Autor:

Bobetka

Data publikacji:

22.11.2012

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

Ciężki bagaż - Czy da się go ponieść za dziecko?

Na długo przed adopcją oglądałam w TV ciekawy program. Do studia zaproszono dorosłe osoby, przysposobione we wczesnym dzieciństwie. Rozmawiano o tym, kto i w jakich okolicznościach poinformował ich o korzeniach. Jedni dowiedzieli się przypadkiem i nie mogli wybaczyć rodzicom, iż przed nimi ten fakt ukrywali. Inni twierdzili, że wiedzieli od zawsze, rośli z tą wiedzą i tak naprawdę nie pamiętają t e j chwili. Już wtedy byłam całym sercem za tą drugą opcją. Dlatego jeszcze w beciku Expresik słuchał wymyślonych przeze mnie piosenek i bajek. Psycholog z OAO uśmiechał się, gdy mu o tym wspomniałam. Dodawał, że ufa, iż nie uważam tematu za już załatwiony.

Pamiętam jak dwu i pół letniemu wówczas Expresikowi opowiedziałam wieczorem historyjkę. Na koniec dodałam, iż to właśnie On jest t y m chłopcem. „Naprawdę?” – usłyszałam wówczas głosik zdziwiony, a jednocześnie spokojny. „Tak” – odrzekłam i nachyliłam się nad synkiem. A on? Spał. Mówił do mnie przez sen., czuł się bezpieczny. Jego spokój udzielił się i mnie …

Wiele razy wracaliśmy do tego tematu, z czasem coraz rzadziej. Synek już wiedział, a ja nie chciałam też torpedować go nieustannie. Zdarzało się, iż sam z siebie o coś zapytał np. o imię t e j mamy. Innym razem wyrażał się o niej: „Pani”. Niekiedy stwierdzał, że nie chce już tego tematu poruszać. Ja ze swej strony dostosowywałam się do potrzeb synka. Podczas naszej wymiany zdań miałam zawsze uśmiech na twarzy, a o mamie biologicznej wypowiadałam się wyłącznie pozytywnie. Temat ojca, jakoś nam umknął – może dlatego, iż trudno było mi o szacunek dla niego?

Przez ostatni czas do tematu adopcji powracaliśmy już naprawdę sporadycznie, a jeśli w ogóle - jedynie na życzenie synka. Dwa miesiące temu Expresik zażyczył sobie kołysanki przed snem. Leżałam obok, patrzyłam w jego śliczne oczy i śpiewałam. Gdy skończyłam, synek stwierdził, że mam jedynki jak króliczek i zapytał dlaczego. Wyjaśniłam, że mam ząbki po mojej mamie, gdyż dzieci są podobne do swoich rodziców. Dodałam spokojnie, że On takich mieć nie będzie. Moje Szczęście włożyło paluszki do buzi, dotykało swoich zębów (co mnie skojarzyło się z szukaniem korzeni...). "To ja mam zęby jak ta Pani... no, ta moja pierwsza mama, tak?" – zaświergotał synuś pogodnie. "Tak" - odpowiedziałam. Był w nas błogi spokój, a ta rozmowa była tak naturalna jak wiosna po zimie.
Tydzień później wieczorem było niestety zupełnie inaczej. Zupełnie niespodziewanie stwierdził: „Pierwsza mama mnie biła, a potem miała mnie dość i oddała do domu dziecka”. Zamarłam, tym bardziej, że w oczętach Expresika pojawiły się łzy. Przytuliłam go mocno, powiedziałam, że to nieprawda. Dodałam, że przecież my z tatuśkiem czekaliśmy tylko na niego, tylko jego chcieliśmy. Moje dziecko cierpiało, dźwigając swój ciężki bagaż. A ja się zastanawiałam, co się zmieniło przez te kilka dni, jak doszło do zburzenia spokoju mego synka, kto zachwiał jego uporządkowanym światem? Zapytałam: „Kochanie, kto Ci coś takiego powiedział?”. Najpierw maluszek stwierdził, że nie może sobie przypomnieć, a potem że sam tak sobie wymyślił.

Bajki, rozmowy, filmy. Wszystko by dziecko w sposób łagodny pogodziło się ze swoją przeszłością. Tymczasem, czy nam się to podoba czy też nie – każde prędzej czy później zrozumie - że kiedyś zostało odrzucone i każde będzie musiało przeżyć tę swoją żałobę.
I mimo, że nam rodzicom adopcyjnym serce pęka, gdy patrzymy na cierpienie NASZEGO dziecka – nie jesteśmy w stanie go przed nim uchronić. I to boli bardzo.

