Autor:

caleczka

Data publikacji:

19.01.2010

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

Chcę wierzyć że się uda...

Oto moja historia... pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj... dzień kiedy pierwszy raz zobaczyłam mojego przyszłego męża, to był jak grom z jasnego nieba Smile stalismy sie nierozłączni, każdego dnia się widywaliśmy... było cudownie. Po pięciu latach wzięliśmy ślub... to był najpiekniejszy dzień w Naszym życiu Smile Wszystko zapowiadało się wspaniale... prawie... 1,5 roku wcześniej poszłam na zwykłą, rutynową kontrolę do lekarza ginekologa. No i zaczęło się... okazało sie że mam guza na jednym jajniku. To było straszne, jak wyrok... strasznie się bałam że to może być coś złośliwego... Dostałam namiary na lekarza z innego miasta, ponoć świetnego specjalistę od tego typu spraw... Jednak lekarz ten stwierdził dodatkowo u mnie sporą nadżerkę i postanowił się jej pozbyć poprzez wypalankę Rolling Eyes teraz już wiem że nie był to najlepszy pomysł bo przecież u nierodzących tego się nie robi... No ale on mi to zrobił... Kiedy przyjechałam na kontrolną wizytę okazało się że guz urósł do rozmiarów 7cm Shocked Gdyby zajął się od razu guzem to może wystarczyłoby pobrać jakieś leki i by się samo wchłoneło a tak... poszłam na operację. I jak tu ufać lekarzom Evil or Very Mad Na szczęście operacja przebiegła szybko i bez problemów, usunięto guz oraz drobne ogniska endometriozy. Później przez rok brałam tabletki anty. żeby zahamować rozwój endometriozy.
Jeszcze przed ślubem zaczęlismy się z mężem starać o dzidziusia... pierwszy miesiąć... nic, drugi... nic, trzeci... też nic. Przez pół roku staraliśmy się naturalnie, później poszłam do mojego miejscowego lekarza który od razu skierował mnie na badanie HSG - wyszło dobrze- jajowody drożne Smile ucieszyłam się. No i znowu zaczeliśmy się starać naturalnie po podobno po tym badaniu często sie udaje ale nie nam... Rolling Eyes Zaczęłam robić na własną rękę badania hormonów. Strasznie to wszystko przeżywałam... ale najgorsze miało dopiero nadejść...
Pojechaliśmy do Invimedu w Warszawie, zapisałam się do dr R. bo dziewczyny z forum bardzo go chwaliły. Na pierwszej wizycie dr zobaczył moje badania i przypisał jakieś leki na stymulację owulacji, mieliśmy się znowu starać naturalnie, więc żeby się zrelaksować wyjechaliśmy no i staraliśmy się... ale znowu klapa, a miałam tyle nadziei, tak się cieszyłam...
Jednak zaczęło mnie to już wkurzać bo zamiast przyjemnego sexu było \\"robienie dzidziusia\\" a to przestało być przyjemne, ciągłe mierzenie temperatury, sprawdzanie kiedy jest owulacja itp... no i te myśli... \\"żeby się udało, żeby się udało...\\" powtarzane jak mantra... okropność... W pewnym momencie powiedziałam sobie dość, tak dalej być nie może bo to do niczego nie prowadzi... na jakiś czas dałam sobie spokój, zaczełam czytać książki, dostałam fajną prace i już tak nie myślałam intensywnie, sex znowu zaczął mi sprawiać przyjemność Smile
Po jakimś czasie pojechalśmy znowu do kliniki ale tym razem dr R. podsunął nam pod nos kartki ze zgodą na in vitro Shocked byliśmy w szoku... jak to tak szybko? już? in vitro? dlaczego? a inseminacja? dr nic nam nie wytłumaczył... byliśmy zielonie wtedy w tym temacie, więc skoro lekarz tak mówi to pewnie ma rację... zasugerował nam IVM (mniejsza skuteczność). No to zaczęło się... leki ale jakoś bardzo mało, co mnie bardzo zdziwiło, punkcja - pobrano 3 komórki ale tylko jedna się zapłodniła, transfer - jednego zarodka - nie wiadomo nawet jakiej klasy... miałam mieszane uczucia. Jeszcze tego samego dnia wieczorem dostałam bardzo silnych skurczy macicy że aż chodzić nie mogłam, nigdy czegoś takiego nie miałam. Na drugi dzień skurcze osłabły pozostał tylko silny bół piersi - zawsze tak mam przed @. Po 12 dniach zrobiłam test - niestety ciąży nie ma Crying or Very sad To było straszne przeżycie, gdyby nie mój wspaniały mąż który mnie zawsze wspiera to ciężko byłoby mi się z tego otrząsnąć. Najgorsze było to że nie miałam mrożaczków ;( Byłam załamana... Miesiąc później postanowilismy z mężem, że spróbujemy jeszcze raz... zadzwoniłam do kliniki żeby zapisać się na wizytę do dr R. ale on nie chciał mnie przyjąć bo niby to miał już dużo pacjentów... więc zapisano mnie wspaniałej pani dr Z. Na pierwszej wizycie pani dr była bardzo zdziwiona że nie miałam ani jednej inseminacji, że od razu zaproponowano in vitro no i najważniejsze – nie miałam nawet kompletu badań, które standardowo robi się przed każdym ivf... Jak się później okazało IVM robi się przede wszystkim u kobiet które mają stwierdzone PCO a ja tego nie mam... Zdecydowałam się na zwykłe IVF, mimo że po tym jest więcej powikłań.
