Autor:

Leeleeth

Data publikacji:

14.07.2014

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

Adopcja to łatwy sposób na dziecko...

Gdy postanowiliśmy zgłosić sie z mężem do OA mieliśmy poczucie, że adopcja to taka "łatwa"sprawa. Szkolenie, kwalifikacja a potem dziecko. Piękne, zdrowe dziecko, które owszem może sprawiać kłopoty ale i tak są one do ogarnięcia. Przy propozycji dziecka dostajemy pełną dokumentacje dziecka, które jest już zdiagnozowane i leczone. Pięknie prawda?
Szkolenie było ok, tylko niczego nie wniosło, nie dało nawet poglądu na to jak realnie wygląda choroba sierocą, jak wygląda praca z nieprawidłowym napięciem. Czym jest tak naprawdę nieharmonijny rozwój dziecka. Nikt nie zająknął się nawet, że część personelu medycznego może mieć jakieś pretensje o zaniedbania i mieć za złe, że nie zna się pewnych informacji. Ani tego, że samo dziecko jest złe gdy matka adopcyjna trzyma Go do klucia. Ja korzystałam z mojego doświadczenia z rodzicielstwa biologicznego, nie wiem jak bym to przetrwała nie mając ani wiedzy ani doświadczenia. Nasz kurs był do bani.
Dziś zmieniło się moje myślenie o adopcji, nic tu nie jest łatwe ani proste. Teraz widzę, jak ważne jest wybranie odpowiedniego ośrodka, który szkoli z tego co jest a nie z lukrowanej bajki. Który daje realne podstawy a nie mrzonki. Jest trudniej ale potem, przy dziecku łatwiej się zebrać do kupy.
Dziś wiem, jak ważne jest to by rozumieć swoje nastawienie do dziecka, które ma sie pojawić. Ukochać je z całego serca i oczekiwać, oczekiwać....
Nie sposób przygotować się na wszystkie zmiany, które towarzysza pojawieniu sie dziecka. Fakt, ale nastawić sie na egoistyczne dwie godzinki w tygodniu na bycie bez dziecka. Bo można zwariować. Dziecko jest radością gdy matka jest wypoczęta, zadbana i zrelaksowana. Wymęczona i sfrustrowany matka, to nic fajnego. Ja właśnie tego doświadczam, totalnego zmęczenia dziećmi z którymi jestem 24h. Są momenty gdy mam dość. Wtedy oddaję dzieciątko mężowi i biorę psy na spacer. Długi spacer.po powrocie mam wiele sił na zabawę z dzieckiem, mam cierpliowść i radość w sercu.
Co do choroby sierocej, nikt nie mówił o bólu serca gdy tylko dziecko zaczyna sie kiwać, nikt nie mówił jak trudno jest z tym walczyć. Jak trudno to samemu przeżyć a co mowić o maleńkiej, samotnej istotne. Pozazdrościłam dziewczynom z innych ośrodków szkoleń, nastawionych na pracę nad sobą , nad świadomością siebie. Ja dopiero teraz sie tego uczę. Był już okres gdy Małpka nie kiwał sie niemal wcale, niestety ten pobyt w szpitalu zmienił wiele. Małpka kiwa się gdy tylko trafi do łóżeczka, gdy chwilę musi posiedzieć sam. Tak przeraźliwie sie kiwa. Przestał też mowić i wrócił do małpiego języka. Przekreślił naszą bliskość. Co z tego, że ja wiem, że On to robi bo mnie kocha a boi się, że odejdę. Małpka teraz potrzebuje mojego ruchu a ja czuje sie bezradna, bo naprawdę nie wiem co mam czynić?! Każda próba przytulania to walka, wrzask, aż mu usteczka sinieją. Nie wiem czy przy Jego wadzie serca to dobre dla Niego. Delikatnością niczego nie ugram z Nim, siłą trochę się obawiam. A On czeka na mój ruch. Od kilku dni postawiłam sobie za cel wspólne zasypianie. Włączam muzykę relaksacyjną, masuję Małpeczkę a potem usypiam kołysząc na rękach. Jest straszliwy bunt przeciwko takiej bliskości. Jest sztywny jak kołek, pręży się. Ale nie płacze, to daje mi siłę i nadzieję. Gdy kładę Go już spiącego do łóżeczka Małpka zaraz podciąga nóżki i zwisają sie w kuleczkę. Zaczęłam mowić do Niego cichutko, żeby wyprostował nóżki i delikatnie je masowalam. Mięśnie miał jak kamień. Ale puszcza to rownież daje nadzieje. Wczoraj gdy Go usypiałam i szcxypał mnie dość ostro powiedziałam przestań, wystraszył się i zaraz sięgnął po butelkę do której się... Przytulił. Jego butelka to substytut mamy. Więc łzy same mi popłynęły z oczu. Ta Jego niewyobrażalna samotność tworzy wokół Niego jakby szklaną, cieniutką osłonkę. Wszyscy widzą małe szczęśliwe dziecko. Nikt nie widzi dziecka zranionego a ono w Nim jest bardzo mocno, mimo Jego uśmiechu. Małpka nie płacze nawet normalnie, On łka, raz tylko rozpłakał się tak szczerze ze łzami.
Dużo pracy przed nami, szczególnie, że szykują się pobyty w szpitalach. Tak więc może być więcej regresu niż progresu. Oby jednak szło do przodu.

