśmy raczej bliźniaków. Dzieci ile nam będzie dane, 1, 2, 3.
    6 to już może za dużo.
    Wykorzystać chcemy wszystkie zarodki, do adopcji się nie skusimy, tak jak i na nasienie dawcy.
    Ja mam wyniki i wszelakie obserwacje takie jak trzeba, jedyny kłopot to dramat z wynikami męża..
    nie boję się samego mrożenia tylko właśnie tej ilości zarodków, ja wiem że niejednokrotnie nawet z 20 nie udawało sie otrzymać ciąży.

    04.2015 - pierwsza wizyta w OAO
    05.2016 - mamy kwalifikację!
    04.2017 - Zadzwonił TEN magiczny telefon i poznaliśmy naszego S

  • avatar
    bloo

    01/01/2015 - 16:01

    wiesz, to ja chyba nie lubię Twojego męża.
    Myślę sobie, że jak możecie mieć żal do teściów o brak wsparcia dla Waszej decyzji, skoro jedna z najbliższych Ci osób, Twój brat, zetknął się z problemem niepłodności i jej leczenia, a mógł ze strony szwagra liczyć jedynie na "bycie zagorzałym przeciwnikiem krytykującym metodę in vitro"? Gdzie ta empatia i chrześcijańskie miłosierdzie, którego dziś nie doświadczacie od najbliższych, a wtedy sami byliście o nie pośrednio proszeni?
    Jeśli wtedy sami nie reagowaliście to nie dziwcie się, że dziś niewielu chce reagować dla Was.
    Świat jest taki, jakim go sami czynimy.

  • avatar
    staraczkaaga1986

    01/01/2015 - 18:01

    Myślę Bloo że bardzo łatwo osądzasz nawet nie znając sytuacji.

    Po pierwsze brat borykał się z in vitro ok 15 lat temu, ja wtedy nawet nie znałam męża, bo różnica wieku między mną a bratem jest bardzo duża przeszło 13 lat.

    Po drugie nigdy nikt z nas nie osądzał mojego brata że się w ten sposób leczyli. Ja byłam pierwsza która od początku ich wspierała potem moja mama.

    Po trzecie to że my mamy teraz taki problem jest wiadomy tylko mojej mamie i teściom, nikomu innemu, bo takie jest nasz wybór, zwłaszcza wśród znajomych,żeby uniknąć pytań jak leczenie, jaki etap, kiedy i co dalej i potem juz przy transferach nie mam ochoty się tym dodatkowo stresować.

    Nie ma za bardzo nawet mowy o tym by ktoś kogoś osądzał, mówiąc tu o mężu, nigdy się tak nie wypowiedział, mówił tylko na początku o tym że sam jest przeciwnikiem. Dopóki nas ten problem nie dopadł, ale jemu nie było tak łatwo oceniać innych, sam się przede mną przyznał że on by tego nie zrobił, jak widać się mylił.

    nie będę się już zatem tłumaczyć bo i tak każdy odbiera to na swoją modłę.

    04.2015 - pierwsza wizyta w OAO
    05.2016 - mamy kwalifikację!
    04.2017 - Zadzwonił TEN magiczny telefon i poznaliśmy naszego S

  • avatar
    bloo

    01/01/2015 - 20:01

    Zauważ, że jestem częścią grupy, która jest właśnie łatwo osądzana przez znakomitą większość społeczeństwa, które nie mając zielonego pojęcia o naszej chorobie i metodach jej leczenia, porównuje nasze dzieci do realizacji idei Frankensteina, a nas nazywa mordercami.
    Moje dzieci są już na świecie, więc opisywane wyżej sytuacje przestały być dla mnie teorią, są codziennością, przed którą chronię moją rodzinę. Mogłabym naturalnie rozumieć cudze motywacje i intencje osądzającego mnie społeczeństwa, ale... nie chcę i nie muszę. Moje intencje i motywacje nie są bowiem rozumiane przez tych ludzi, ba, oni nawet nie podejmują wysiłku zrozumienia.
    W grupie deklarującej sprzeciw wobec in vitro jest jakiś procent ludzi, którzy niespodziewanie dla siebie samych kiedyś zmierzą się z niepłodnością i IVF okaże się dla nich jedyną szansą na biologiczne dziecko.
    Wtedy zmienią podejście i zaczną zdobywać wiedzę. Zrozumieją, ze to nie tak z mordowaniem embrionów i egoizmem. Poczują się być może niezręcznie wobec siebie z przeszłości.
    Mogłabym rozumieć ich motywacje i intencje, więcej: ja je rozumiem, bo jedziemy na tym samym wózku. Ale to mi nie przeszkadza zachować pamięci o tym, że gdyby nie fatalny żart losu w postaci ich choroby, do dziś mogliby być tymi, którzy nazywają mnie morderczynią i w ten sposób o mnie myślą.