Podejście drugie: zaczęłam od Diphereline, po tym miałam dostać @ jednak ta nie przychodziła, dostałam tylko silnych skurczy macicy, bolał mnie strasznie brzuch u dołu i był wzdęty. Trwało to 2 tygodnie... Zrobiłam test ciążowy i osłupiałam, gapiłam się w niego jak zahipnotyzowana były dwie kreski, wprawdzie jedna bardzo blada ale była... jeszcze tego samego dnia pobiegłam zrobić beta-hcg jednak test się pomylił. Za dwa dni pojechałam do kliniki... na usg okazało się że zrobiły mi się na jednym jajniku 7cm torbiele... kilku lekarzy mnie oglądało i nie wierzyli własnym oczom, mówili że po dipherlinie to jest niemozliwe... a jednak... nigdy nie mieli do czynienia z taką reakcją, więc chyba jestem ewenementem na skalę światową Smile Dostałam na 3 miesiące tabletki anty żeby to wszystko się wchłonęł. Już w następnym cyklu po torbielach nie było śladu ale postanowiłam że poczekam jeszcze 2 miesiące.
Tym razem zaczeliśmy już inaczej... dostałam gonal na poczatek, później brałam menopur i coś tam jeszcze. Pęcherzyki pieknie rosły, było ich dużo ale i mój brzuchol coraz większy i coraz bardziej mnie bolał, coraz gorzej się czułam, domyślałam się że tak będzie.. W końcu przestałam się mieścić w spodnie. Nadszedł czas punkcji... pamietam że jak się wybudziłam z narkozy to strasznie płakałam ale nie wiem dlaczego – to było dziwne, jakbym miała jakiś koszmar. Na drugi dzień zadzwoniła pani dr Z., powiedziała że pobrała mi 19 komórek z czego zapłodniło się 15. Bardzo się oboje z mężem cieszyliśmy, niesamowity wynik nawet pani dr była w szoku Smile Niestety przy transferze podano mi tylko jeden zarodek a ja tak strasznie chciałam dwa. Miałam hiperstymulacje... wzdęty bolący brzuch no i zaczęły się trudności z oddychaniem bo odczuwałam bół pzy oddychaniu, nie mogłam całkowicie nabrać powietrza ale jakoś to przeżyłam... wkońcu kobieta wytrzyma wszystko żeby mieć swoje upragnione dziecko, prawda? … Jednak i tym razem się nie udało Sad Znowu było ciężko, płacz, smutek, stany lękowe, depresja, pytania typy “dlaczego ja”. Pewnie większość kobiet z takim samym problemem, zadawało sobie to pytani...
Zaczęłam jeździć do pewnego bioenergoterapeuty... myślałam że zrobi te swoje “czary mary” I będę w ciąży... niejeden pomyslałby że zwariowałam ale jest takie przysłowie “tonący brzytwy sie chwyta”... chciałam spróbować żeby kiedyś nie żałować że nie zrobiłam wszystkiego no I nie żałuję mimo że to nie pomogło.
Po 3 miesiącach pojechalismy znowu do kliniki po nasze śnieżynki. Chciałam zeby podano mi 3 zarodeczki ale pani dr bała się że będą trojaczki więc zgodziłam się na dwa... a niech będzie najważniejsze że nie jeden Smile Jednak od początku wszysko szło nie tak... jak na złość pęcherzyki rosły ale nie chciały za cholerę pęknąć, 19 dnień cyklu a one nadal tam są. Jakby tego było mało moje dwie koleżanki zaszły w ciążę, szwagierka też zaciążyła. Tym bardziej to wszystko przeżywałam I się strasznie bałam ze znowu się nie uda... ciągle miałam takie mysli, stały się tak natarczywe że nie dawałam sobie już rady, rano budziłam się z lękiem... Wiem że to nie pomaga ale nie umiałam sobie z tym poradzic. No I nie pomogło – kolejna porażka... ale tym razem to było koszmar, depresja? Załamanie nerwowe? Nie wiem co to było, ale było strasznie... czułam się beznadziejnie, gorsza od innych, wydawało mi się że ludzie wszyscy wytykają mnie palcami, że rodzina jest przeciwko mnie I wszyscy robią mi na złość, zrobiłam się niemiła, agresywna, miałam problemy ze snem a jak juz udało mi się zasnąć to rano budziłam się z takim przerażliwym lękiem aż bolało mnie w klatce piersiowej, dusiłam się I nie mogłam oddychać. Doszło do tego, że straciłam apetyt, mogłam nic nie jeść cały dzień a jak już coś zjadłam to zaraz biegłam do łazienki I wymiotowałam... to były najgorsze dni w moim życiu, jak najgorszy koszmar z którego chcesz, a nie możesz się wybudzić, nikomu tego nie życzę... I wtedy się przeraziłam... przeraziłam się tego że dostanę jakiejść anoreksji czy bulimii I że schudnę. Zawsze miałam obsesję na punkcie swojej chudości, robiłam wszystko żeby przytyć I wyglądać jak kobieta a nie jak wieszak Smile To mnie otrzeźwiło, na szczęście...
Zaczęłam wtedy szperać w internecie, na różnych forach... bo ciągle czułam gdzieć podświadomie że coś jest nie tak... I tak trafiłam do dr J., która zajmuje się poronieniami, niepłodnością, immunologią. Zleciła mi szereg badań, z których wyszło że oprócz endometriozy I st mam PCO, słabe przepływy w tętnicach macicznych, kiepskie endometrium I śluzówka oraz podwyższony poziom komórek NK. Dostałam leki na 3 miesiące przygotowujące mnie do crio... glucophage, acard, kwas foliowy, wit.b6, wit. E, vigantoletten, viagra w globulkach (w cyklu z transferem) oraz clexane po transferze do odwołania. Aż boję się pisać... prawdopodobnie za miesiąc będę miała kolejny transfer, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem. Teraz czekam na @ I czaczynam kolejną bitwę bo wojny jeszcze nie przegrałam...

