Męskie i kobiece sposoby radzenia sobie z niepłodnością, oraz nieporozumienia z tego wynikające.
Niepłodność jest jednym z najtrudniejszych momentów, jakie mogą spotkać parę młodych ludzi, którzy zdecydowali się być ze sobą na dobre i na złe. Często rujnuje związek, prowadzi do piętrzących się konfliktów, wzajemnych oskarżeń, ale przede wszystkim do nieporozumień i trudności z dawaniem sobie takiego rodzaju wsparcia, jakie potrzebuje to drugie.
Dzisiaj chciałabym zając się tym właśnie tematem.
Fakt niepłodności zwykle jest dla pary pierwszą w życiu sytuacją, w której nie mają do końca wpływu na bieg wydarzeń. To bardzo trudne emocjonalnie doświadczenie. Do tej pory zwykle kierowali swoim życiem i prędzej czy później dochodzili do wytyczonego celu.
„Skończyliśmy studia chociaż wcale nie było łatwo, udało nam się znaleźć pracę, stopniowo oboje w niej awansujemy.
Do tej pory wspominamy radość z pierwszego samochodu i wyjazdu na wakacje za własne zarobione pieniądze.
Zdecydowaliśmy się na kredyt i mieszkamy już we własnym mieszkaniu. Oczywiste było dla nas, że kiedy okrzepniemy i będziemy samodzielni i niezależni finansowo w naszym życiu pojawi się dziecko.
Tak się jednak nie stało, a przecież wszystko było tak dobrze zaplanowane.
To idealny moment na urlop macierzyński i przerwę w pracy zawodowej bez żadnego uszczerbku. U naszych znajomych pojawiają się dzieci, a u nas coraz większa pustka”.
Takie i podobne słowa słyszę wielokrotnie z ust par, które odwiedzają mój gabinet. Trudno im zrozumieć, że mogą nie mieć na coś wpływu, że nie są w stanie więcej się starać, zapracować albo znaleźć razem z lekarzem cudowny lek. Ciężko im zaakceptować fakt, że w leczeniu niepłodności często potrzebna jest ogromna dawka cierpliwości. Nie jest łatwo radzić sobie z kolejnymi nieudanymi próbami bez upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym. Aby to przetrwać potrzeba dużej dojrzałości, umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach, ale przede wszystkim zdolności do wspierania się nawzajem.
Zdarza się, że to zaczyna parę przerastać i zamiast pomagania sobie nawzajem stopniowo się od siebie oddalają czując coraz większe wzajemne rozczarowanie.
Dlaczego tak czasami bywa? Ponieważ sposób radzenia sobie w trudnych sytuacjach często jest odmienny u mężczyzny i u kobiety. Kiedy para nie zdaje sobie z tego sprawy może stopniowo się od siebie oddalać czując wzajemne rozczarowanie.
Czym zatem się różnią?
Mężczyzna zwykle przekonuje swoją partnerkę, że wszystko będzie dobrze, że przecież kiedyś im się uda, bo dlaczego miałoby być inaczej? I faktycznie ma rację, bo tylko niewielki procent osób nigdy nie doczeka się własnego dziecka.
Celem mężczyzny jest rozwiązanie problemu i tak było od początku naszego istnienia. To mężczyzna miał zapewnić rodzinie środki do przetrwania i jego działanie skierowane jest na to jak ten cel osiągnąć. Do braku dziecka zatem także podchodzi w sposób zadaniowy. Jeśli coś się nie udaje trzeba znaleźć inne rozwiązanie i liczyć, że to kolejne powinno się udać. Często jednak nie potrafi tego kobiecie jasno wytłumaczyć,że według niego to najskuteczniejszy sposób zmagania się z problemem.
Co zwykle słyszy kobieta?
„ Mój mąż mówi, że wszystko będzie dobrze, po to, żeby mnie na chwilę uspokoić, chociaż wcale tak nie uważa. To puste słowa pocieszania, za którymi nic nie stoi. Bagatelizuje problem. Nie rozumie co ja przeżywam. A może tak naprawdę wcale mu nie zależy na dziecku? Czasami czuję się w staraniu o dziecko zupełnie osamotniona.
To niebezpieczny moment dla związku, ponieważ ich odmienne sposoby radzenia sobie mogą doprowadzić do niezrozumienia i zamiast wzajemnego wspierania do konfliktów w parze, które nie będą sprzyjały trudnemu leczeniu.
Często dopiero w trakcie rozmowy z terapeutą uświadamiają sobie jak myśli i co tak naprawdę czuje druga strona i, że nic nie jest wymierzone przeciwko drugiej stronie.