Komentarze

  • avatar
    iwcia83

    22/11/2012 - 19:11

    To bardzo przykre, że każde z naszych dzieci będzie musiało się z tym uporać, to bardzo przykre, że my rodzice sami będziemy cierpieć za każdym razem kiedy cierpi nasze dziecko. To niesprawiedliwe, że ten ból nigdy nie minie. Zawsze będzie towarzyszył miłości rodziców adopcyjnych.
    Bobetko jesteś WIELKA. Dziękuję, że jesteś.

    będę mamą wcześniej czy później ;)
    5.12.2011 - pierwsza wizyta w OA
    23.08.2012 - kwalifikacje

    18.10.2013 - zadzwownił TEN telefon, mamy córeczkę. Jesteśmy najszczęśliwsi pod słońcem! :)
  • avatar
    alexa79

    22/11/2012 - 20:11

    Smutne :( ale niestety dotyczy to wszystkich naszych dzieci. Akceptacja porzucenia może zająć im dużo czasu, dobrze jeśli rodzice potrafią wspierać dziecko. Bobetko ja jestem zawsze pod wrażeniem Twoich reakcji.
    Dziękuję, że jesteś

  • avatar
    jk81

    23/11/2012 - 11:11

    Bobetko, ja oczywiście nie napiszę nic oryginalnego. Podpiszę się pod tym, co napisały już wyżej nasze koleżanki z forum. Każdy człowiek- mały i duży- układa sobie w głowie pewne fakty. I czasem coś przemknie po cichutku, na spokojnie po to, żeby za chwilę jednak wybuchnąć. Myślę, że nie raz taka sytuacja spotka jeszcze Waszą rodzinę, moją, alexy, iwci... I każdą inną dziewczynę, która idzie tą drogą.

    12.2011 pierwsza wizyta w OA (złożenie kompletu dokumentów)
    10.2012 telefon- są dzieci (roczniki 2009 i 2010)
    11.2012 po sprawie ado
    --------------------------------------------------------------------
    Bocianowe Koleżanki- szczęścia dla Wa
  • avatar
    Miniula

    24/11/2012 - 12:11

    No więc właśnie tego wszystkiego się boję :(
    Tego, że pomimo mojej miłości, pomimo tego, że być może nawet wykażę się jakimś sensownym podejściem, Mój Synek za jakiś czas będzie musiał SAM zmierzyć się z tym bólem. I ja nie będę w stanie Mu pomóc. Będę mogła TYLKO stać z boku i bezsilnie patrzeć na Jego ból.
    Bo nikt za Niego tego ciężaru nie poniesie :(
    Bo CO Z TEGO, że ja Go kocham. Co z tego, skoro ta, która Go urodziła z Niego zrezygnowała... o biologicznym ojcu nawet nie wspominając...
    I co z tego, że Ona miała powody, co z tego, że ja je znam i nawet uważam, że postąpiła słusznie... Co z tego...
    MATKA GO ODDAŁA. I zanim dotrze do Niego DLACZEGO, najpierw będzie tylko to, że ODDAŁA.
    Czy wtedy będzie się liczyć moje do Niego miłość? Wszystkie nasze wspólne lata? Nie wiem... nie sądzę...
    Patrzę teraz na Niego i myślę "Synku, zostań taki mautki na zawsze"...
    Bo teraz Mój Synek ma tylko siniaki na ciałku. One goją się szybko.
    A za kilka lat będzie miał poranioną duszę. I te rany zostaną na zawsze.

    Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
    Miniek już Miniulowy :love:
    Nela8

  • avatar
    bloo

    24/11/2012 - 13:11

    nie będziesz stała TYLKO z boku, będziesz stała OBOK niego.
    Nie ma człowieka bez ran, każdy ma bagaż. Możemy długo rozmawiać o tym, czy jest stan porównywalny z porzuceniem przez rodzica biologicznego i dojdziemy w końcu do tego, że cierpienia nie da się wartościować. Są rzeczy, na które mamy wpływ i takie, na które wpływu nie mamy.
    Dzieci adoptowane to dzieci po pierwotnej stracie, jaką jest porzucenie przez RB. I to jest fakt. Ale po zaistnieniu tego faktu dzieje się całe dalsze życie i to też jest fakt. Miłość od RA jest faktem, wsparcie od rodziców jest faktem, zapełnianie życiowej walizki pozytywnymi wydarzeniami jest faktem.
    Samotność egzystencjalna to inny fakt i doświadczają go wszyscy, zmieniają się pytania- dziecko adoptowane zapewne będzie stawiać pytanie "dlaczego zostałam odrzucona na początku swojego życia przez matkę biologiczną?", ale to nie jest jedyne bolesne pytanie egzystencjalne, z jakim się stykamy:
    - dlaczego zostałem powołany do rodziny, która wcale mnie nie chciała, mimo że do adopcji nie oddała?
    - dlaczego dla mojego ojca ważniejsze były inne kobiety niż jego własne dziecko?
    - dlaczego moja matka była niezdolna do miłości kogoś innego poza sobą?