Komentarze

  • avatar
    anula70

    14/07/2014 - 08:07

    rycze jak bóbr.takie maleństwo a tak już skrzywdzone przez zły świat. i to przez świat nasz -ludzi dorosłych. czy kiedyś ktoś taki przez chwile pomyśli co zrobił? dziecko -mały cud,powinno byc tylko kochane.
    jak to dobrze że jesteście wy. że właśnie taka mama jak ty stanęła na jego drodze. napewno bedzie dobrze,ale na wszytsko potrzeba czasu. mysle że strach przez te badania, lekarzy i szpitale wywołał u niego cofnięcie. poprostu czuje sie zagrożony i ucieka w to co wcześniej znał. nawet nie umie sobie tego wyobrazic.
    twojego cierpienia tez nie umie. wiem ile mnie kosztował pobyt 6 dni w szpitalu z synkiem.on był dzielniejszy ode mnie. teraz zaś mieliśmy zabieg u chirurga i juz 2 tydzien synuś o wszystko beczy,stał sie taki nerwowy strasznie,nagle wszystkiego sie boi,nawet dzieci na placu zabaw.wiem ze to trauma po przeżyciu. bolało go i póżniej przez tydzień pytał czy ta Pani doktor musiała mu taką krzywde zrobić. teraz ciut sie wycisza.ale on jest duży,on powie co mu sie dzieje. aMałpeczka taki malutki. mój synuś zawsze miał nas,wie że w sytuacji gdy coś sie dzieje my stajemy na głowie by mu było dobrze. a Twoj synuś wcześniej nie miał nikogo,nikt sie nie przejmował tym że jest chory,nikt sie nie rozczulał nad nim. teraz jesteście wy i musi sie od nowa uczyć że jest takie coś jak uczucia i bliskość. dla nas oczywiste,a dla niego obce.on zna samotność i kiwanie sie. duzo pracy przed wami,ale wieże że dacie rade-bo go pokochaliście,a wiesz miłość gór przenosi. trzymam kciuki i pozdrawiam

  • Aia

    14/07/2014 - 13:07

    Leeleeth, jesteś bardzo mądrą kobietą i świadomą tego, z czym masz do czynienia. To ważne. Pozwala trzymać właściwy kierunek. Pewnie, że spaceruj jak najwiecej, spotykaaj się z ludźmi, żeby ładować akumulatory, Masz rację Dziecko potrzebuje uśmiechniętej Mamy :)

    Nie wiem, czy czytałaś książkę Magdy Modlibowskiej "Odczarować adopcję". Ona opisuje własne zmagania z wychowywaniem zranionego dziecka. Pisze sporo o chorobie sierocej jednej z córek. Im pomógł bardzo holding. Holding jako proces tworzenia więzi i bliskości. Ale wiem, że są entuzaści, jak i przeciwnicy. Holding nie dla każdego. Trzeba wyczuć.
    Pomyślałam, że moglabyś sobie sprawić nosidło, albo chustę. Ja mam nosidło i po domu noszę w nim Synka (w wieku Małpki,a na pewno cięższy). Chowa się w tej kieszonce z radościa. Lubi się przytulić, jest spokojniejszy. Nawet jak coś na dworzu robię to mam go na plecach i on wtedy obserwuje co robię. U nas powód noszenia jest troche inny, dziecko jest żywiołowe i często ucieka. Nic nie mogę przy nim zrobić. A w nosidle siedzi zadowolony, a ja mam dwie wolne ręce.