  • avatar
    staraczkaaga1986

    01/01/2015 - 20:01

    no właśnie ja też to rozumiem, choć jestem na początku drogi którą Ty już przeszłaś. Nigdy nie myślałam o osobach decydujących się na in vitro jak o mordercach. Choć jak się okazuje teraz moja teściowa tak myśli..
    Ona nie wie że jesteśmy po kwalifikacji, nie wie że się nad tym zastanawialiśmy i wybraliśmy tę drogę. Za każdym razem jak próbowałam o tym rozmawiać dochodziło do tego że nie jest ona osobą otwartą i godną zawierzenia w tej sprawie, choć jako pierwsza towarzyszyła nam od początku zmagań ze staraniem się o dziecko, bo niestety jest położną i łatwiej było mi z nią niż przeciwko niej.

    Teraz mój mąż pluje sobie w twarz i żałuje wszystkich słów odnośnie tego że in vitro nie jest dobre. Ale wie że źle mówił, kiedy nastawiał się źle a nie wiedział jak to jest tak na prawdę, a przy okazji jak go to nie dotyczyło.. zwłaszcza, że niestety albo i stety ze mną jest wszystko dobrze. Więc podwójnie się obwinia.

    tu długo by rozmawiać jak to wszystko się między nami kształtowało, ale wiem jedno mój mąż nie jest mamin synkiem i wzajemnie mamy w sobie oparcie tak jak i w mojej mamie (bo tata już niestety nie żyje).
    Wiemy też że nie będziemy się leczyć nie wiadomo jak długo, jeśli nie jest nam dane mieć dzieci to zdecydujemy się na dzieciątko z adopcji, to już też razem ustaliliśmy. Myślę że póki co nie mam psychozy na ten temat, moje życie nie jest jeszcze podporządkowane myśleniu o dziecku bo się o to staram dla mnie i dla męża. Żeby móc w miarę normalnie fukncjonować na ile się da!

    I dziękuję że są tu takie osoby z którymi mogę o tym porozmawiać. Bo samo mówienie o tym nie było i nie jest dla mnie łatwe. Mam wrażenie że dla społeczeństwa jest to temat tak "nienormalny" jakim jest bezpłodność czy niepłodność.

    Dziękuję!

    04.2015 - pierwsza wizyta w OAO
    05.2016 - mamy kwalifikację!
    04.2017 - Zadzwonił TEN magiczny telefon i poznaliśmy naszego S

  • avatar
    HelenaK

    13/01/2015 - 20:01

    U mojego męża wyniki były raz lepsze raz gorsze i też raz usłyszeliśmy od lekarza, że jest beznadziejnie. Wściekłam się wtedy na tego lekarza, a mąż wybrał się potem do androloga. Dostał Polfilin, L-Argininę i Karnitynę Kompleks (dwie ostatnie pozycje bez recepty firmy Solgar) i po trzech miesiącach wyniki były już lepsze.

    Starania od 08.2010 Laparo 10.2014 - endo III st. i niedrożne oba jajowody
    ICSI 04.02.2015, 10 DPT beta 136,1, 8.03 - serduszko <3 21.10. 2015 Tosieńka już na świecie :D !!!
    03 maja 2017 criotransfer. 13 maja
    12 czerwca naturalny cud
  • mysha

    15/01/2015 - 20:01

    u mnie z kolei jest na odwrót-matka namawiała mnie na wszystko, co tylko można (a wiele nie można akurat w naszej sytuacji), czyli in vitro z dawcy, pójście na bok, odejście od męża, bierne czekanie na cud... tylko nie adopcja, którą właśnie wybraliśmy. Pamiętaj, że to jest Wasza droga, a nie kogokolwiek innego.
    Swoją drogą z tym, że "albo chce się być rodzicem, albo mieć dziecko" się zgadzam i to były mądre słowa teściowej. Ale nikt, a już na pewno nikt, kto ma dzieci (a co do tego jak się o nie za bardzo nie starał) nie może Cię oceniać, pamiętaj.