    takich pytań jest tyle, ile pytających. Nie ma rodzin idealnych.
    Moim zdaniem fiksowanie się na kwestii, która jest niezmienialna i już zaistniała, może zablokować zobaczenie wszystkich wartości dodanych, które wydarzają się potem i dzieją się już dzięki nam i pod naszym wpływem. I są wartościami, na których można budować.
    Stanie obok to nie jest "tylko". Żadnego osobistego dramatu nie da się nie przeżyć, skoro jest nasz własny. Ale można się nim podzielić z bliską osobą i to zmienia wiele, jeśli nie wszystko.
    Czasem wydaje mi się (to już refleksja ogólna), że w społeczeństwie konsumpcyjnym jesteśmy ukierunkowani na "działanie- rozwiązanie".
    Dlatego kiedy koleżanka mówi "mam nowotwór" wpadamy w stupor, bo wydaje nam się, że jesteśmy bezradni- nie usuniemy jej tego nowotworu i nie skołujemy leku leczącego wszystko.
    Umyka nam, że wcale nie od tego jesteśmy i nie tego ona oczekuje. Możemy zrobić wiele ważnych rzeczy, które wprawdzie nie usuną jej nowotworu, ale pomogą jej przejść przez tę walkę.
    Możemy być przy niej, trwać, milczeć wspierająco, trzymać za rękę, przywieźć rosół do szpitala, zrobić obiad jej dzieciom, podtrzymywać na duchu kiedy trzeba i zamilknąć, kiedy tego potrzebuje.
    Bliskość, obecność, nasze zaangażowanie w myślach to coś, czego często nie doceniamy, bo wydaje nam się czymś błahym, a zupełnie nie jest błahe.

    A wracając do dzieci- mój syn miał w zeszłym roku bardzo trudną sytuację szkolną. I to prawda, nie przezyłam jej za niego.
    Ale wspierałam go, uruchomiłam szkolne mechanizmy pomocy z poradnią psychologiczną włącznie, doprowadziłam do powołania szkolnego zespołu dedykowanemu właśnie przypadkowi mojego syna, pracowałam z nim i ze sobą.
    W tym roku klasa mojego dziecka miała warsztaty psychologiczne w formie dramy i padło w nich pytanie "co powinien zrobić Jaś?" (sytuacja Jasia była taka, że doświadczał przemocy szkolnej, oczywiscie Jaś był wymyślonym bohaterem, w którego wcielały się dzieci).
    Z całej klasy mój syn był jedynym dzieckiem, które odpowiedziało "Jaś powinien pójść do rodziców i poprosić ich o pomoc".
    Żadne dziecko nie pomyślało o rodzicu, jako o osobie, której można zaufać i która jest w stanie dziecku naprawdę pomóc.

    co dla mnie z tego wynika? Na przykład to, że choć nie przeżyłam za moje dziecko sytuacji traumatycznej, to pokazałam mu, w jaki sposób się takie sytuacje przechodzi i jak można sobie z nimi poradzić. Tak, to on musiał wykonać zasadniczą część pracy, bo to on chodził do szkoły. Ale ode mnie otrzymał fundament, siłę i część pomocy formalnej (tej dotyczącej kontaktu ze szkołą, którego się podjęłam). Co więcej sprawa zakończyła się sukcesem, teraz jest już bardzo dobrze.
    Czy to jest mało?
    Nie, to są właśnie skrzydła.
    Mój syn z nich skorzystał i doświadczył tego, że siła jest w nim samym i można z tych zasobów korzystać, jeśli tylko ma się przy boku mądrego dorosłego, który zachowa się z jednej strony racjonalnie i krzepiąco, a z drugiej pomocnie i wspierająco. On już wie, że jestem od tego, aby być przy nim. I że to nie jest "tylko".