    A propos napiecia mięsniowego mam spore doświadczenie macierzyńskie, wiec jak coś to chętnie podpowiem.

    Myślę, że ze względu na zaniedbania i stan zdrowia Małpeczki jesteś mamą przed którą stoi więcej wyzwań. Jak z macierzyństwem biologicznym. Jedne dzieci są "łatwiejsze w obsłudze", a inne bardziej wymagające. Gdy jeszcze dziecko choruje to sprawa się dodatkowo komplikuje, bo dziecko się boi lekarzy, zastrzyków, badań, samotności. Mimo, że rodzic jest obok, to i tak krzywda się mu dzieje. Krzywda realna i fizyczna. Dziecko nie rozumie celu zabiegów medycznych. Ja nie chciałabym być co chwila kłuta, przenoszona z łóżka na łóżko, w kółko badana. Zero prywatności i spokoju. Dziecko też człowiek, czuje to samo. A dziecko zranione dodatkowo skołowane jest, bo tu jest mama i przytula. Juz wierzy, że mama ochroni, a za chwile Pani łapie za rączkę/nóżkę i szuka żyły. Masakra.
    Naprawdę współczuję dzieciom w szpitalach. Bo mało kto myśli o ich uczuciach. Wiem, co mówię, bo kiedyś gdy lezałam z Synkiem w szpitalu, Pani szukała żył 20 min, co i raz wbijajac igle w nowe miejsce. Syn darł się, że serce mi pękało. patrzyl na mnie w panice swoimi małymi oczkami, jakby chcial powiedziec "Mamo, czemu na to pozwalasz. Zabierz mnie. " Zapytalam Pania, czy moglaby delikatniej. Na to ona sie zaśmiała i powiedziała, że "to nie jej dziecko, a do wykonania ma pracę; a od przezywania to jestem ja" i kazała mi wyjść z gabinetu. Myslalam, że zemdleje z bezradnosci. Wiem, ze nie kazdy ma takie doswiadczenia, ale tak tez sie zdarza. Co mozna zrobic, to byc... być przy cierpiącym dziecku.

    Też zasypiam z Synkiem, to daje mu poczucie bliskości i szybko się wycisza. Gdy jest sam w pokoju szuka mnie. Ale ile matek tyle przyzwyczajen. Kazdy wypracowuje swoj model, bo każda Matka wie, co dla niej i dla jej dziecka najlepsze. Nie pozostaje nic innego niż sluchac głosu serca.
    Gdybyś mieszkala w moim miescie, chetnie bym się z Tobą i Małpką spotkała. Ze wsparciem zawsze raźniej. Można pogadac, odetchnąć :)

    I juz na koniec. Jakie to cudowne, że Małpeczka trafił pod Twoje skrzydła, bo go rozumiesz.

    Pozdrawiam
    Aia

    Ps. az mi wstyd, że tak się rozpisałam. Wyslalam Ci tez wiadomosc na priv :)

  • avatar
    Tykrokylek

    15/07/2014 - 08:07

    Pójdziecie do przodu... Powoli...
    Wszystkim powtarzam, że adopcja to nie bułka z masłem.
    Trzymam kciuki za postępy, za szybkie przemijanie chwil załamania.
    Przy Tygrysie też tak miałam: zadałam sobie pytanie - po co mi to wszystko??? Po co się w to wpakowałam??? Sama! Nikt mnie nie zmuszał!
    Dziś, gdy Tygrys jest jako tako na prostej i nawet jak się cofamy takich pytań już nie ma!
    Powoli nauczysz się macierzyństwa adopcyjnego, z jego cieniami i blaskami. Uodpornisz się na słowo "adoptowany", uodpornisz się na się na reakcje ludzi i lekarzy... Uodpornisz się na patrzenie na Ciebie jak na "idiotkę" i inne reakcje ludzi. Wszystko jednak wymaga czasu...
    Wytrwałości życzę!

    Tygrysek i ...
    http://picasaweb.google.com/KwiatkowyTygrysek/Magda?authkey=Gv1sRgCOnSppWiprioHA#
    http://tykrokylek.blogspot.com/