Mężczyzna faktycznie czasami nie rozumie napięcia jakie pojawia się u jego żony, która wpada w pułapkę comiesięcznej paniki. Kobieta potrzebuje w tym trudnym momencie zupełnie innego wsparcia, niż jej mąż stara się jej zapewnić. On chce wymyślić jakieś rozwiązanie, kiedy tak naprawdę ona potrzeba przytulenia i wysłuchania bez dawania rad. Jej zamartwianie się wydaje mu się stratą czasu. Na pytania „Co będzie jeśli znowu nam nie wyjdzie? najczęściej odpowiada: „Wtedy się zastanowimy.” Kobieta zazwyczaj nie traktuje tego jako konstruktywne rozwiązanie bo jej psychika potrzebuje zupełnie czego innego. Przede wszystkim chce zwentylować emocje, wypłakać strach, a potem przeanalizować setki scenariuszy, zwykle tych najgorszych, które mogłyby się zdarzyć. Konsekwentnie wraca do analizowania spotkań z lekarzem, zamartwia się badaniami, zastanawianiem się „co by było gdyby”. Kobieta zwykle czuje się bezpieczniej kiedy ma w głowie ułożony jakiś plan działania na każdą okoliczność. Wtedy łatwiej jej funkcjonować.
Kiedy oboje uświadomią sobie, że tak naprawdę każde na swój sposób przeżywa ten sam problem nie robiąc niczego przeciwko sobie przede wszystkim mogą łatwiej wzajemnie się zrozumieć, ale także dać to, co potrzebne drugiej stronie. Do tego jednak potrzebna jest przede wszystkim szczera rozmowa.
A może w Waszej parze wszystko wygląda inaczej? Napiszcie proszę o swoich doświadczeniach związanych z dawanie sobie wsparcia, problemami pojawiającymi się w tej kwestii i sposobami w jakie sobie z nimi radzicie?
Najciekawsze wypowiedzi pomagające innymi w trudnej drodze leczenia niepłodności umieścimy w pierwszej „ Bocianiej” książce, którą chcemy stworzyć opierając ją głównie na Waszych przemyśleniach i doświadczeniach.
Pozdrawiam serdecznie Bogda Pawelec
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać
Odpowiedzi
Podobno nadzieja umiera ostatnia...
To co przeczytałam chyba jest standardowym zachowaniem par starających się bezskutecznie o dziecko.I my przeszliśmy przez te etapy.Minęło już prawie 8 lat od poronienia,a dziś pozostało jedynie zastanawianie się dlaczego Pan Bóg wybrał nam taką drogę?Konsekwencją tych lat w ciągłym czekaniu na"cud" jest,to,że praktycznie nie mamy przyjaciół,a dzieci znajomych,bądź kuzynostwa działają na nas depresyjnie.Mąż ostatnio stwierdził,że dzieci go denerwują,a ja po prostu się ich boję.I tak sobie żyjemy bez celu,bez wiary w to,że kiedyś,może...Jak sobie radzimy?Czasami wydaję mi się,że w ogóle sobie nie radzimy,że wszystko to gra pozorów,żeby nie zwariować.
Mąż ma swoją pasję,motocykl,a ja angażuję się w pomoc zwierzętom.
Podobno nadzieja umiera ostatnia...
Pozdrawiam
Anna
My też
Boskanka, to niesamowite, a może właśnie bardzo zwyczajne, ale Twój post mógłby byc mój :( Wszystko u nas wygląda tak samo, nawet moje "życie dla zwierzaków".
3 ciąże pozamaciczne,

ciąża obumarła 8 tc,
3x IMSI, crio... :(
najprawdziwsza prawda
Wszystko to co przeczytałam powyżej odzwierciedla odczucia zarówno moje, jak i mojego męża. Ja zawsze mam plan, mąż zawsze pociesza... i dzięki temu nie tracę nadziei. Dzieci znajomych zawsze oceniam, porównuję, zastanawiam się czy ja będą dobą mamą i czy w ogóle będę...
jak zwylke płaczę, obwiniam siebie, szukam winnych...
wierzę jednak, że kiedyś się uda. Ta wiara i nadzieją powodują, że mam siłę wstać rano i walczyć o szczęście, którym będzie uśmiech naszego dziecka (nawet imiona mam już wybrane!).
"Nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem, nie trać nigdy światła nadziei" (Bob Dylan)
uśmiech na twarzy :)
przed meżem udaję że jest ok., że się nie przejmuję, że jestem silna, że sobie z tym radze
on chce ze mną rozmawiać, bo widzi co się ze mną dzieje, a ja zamknęłam się w sobie, sama ze SWOIM problemem. Bo to MOJA wina że nie możemy mieć dzieci.
Krzycze na męża bez powodu, ilekroć on próbuje porozmawiac ja krzycze.
Czuję że zwariuje.
Mam dosyć.
seks który kiedyś sprawiał nam tyle radości, teraz .... po prostu kojarzy mi się z kolejnym dniem cyklu. kalkuluję kiedy powinniśmy się kochac. i zmuszam się. w pozostałe niepłodne dni, odsuwam męża od siebie... a przecież kiedyś mogłam się z nim kochac non stop.... uwielbiałam seks...do pewnego momentu
tak wiec wracając do tematu, u nas nie ma nieporozumien w zwiazku z niepłodnoscią. po prostu nie rozmawiamy, bo ja nie chce.
brak wsparcia
Witam,
Jestem tu nowa i wiem ze potrzebuje wsparcia. I to naprawde bardzo duzego:( Staramy sie o dziecko 3 lata aktualnie czekam na skierowanie do kliniki nieplodnosci w Angli bo tu teraz mieszkam. Robilam badania hormonalne, i wiele innych i wszystko jest ok, moj maz sie badal i jest zdrowy. Czas sprawdzic czy mam drozne jajowody. Jednak bardziej meczy mnie problem z tym ze nie moge patrzec na kobiety w ciazy! Nie moge zniesc jak jakas nastpena kolezanka oznajmia calemu swiatu ze bedzie miala dziecko,a juz najbardziej nie moge zniesc tego ze moja szwagierka ktorej nie nawidze zaszla w ciaze- i kiedy oznajmila calemu swiatu ze jest w ciazy?? W sama wigilie!!! Przeplakalam cala wigilie nie chcialam z nikim rozmawiac a wiecie co bylo najgorsze? Ze moj maz widzialam na jego twarzy jak sie cieszy:( a ja nie moge mu dac dziecka:( na sama mysl ze mam teraz tam jechac i patrzec na jej brzuch i sluchac jaka to ona nie jest szczesliwa, patzrec jak kazdy jej naskakuje nie dam rady! Martwie sie ze nie znziose tego jak moja maz bedzie patrzal na to dziecko jak bedzie je bral na rece!! Ja poprostu nie chce zeby on tam jezdzil -potrzebuje jego wsparcia chociaz na samym poczatku. Jednak go nie mam powiedzial mi ze to sa moje wymysly ze tak naprawde nie boli mnie to ze nie moge miec dziecka ze tylko sobie wymyslam,ze jak go poprosza o bycie chrzestnym poprotu nim bedzie i jak ja nie pojade do jego siostry on nie bedzie jezdzil do mojej rodziny!! A ja tak bardzo cierpie:( chcialam tylko troszke wsparcia, chcialam tylko uslyszec ze dobrze kochanie wytlumacze im to i nie bedziemy tam jezdzic przez jakis czas:( tylko tyle oczekiwalam!!! Jak zachowuja sie wasi mezowie w takich sytuacjach, jak wy sobie z tym radzicie?? Blagam pomozcie
mam tak samo
moniacicha, mam dokladnie takie uczucia do kobiet w ciazy. Tez sobie nie radze. A raczej radze sobie poprzez unikanie ich i wszelkich sytuacji jakkolwiek powiazanych. Moja dobra kolezanka jest w ciazy - zakomunikowali nam o tym tydzien po tym jak odebralismy fatalne wyniki nasienia. Poczulam sie jakby ktos obuchem z calym rozmachem uderzyl mnie w glowe. To byla jedna z najgorszych chwil w moim zyciu - do dzisiaj a minelo juz kilka miesiecy nie umiem sie z nia spotykac. Czuje nienawisc, wscieklosc, reaguje na nia bardzo agresywnie i ciagle musze sie gryzc w jezyk. To jest naprawde trudne bo wcale nie chce tak sie czuc, to tak jakby dzialo sie poza mna... Nie mam ochoty o niczym nikomu mowic - moze kiedys ale teraz dusimy to w sobie no i walczymy a czas leci...
Nic Ci nie poradze, wiedz ze nie jestes sama z takimi emocjami. Chyba najgorsza jest bezsilnosc i niemoc. Ja sobie to tlumacze tak, ze czegos mnie ma ta sytuacja nauczyc, nie lubie byc ofiara.