    Napisałam o szkole, choć to nie jest sytuacja dziecka adoptowanego, ale mechanizm jest podobny: dziecko w konfrontacji z trudnością zewnętrzną, która nie zależy od niego. Każde dziecko takiej trudności doświadczy, nie ma się co łudzić. Rolą rodzica nie jest chronić dziecko przed tym, bo takiej mocy rodzic nie ma i jest to wpisane w życie. Rolą rodzica jest pomóc dziecku przez to przejść i sprawić, aby ta trudność dziecko finalnie wzmocniła, a nie osłabiła.
    A każde takie wzmocnienie jest nieprawdopodobnym kapitałem na przyszłość, bo sukcesy programują nas tak samo jak porażki. I tu jest właśnie pole dla rodzica, który nie zmieni historii dziecka, ale może kształtować stosunek dziecka do tej historii i pokazywać, że na jej bazie można budować również własną siłę, własną samoocenę i cały kapitał pozytywnych wartości.

  • avatar
    Bobetka

    24/11/2012 - 14:11

    Każdy człowiek doświadcza cierpienia lecz dziecko adoptowane niesie od początku swój ciężki bagaż, którego zdecydowanie nie ma dziecko biologiczne. "Adoptuś" ma jakby o tę "kulę u nogi" więcej. Poza tym jak inni przeżyje kiedyś nieszczęśliwą miłość, zachoruje (lekko lub ciężej), straci przyjaciela, okradną go, straci pracę, źle zainwestuje itd.
    Każde dziecko adoptowane będzie jednak miało/ ma o jeden powód do cierpienia więcej. Będzie musiało przeżyć tę swoją żałobę i pogodzić się z poniesioną stratą. Nie ma innej drogi. Tak po prostu będzie. I przyznaję szczerze, że tak na 100% uświadomiłam sobie owa prawdę, podczas pewnych warsztatów dla RA i RZ. Czy nam się to podoba czy też nie, nasze dziecko po kolei będzie przechodziło (lub już przeszło) wszystkie fazy odrzucenia: 1.szok 2. zaprzeczenie - wyparcie 3.złość czy agresja (na siebie lub na zewnątrz) 4. żal, smutek, łzy 5. akceptacja, przebaczenie 6. budowanie nowej tożsamości.
    A my nawet będąc obok, będziemy niestety z boku.

    Synku, nie mógłbyś być bardziej mój

    01.2005

    W każdym z nas tkwi talent. Ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć

  • avatar
    Miniula

    24/11/2012 - 19:11

    Cóż... nawiązałaś do "koleżanki z nowotworem"...
    Ja byłam taką "koleżanką z nowotworem". I niestety, pomimo całej okazanej mi życzliwości rodziny i znajomych byłam sama.
    Sama musiałam zmierzyć się z chorobą i jej skutkami.
    I nadal zmagam się z tym SAMA.
    Bo moi rodzice nie są w stanie nawet pojąć co się ze mną stało, co dzieje się nadal. Oni mają swoje dziecko nadal, bo ja żyję.
    Mężczyzna, który ze mną jest, pomimo miłości do mnie, nie ma bladego pojęcia co to znaczy mieć raka i być w jego wyniku bezpłodnym. On ma dwoje dzieci.
    I nikt z nich nie rozumie ani mojego bólu, ani mojej rozpaczy, ani niczego, co się we mnie dzieje. I nie są w stanie mi pomóc. Tylko ja sama mogę sobie pomóc.
    Tak samo ja, w obliczu dramatu Mojego Syna, niewiele będę w stanie Mu pomóc. Bo nie mam bladego pojęcia jak to jest, kiedy nie zna się swojej biologicznej rodziny.
    I co Mu powiem? "Kocham Cię Synu, bądź silny, jestem z Tobą?"
    Pfffff...
    On będzie wiedział, że Go kocham, będzie wiedział, że jest dla mnie (i dla wielu innych osób) ważny, cenny, wartościowy. Ale nie zmieni to niczego w Jego bólu. Przez ten ból będzie musiał przejść sam, w najlepszym razie z kimś, kto przeżywa coś podobnego. Ale ja będę z boku.
    I wiesz, Bloo, najprawdopodobniej ja w tym momencie nie będę w ogóle RODZICEM, a jedynie kimś, kto Go wychowuje.
    W tym momencie On będzie myślał o swojej Mamie Biologicznej jako o MAMIE. Nie o mnie. Czy inaczej, ja będę DRUGĄ mamą, mamą ADOPCYJNĄ, a nie po prostu MAMĄ. Bo z odkryciem Mamy Biologicznej przyjdzie konstatacja, że ja nie jestem tym, za kogo mnie uważał.
    I z tym, niestety, Mój Syn też bedzie sam.

    Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
    Miniek już Miniulowy :love:
    Nela8

  • avatar
    bloo

    24/11/2012 - 23:11

    Jeśli Twoim oczekiwaniem jest przekroczenie granicy samotności to jest to oczekiwanie nierealistyczne. Po prostu. I to nie jest ani złe, ani dobre, ani smutne, ani radosne- jest to po prostu cechą smutku egzystencjalnego.
    Co do reszty- to są Twoje odczucia i przemyślenia, tak czujesz i tak również decydujesz się postrzegać. Są to Twoje decyzje. Ale ponieważ są to Twoje decyzje to są to również Twoje wybory.

  • avatar
    Bobetka

    25/11/2012 - 10:11

    Po pierwsze - pomimo, że się staram nie potrafię zrozumieć tej odpowiedzi w kontekście wpisu Miniuli oraz całej naszej dyskusji w temacie bagażu dziecka adoptowanego.
    Po drugie "Co do reszty- to są Twoje odczucia i przemyślenia, tak czujesz i tak również decydujesz się postrzegać". Tak sądzę, że o każdym można napisać to samo.
    Po trzecie doskonale rozumie co napisała Miniula i jak to się ma do mojej notki na pamiętnikach. A rozumie tym lepiej, że nowotwór narządów rodnych znany mi jest doskonale z autopsji. I nie ma tu znaczenia, że daleko mi do smutku egzystencjalnego.
    Po czwarte niedługo po mnie na nowotwór zachorowała moja przyjaciółka. Nie mogłam pojąć czemu do niej nie docierają moje słowa. Trochę mi zajęło pojęcie, że to ona SAMA musi się zmierzyć ze swoim demonem (czyt. myśleniem) - a ja mogę trwać z boku. Tak samo jest z innymi problematycznymi sytuacjami, w tym radzeniem sobie z odrzuceniem.
    Po piąte na podstawie swoich przeżyć wiem, iż czasami nie pokazujemy do końca tego co nas tak strasznie boli, nie okazujemy naszego cierpienia - bo nie chcemy obarczać nim naszych bliskich. Cała walka odbywa się w nas, a nie poza nami. Dlatego gro dorosłych osób adoptowanych nie mówi o poszukiwaniu korzeni, bo nie chce ranić swoich rodziców adopcyjnych. To że nie mówią nie oznacza jednak, że nie czują się odrzuconi i że ich bagaż im nie ciąży.

    Synku, nie mógłbyś być bardziej mój

    01.2005

    W każdym z nas tkwi talent. Ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć

  • avatar
    bloo

    25/11/2012 - 11:11

    kontekst jest taki, że choć problemem wyjściowym jest bagaż dziecka odrzuconego, to cała dyskusja poszła w kierunku optyki rodzica.
    Co do punktu drugiego to jest on kluczowy. Uważam, że w życiu jest wiele rzeczy, na które nie mamy wpływu. Taką rzeczą jest np. choroba. Jednak to, co zrobimy z tą chorobą/wydarzeniem losowym dalej, zależy już od nas, a nie od ślepego losu. Uważam również, ze ten aspekt sprawstwa jest odrzucany przez wielu ludzi, ponieważ zmierzenie się z nim jest trudne i wymaga również zobaczenia własnej roli w kształtowaniu swojego życia, relacji, wreszcie wychowywania dzieci.
    Nie jestem matką adopcyjną, jestem matką funkcjonującą w rodzinie rekonstruowanej, w której występuje szereg problemów dotyczących, nazwijmy to, konstruowania tożsamości dziecka, jego sytuacji rodzinnej i powodów tego stanu rzeczy.
    Z rodzicami adopcyjnymi łączy mnie wybór swojego losu w kontekście dzieci- ja wybrałam rozwód, oni wybrali adopcję. Obie grupy wybierają sytuacje, które będą mieć swoje trudne skutki wychowawcze. Atutem grupy adopcyjnej jest to, ze wchodzi ona w swój wybór motywowana jednak pozytywnymi intencjami chcąc "tworzyć" rodzinę, a wiec coś buduje, a nie rozwala.
    Ludzie rozbijający dotychczasowe związki, z których są dzieci, mają (albo powinni mieć) świadomość nieuniknionej straty i stworzenia dzieciom bagażu, który będzie ich własny na resztę życia.
    Ale cały czas mówimy o WYBORZE. Jeśli jest się człowiekiem dorosłym i podejmuje się wybór, który będzie rzutował na nasze dzieci, to niestety nie ma opcji "nie da się, za trudno, nie wiem czy mi wyjdzie".
    Ma i musi wyjść, bo jesteś odpowiedzialna/y nie tylko za siebie.
    Nie czujesz sie na siłach to nie wchodzisz w to. Przepraszam, ale w kwestii dzieci jestem bezwzględna.
    Dlatego argument, że "wiele dorosłych dzieci adoptowanych cierpi, ale nie chce obciążać emocjonalnie rodziców adopcyjnych swoim cierpieniem" jest dla mnie argumentem wtórnym, bo jeśli do takiej sytuacji dochodzi to oznacza to, że w rodzinie nie zaistniała taka płaszczyzna wzajemnego bezpieczeństwa i zaufania, ze dorosły rodzic może być ostoją i opoką. I to nie jest argument przeciwko adopcji, rozwodowi czy dowolnej sytuacji zmieniającej o 180 stopni położenie dziecka, a argument przeciwko jakości rodziny, której dorośli członkowie nie poradzili sobie z wyzwaniem stojącym przed nimi.
    Co więcej rodzice adopcyjni są w tej dobrej sytuacji, że przynajmniej teoretycznie dostają narzędzia psychologiczne i szkoleniowe do tego, aby sobie taki problem uświadamiać i umieć z nim poradzić. Mogą też korzystać ze wsparcia profesjonalistów w sytuacjach trudnych, choć to akurat jest też dostępne rodzicom biologicznym, szkoda że tak rzadko się z tego korzysta.
    Dlatego powtórzę: ja nie neguję ani bagażu dzieci adoptowanych ani ich cierpienia. Neguję fatalizm i martyrologię rodzicielską.

