zgoda na ciasteczka

Męskie i kobiece sposoby radzenia sobie z niepłodnością, oraz nieporozumienia z tego wynikające.

Bogda Pawelec Niepłodność jest jednym z najtrudniejszych momentów, jakie mogą spotkać parę młodych ludzi, którzy zdecydowali się być ze sobą na dobre i na złe. Często rujnuje związek, prowadzi do piętrzących się konfliktów, wzajemnych oskarżeń, ale przede wszystkim do nieporozumień i trudności z dawaniem sobie takiego rodzaju wsparcia, jakie potrzebuje to drugie.
Dzisiaj chciałabym zając się tym właśnie tematem.

Fakt niepłodności zwykle jest dla pary pierwszą w życiu sytuacją, w której nie mają do końca wpływu na bieg wydarzeń. To bardzo trudne emocjonalnie doświadczenie. Do tej pory zwykle kierowali swoim życiem i prędzej czy później dochodzili do wytyczonego celu.
„Skończyliśmy studia chociaż wcale nie było łatwo, udało nam się znaleźć pracę, stopniowo oboje w niej awansujemy.
Do tej pory wspominamy radość z pierwszego samochodu i wyjazdu na wakacje za własne zarobione pieniądze.
Zdecydowaliśmy się na kredyt i mieszkamy już we własnym mieszkaniu. Oczywiste było dla nas, że kiedy okrzepniemy i będziemy samodzielni i niezależni finansowo w naszym życiu pojawi się dziecko.

Tak się jednak nie stało, a przecież wszystko było tak dobrze zaplanowane.
To idealny moment na urlop macierzyński i przerwę w pracy zawodowej bez żadnego uszczerbku. U naszych znajomych pojawiają się dzieci, a u nas coraz większa pustka”.
Takie i podobne słowa słyszę wielokrotnie z ust par, które odwiedzają mój gabinet. Trudno im zrozumieć, że mogą nie mieć na coś wpływu, że nie są w stanie więcej się starać, zapracować albo znaleźć razem z lekarzem cudowny lek. Ciężko im zaakceptować fakt, że w leczeniu niepłodności często potrzebna jest ogromna dawka cierpliwości. Nie jest łatwo radzić sobie z kolejnymi nieudanymi próbami bez upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym. Aby to przetrwać potrzeba dużej dojrzałości, umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach, ale przede wszystkim zdolności do wspierania się nawzajem.
Zdarza się, że to zaczyna parę przerastać i zamiast pomagania sobie nawzajem stopniowo się od siebie oddalają czując coraz większe wzajemne rozczarowanie.
Dlaczego tak czasami bywa? Ponieważ sposób radzenia sobie w trudnych sytuacjach często jest odmienny u mężczyzny i u kobiety. Kiedy para nie zdaje sobie z tego sprawy może stopniowo się od siebie oddalać czując wzajemne rozczarowanie.
Czym zatem się różnią?

Mężczyzna zwykle przekonuje swoją partnerkę, że wszystko będzie dobrze, że przecież kiedyś im się uda, bo dlaczego miałoby być inaczej? I faktycznie ma rację, bo tylko niewielki procent osób nigdy nie doczeka się własnego dziecka.
Celem mężczyzny jest rozwiązanie problemu i tak było od początku naszego istnienia. To mężczyzna miał zapewnić rodzinie środki do przetrwania i jego działanie skierowane jest na to jak ten cel osiągnąć. Do braku dziecka zatem także podchodzi w sposób zadaniowy. Jeśli coś się nie udaje trzeba znaleźć inne rozwiązanie i liczyć, że to kolejne powinno się udać. Często jednak nie potrafi tego kobiecie jasno wytłumaczyć,że według niego to najskuteczniejszy sposób zmagania się z problemem.
Co zwykle słyszy kobieta?
„ Mój mąż mówi, że wszystko będzie dobrze, po to, żeby mnie na chwilę uspokoić, chociaż wcale tak nie uważa. To puste słowa pocieszania, za którymi nic nie stoi. Bagatelizuje problem. Nie rozumie co ja przeżywam. A może tak naprawdę wcale mu nie zależy na dziecku? Czasami czuję się w staraniu o dziecko zupełnie osamotniona.

To niebezpieczny moment dla związku, ponieważ ich odmienne sposoby radzenia sobie mogą doprowadzić do niezrozumienia i zamiast wzajemnego wspierania do konfliktów w parze, które nie będą sprzyjały trudnemu leczeniu.
Często dopiero w trakcie rozmowy z terapeutą uświadamiają sobie jak myśli i co tak naprawdę czuje druga strona i, że nic nie jest wymierzone przeciwko drugiej stronie.