Zyczę wszystkim staraczkom żeby każda z Was wygrała tę wojnę o dzieciątko.

Chciałam jeszcze podziękować mojemu kochanemu I wspaniałemu mężowi za to że jest przy mnie zawsze kiedy go potrzebuję. Kocham Cię najbardziej na świecie I dziękuję Ci za to że JESTEŚ I CHCESZ BYĆ.

Komentarze

  • avatar
    anula70

    20/01/2010 - 08:01

    przykre to ze tyle cierpien trzeba przejsc.sa chwile zwatpienia i beda-ale najwazniejsze by po nich jednak znow przychodzila wola walki. a naprawde jest o co walczyc.pokisa szanse to trzeba.zycze ci z calego serca bys teraz ta walke wygrala.trzymam kciuki.tule

  • avatar
    Tykrokylek

    20/01/2010 - 08:01

    Życzę wytrwałości!!!!! Zanm takich, którym po wielu latach się udało!!!! Medycyna idzie do przodu! Przegrana jedna czy dwie bitwy zwiększają radość ze zwycięstwa!
    I pięknie piszesz o swoim mężu!!! Brawo!

    Tygrysek i ...
    http://picasaweb.google.com/KwiatkowyTygrysek/Magda?authkey=Gv1sRgCOnSppWiprioHA#
    http://tykrokylek.blogspot.com/
  • avatar
    Agatka

    20/01/2010 - 11:01

    Dużo siły i wytrwałości, wygranej wojny!! Gratuluję Męża


    http://www.suwaczki.com/tickers/zpdoxqpk5iifc0l8.png
    http://agatkaboj.blogspot.com/