    Rozmawiałam kiedyś z dorosłą adoptowaną, którą prosiłam o coś tam (w sensie wypowiedzi, nawet nie publicznej, takiej półpublicznej powiedzmy). Odmówiła uzasadniając to lękiem przed zranieniem adoptowanej matki, która o adopcji rozmawiała niechętnie i uważała ją za sprawę wyłącznie prywatną (czyli raz na ruski rok, w gronie córka- ojciec- matka), więc córka nie chciała jej zranić.
    Przepraszam, ale to nie mówi nam nic ani o bagażu adopcyjnym, ani o fatalizmie adopcji- mówi nam wyłącznie o tym, w jaki sposób w tej rodzinie zostały ustawione relacje przez jej dorosłych członków czyli rodziców.
    To się bardzo łączy z coming outem- nie w sensie paradowania przed kamerami, ale w sensie wewnątrzrodzinnym na przykład.
    Jesli dziecko dostaje werbalne i niewerbalne komunikaty "kochanie, ten temat jest dla nas trudny" to nie nalezy oczekiwac, że dla dziecka będzie kiedykolwiek łatwy. Ani że będzie mieć szansę zbudowania swojej samooceny, siły, pozytywnej tożsamości na fundamencie, który jest tak silnie połączony z negatywnymi emocjami rodziców.
    I tutaj wyjściem nie jest rozmawianie w gronie, ani szukanie przyczyn w fakcie adopcji- wyjściem jest praca z rodzicami i nad rodzicami, optymalnie praca profesjonalisty czyli psychologa.
    Ponieważ jednak większość polskich rodzin uważa, że co to nie my i co, my nie damy rady? to efekt często jest taki, że rodzicom się wydaje, że komunikacja z dzieckiem jest fantastyczna, a dziecko za ich plecami przezywa dramaty, wobec których rodzice mogą stać jedynie z boku.
    Tyle, że sami to wypracowali niestety i to nie adopcja to sprawiła, a to, co rodzice zrobili z nią dalej.
    Otorbianie, przemilczenie, odkładanie na bok i koncentrowanie się na swoich emocjach to są najczęstsze grzechy każdego rodzica, bez względu na to, czy jest adopcyjny czy biologiczny.
    I są to również te grzechy, które najtrudniej zobaczyć, bo godzą w nasze nieprzepracowane emocje, których odłożenie na bok daje nam jakieś korzyści psychologiczne, więc bronimy ich do krwi ostatniej.

  • avatar
    Bobetka

    25/11/2012 - 13:11

    a ono brzmi "Ciężki bagaż - Czy da się go ponieść za dziecko?". Chcesz nam Bloo powiedzieć, że się da?
    Moim zdaniem nie jesteśmy w stanie zdjąć z nikogo cierpienia. Możemy je jedynie złagodzić (albo się nam tylko tak wydaje).
    Przykład - wydaje mi się, że bardzo jaskrawy i dla mnie też bardzo bolesny. Gdy umierał mój ukochany tata trzymałam go za rękę. Byłam tak blisko. Jednak przecież pomimo, iż nie umierał w samotności - był w tej drodze SAM ze swoim cierpieniem.