Mężczyzna faktycznie czasami nie rozumie napięcia jakie pojawia się u jego żony, która wpada w pułapkę comiesięcznej paniki. Kobieta potrzebuje w tym trudnym momencie zupełnie innego wsparcia, niż jej mąż stara się jej zapewnić. On chce wymyślić jakieś rozwiązanie, kiedy tak naprawdę ona potrzeba przytulenia i wysłuchania bez dawania rad. Jej zamartwianie się wydaje mu się stratą czasu. Na pytania „Co będzie jeśli znowu nam nie wyjdzie? najczęściej odpowiada: „Wtedy się zastanowimy.” Kobieta zazwyczaj nie traktuje tego jako konstruktywne rozwiązanie bo jej psychika potrzebuje zupełnie czego innego. Przede wszystkim chce zwentylować emocje, wypłakać strach, a potem przeanalizować setki scenariuszy, zwykle tych najgorszych, które mogłyby się zdarzyć. Konsekwentnie wraca do analizowania spotkań z lekarzem, zamartwia się badaniami, zastanawianiem się „co by było gdyby”. Kobieta zwykle czuje się bezpieczniej kiedy ma w głowie ułożony jakiś plan działania na każdą okoliczność. Wtedy łatwiej jej funkcjonować.
Kiedy oboje uświadomią sobie, że tak naprawdę każde na swój sposób przeżywa ten sam problem nie robiąc niczego przeciwko sobie przede wszystkim mogą łatwiej wzajemnie się zrozumieć, ale także dać to, co potrzebne drugiej stronie. Do tego jednak potrzebna jest przede wszystkim szczera rozmowa.

A może w Waszej parze wszystko wygląda inaczej? Napiszcie proszę o swoich doświadczeniach związanych z dawanie sobie wsparcia, problemami pojawiającymi się w tej kwestii i sposobami w jakie sobie z nimi radzicie?
Najciekawsze wypowiedzi pomagające innymi w trudnej drodze leczenia niepłodności umieścimy w pierwszej „ Bocianiej” książce, którą chcemy stworzyć opierając ją głównie na Waszych przemyśleniach i doświadczeniach.

Pozdrawiam serdecznie Bogda Pawelec

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (4 votes)

Odpowiedzi

Portret użytkownika boskanka

Podobno nadzieja umiera ostatnia...

To co przeczytałam chyba jest standardowym zachowaniem par starających się bezskutecznie o dziecko.I my przeszliśmy przez te etapy.Minęło już prawie 8 lat od poronienia,a dziś pozostało jedynie zastanawianie się dlaczego Pan Bóg wybrał nam taką drogę?Konsekwencją tych lat w ciągłym czekaniu na"cud" jest,to,że praktycznie nie mamy przyjaciół,a dzieci znajomych,bądź kuzynostwa działają na nas depresyjnie.Mąż ostatnio stwierdził,że dzieci go denerwują,a ja po prostu się ich boję.I tak sobie żyjemy bez celu,bez wiary w to,że kiedyś,może...Jak sobie radzimy?Czasami wydaję mi się,że w ogóle sobie nie radzimy,że wszystko to gra pozorów,żeby nie zwariować.
Mąż ma swoją pasję,motocykl,a ja angażuję się w pomoc zwierzętom.
Podobno nadzieja umiera ostatnia...
Pozdrawiam
Anna

Portret użytkownika paduszek

My też

Boskanka, to niesamowite, a może właśnie bardzo zwyczajne, ale Twój post mógłby byc mój :( Wszystko u nas wygląda tak samo, nawet moje "życie dla zwierzaków".

3 ciąże pozamaciczne,
ciąża obumarła 8 tc,
3x IMSI, crio... :(

Portret użytkownika campanulla

najprawdziwsza prawda

Wszystko to co przeczytałam powyżej odzwierciedla odczucia zarówno moje, jak i mojego męża. Ja zawsze mam plan, mąż zawsze pociesza... i dzięki temu nie tracę nadziei. Dzieci znajomych zawsze oceniam, porównuję, zastanawiam się czy ja będą dobą mamą i czy w ogóle będę...
jak zwylke płaczę, obwiniam siebie, szukam winnych...
wierzę jednak, że kiedyś się uda. Ta wiara i nadzieją powodują, że mam siłę wstać rano i walczyć o szczęście, którym będzie uśmiech naszego dziecka (nawet imiona mam już wybrane!).
"Nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem, nie trać nigdy światła nadziei" (Bob Dylan)