    Synku, nie mógłbyś być bardziej mój

    01.2005

    W każdym z nas tkwi talent. Ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć

  • avatar
    alexa79

    25/11/2012 - 13:11

    Z tego co wiem Bloo to sama nie adoptowałaś, a Twoje wypowiedzi brzmią tak jakbyś wszystko wiedziała najlepiej. Jeżeli chodzi o dobro dzieci to - zarówno Miniula, Bobetka czy ja i wiele innych mam - tez jesteśmy "bezwzględne". Taka jest prawda, że Ty nie wiesz co czujemy my,a my nie wiemy co czujesz Ty. Żadna z nas jednak nie chce dyktować Tobie co jest dobre dla Twojego dziecka, a Ty próbujesz to robić z nami. Ja nie ukrywam adopcji przed światem, ale również nie mówię na każdym kroku "to jest moja adoptowana córka" - bo i po co? Wiem, że mojej córeczce przyjdzie się zmierzyć z faktem odrzucenia i nasza w tym rola, aby przeszła to jak najbardziej łagodnie ( ale czy tak się da?). Ona odrzucenie przeszła dwa razy. Raz mama biologiczna , a dwa - mama adopcyjna jej sióstr, tez jej nie chciała. Przyjdzie nam się z tym zmierzyć, ale proszę Ciebie nie mów nam jak mamy to robić. Wszystko co robię, czynię myśląc o moim dziecku, a nie o sobie.

  • avatar
    bloo

    25/11/2012 - 16:11

    nie, moje wypowiedzi są wypowiedziami matki. Postulat był tu również taki, że bolesne jest dla Was dzielenie matek na adopcyjne i biologiczne, co rzekomo nieustannie czyni otoczenie i odczuwacie to jako piętnujące. Ja tego nie robię, a jednak kontrowana jestem jakim argumentem? Że nie jestem matką adopcyjną.
    Nie sądzisz, że dowodzi to pewnego dysonansu między deklaracją a własną optyką?

    Nie podoba mi się również wmawianie dziecka w brzuch odnośnie moich intencji- ja niczego nie dyktuję, dzielę się swoim widzeniem problemu, a tym co mnie odróżnia jest właśnie to, że nie stawiam barykad między różnymi rodzajami rodzicielstwa, bo wychowywanie dzieci widzę jako proces, rodzicielstwo też widzę jako proces.
    I owszem, uważam, że da się wspierać dziecko niezależnie od tego, jakie jest źródło jego bólu. Uważam również, że wsparcie rodzica nie jest TYLKO. Jest AŻ, jeśli jest wsparciem mądrym i świadomym.
    A to, co napisała Bobetka o samotności- oczywiście, że to prawda, tylko to jednoczesnie truizm. Jesteśmy samotni wobec własnej śmierci, choroby czy porzucenia w takim sensie, że nikt tego za nas nie przeżyje.
    Ale między samotnością totalną i zaangażowaniem totalnym jest całe morze możliwości pośrednich, których w tej dyskusji w ogóle nie ma.
    Jest albo argument "no tak, ale dziecko i tak się będzie musiało z tym samo zmierzyć" albo "na pewno moje wsparcie nie będzie dla niego wystarczające".
    To nazywam fatalizmem i nie wiążę tego z adopcją, a raczej z postawą samego rodzica- niezależnie od tego, czy jest rodzicem biologicznym czy adopcyjnym.

  • avatar
    bloo

    25/11/2012 - 16:11

    chcę powiedzieć i nawet to zwerbalizowałam parę razy, że zadaniem rodzica jest dostarczenie dziecku narzędzi i umiejętności do takiego niesienia bagażu, aby był on bagażem, a nie centrum warunkującym tożsamość i dalsze życie dziecka.
    I owszem, uważam, że jest to w pełni możliwe.
    Problem, jak sądzę, polega na tym, że poruszamy się po skrajnościach- albo "tak, da się ponieść bagaż za dziecko" (fałsz) albo "nie, nie da się ponieść bagażu za dziecko i mu w tym pomóc" (też fałsz).
    Proponowałabym zobaczyć całą rozpiętość możliwości między tymi dwiema skrajnościami.

  • avatar
    Bobetka

    25/11/2012 - 18:11

    tak sobie czytam nas i sądzę, że my mówimy różnymi językami. Ty cytujesz mnie, ja Ciebie i wzajemnie siebie interpretujemy. I jak czytam to co ja wg Ciebie myślę ... uwierz mi jestem mocno zdziwiona.
    Nawet w końcu doszłam do wniosku (po lekturze twoich wpisów), że my piszące tu MA - uważamy, iż adopcja to problem dziecka i jakoś sobie będzie ono musiało z tym poradzić, bo my i tak przecież niczego nie jesteśmy w stanie zmienić ...

    Synku, nie mógłbyś być bardziej mój

    01.2005

    W każdym z nas tkwi talent. Ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć

  • avatar
    alexa79

    25/11/2012 - 20:11

    Oczywiście, że wychowanie jest procesem,. Jednak każde rodzicielstwo jest inne, w zależności od drogi do niego prowadzącej. Łączy nas z pewnością ogromna miłość do naszych dzieci. Każda z nas zrobiłaby wszystko, aby jej dziecku żyło się dobrze. A mimo wszystko nasze dzieci będą musiały zmierzyć się jeszcze "odrzuceniem". My chciałyśmy tylko to pokazać. Ja nie chcę na każdym kroku przedstawiać Lenki - to moja adoptowana córka, samo córka wystarczy.
    Nie chcemy matek dzielić na biologiczne i adopcyjne, Chcemy tylko pokazać, że rodzicielstwo adopcyjne musi zmierzyć się dodatkowo z innymi problemami. Chociaż jednocześnie nie mamy zamiaru ich wyolbrzymiać. Błędem byłoby jednak ich nie dostrzegać

  • avatar
    Bobetka

    25/11/2012 - 20:11

    dokładnie tak :)))

    Synku, nie mógłbyś być bardziej mój

    01.2005

    W każdym z nas tkwi talent. Ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć

  • avatar
    Miniula

    26/11/2012 - 07:11

    Rozumiem Twoje słowa o sprawczości. Jednak uważam, że jest ona mocno przeceniana. Ostatecznie namy realny wpływ jedynie na siebie samych i to też nie do końca. Ty piszesz cały czas w takim tonie, jakbyśmy my, MA, uważały, że nic nie możemy zrobić i w związku z tym nic nie robiły. No bzdura kompletna. Tak, mamy narzędzia, mamy wiedzę i pomoc specjalistów. Ale jednocześnie mamy bolesną świadomość, że to MOŻE nie wystarczyć i MUSIMY liczyć się z tym, że nie będziemy w stanie pomóc tak, jakbyśmy chciały. MUSIMY liczć się z cierpieniem naszego dziecka, bo ono NA PEWNO nastąpi. Choroba, rozwód, inne nieszczęścia BYĆ MOŻE nastąpią. Ale konieczność zmierzenia się z odrzuceniem jest nieuchronna.
    Także żyję w rodzinie rekonstruowanej. Od wielu lat obserwuję moich pasierbów i sorry, ale oni mają nadal dwoje rodziców. I tak, mają porypaną część rodziny, niewydolną emocjonalnie i wychowawczo matkę, ale po pierwsze MAJĄ MATKĘ, a po drugie mają ojca, ciotki, dziadków, którzy są tym, kim powinni.
    Moje dziecko tego nie ma. I mieć nigdy nie będzie, niezależnie od tego, jak bardzo będzie kochane.
    Czy komuś się to podoba czy nie, łatwiej jest wychowywać się w rodzinie biologicznej niż w adopcyjnej. Bo rodziny wszędzie są takie same. Adopcja nie chroni przed standardowymi problemami, a jedynie dokłada jeden więcej. Moje dziecko zatem będzie musiało mierzyć się z tymi samymi problemami co Twoje dzieci PLUS ze swoim pochodzeniem. Ja, jsko MA mam te same problemy co Ty PLUS kwestię pochodzenia mojego dziecka.
    I to nie jest fatalizm, licytacja czy cokolwiek innego, ale prosty fakt, który RA musi uznać i z którym musi nauczyć się żyć. Bo rodzicielstwo zastępcze nie jest tym samym co biologiczne. Miłość do dziecka może być identyczna.
    Ale Twoje dzieci, Bloo, mają JEDNĄ mamę. Nasze mają DWIE.
    I dla nas jest to tak samo trudne jak dla nich.

    Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
    Miniek już Miniulowy :love:
    Nela8

  • avatar
    alexa79

    26/11/2012 - 08:11

    Dziękuję :)

  • avatar
    Bobetka

    26/11/2012 - 08:11

    podpisuję się wszystkimi kończynami :))

    Synku, nie mógłbyś być bardziej mój

    01.2005

    W każdym z nas tkwi talent. Ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć

  • Anonim

    28/11/2012 - 09:11

    Bobetko jesteś wspaniałą mamą!bardzo się wzruszyłam czytając twój post.pozdrawiam :*