Portret użytkownika axsinia

uśmiech na twarzy :)

przed meżem udaję że jest ok., że się nie przejmuję, że jestem silna, że sobie z tym radze
on chce ze mną rozmawiać, bo widzi co się ze mną dzieje, a ja zamknęłam się w sobie, sama ze SWOIM problemem. Bo to MOJA wina że nie możemy mieć dzieci.
Krzycze na męża bez powodu, ilekroć on próbuje porozmawiac ja krzycze.
Czuję że zwariuje.
Mam dosyć.

seks który kiedyś sprawiał nam tyle radości, teraz .... po prostu kojarzy mi się z kolejnym dniem cyklu. kalkuluję kiedy powinniśmy się kochac. i zmuszam się. w pozostałe niepłodne dni, odsuwam męża od siebie... a przecież kiedyś mogłam się z nim kochac non stop.... uwielbiałam seks...do pewnego momentu
tak wiec wracając do tematu, u nas nie ma nieporozumien w zwiazku z niepłodnoscią. po prostu nie rozmawiamy, bo ja nie chce.

Portret użytkownika moniacicha

brak wsparcia

Witam,
Jestem tu nowa i wiem ze potrzebuje wsparcia. I to naprawde bardzo duzego:( Staramy sie o dziecko 3 lata aktualnie czekam na skierowanie do kliniki nieplodnosci w Angli bo tu teraz mieszkam. Robilam badania hormonalne, i wiele innych i wszystko jest ok, moj maz sie badal i jest zdrowy. Czas sprawdzic czy mam drozne jajowody. Jednak bardziej meczy mnie problem z tym ze nie moge patrzec na kobiety w ciazy! Nie moge zniesc jak jakas nastpena kolezanka oznajmia calemu swiatu ze bedzie miala dziecko,a juz najbardziej nie moge zniesc tego ze moja szwagierka ktorej nie nawidze zaszla w ciaze- i kiedy oznajmila calemu swiatu ze jest w ciazy?? W sama wigilie!!! Przeplakalam cala wigilie nie chcialam z nikim rozmawiac a wiecie co bylo najgorsze? Ze moj maz widzialam na jego twarzy jak sie cieszy:( a ja nie moge mu dac dziecka:( na sama mysl ze mam teraz tam jechac i patrzec na jej brzuch i sluchac jaka to ona nie jest szczesliwa, patzrec jak kazdy jej naskakuje nie dam rady! Martwie sie ze nie znziose tego jak moja maz bedzie patrzal na to dziecko jak bedzie je bral na rece!! Ja poprostu nie chce zeby on tam jezdzil -potrzebuje jego wsparcia chociaz na samym poczatku. Jednak go nie mam powiedzial mi ze to sa moje wymysly ze tak naprawde nie boli mnie to ze nie moge miec dziecka ze tylko sobie wymyslam,ze jak go poprosza o bycie chrzestnym poprotu nim bedzie i jak ja nie pojade do jego siostry on nie bedzie jezdzil do mojej rodziny!! A ja tak bardzo cierpie:( chcialam tylko troszke wsparcia, chcialam tylko uslyszec ze dobrze kochanie wytlumacze im to i nie bedziemy tam jezdzic przez jakis czas:( tylko tyle oczekiwalam!!! Jak zachowuja sie wasi mezowie w takich sytuacjach, jak wy sobie z tym radzicie?? Blagam pomozcie

Portret użytkownika vinca

mam tak samo

moniacicha, mam dokladnie takie uczucia do kobiet w ciazy. Tez sobie nie radze. A raczej radze sobie poprzez unikanie ich i wszelkich sytuacji jakkolwiek powiazanych. Moja dobra kolezanka jest w ciazy - zakomunikowali nam o tym tydzien po tym jak odebralismy fatalne wyniki nasienia. Poczulam sie jakby ktos obuchem z calym rozmachem uderzyl mnie w glowe. To byla jedna z najgorszych chwil w moim zyciu - do dzisiaj a minelo juz kilka miesiecy nie umiem sie z nia spotykac. Czuje nienawisc, wscieklosc, reaguje na nia bardzo agresywnie i ciagle musze sie gryzc w jezyk. To jest naprawde trudne bo wcale nie chce tak sie czuc, to tak jakby dzialo sie poza mna... Nie mam ochoty o niczym nikomu mowic - moze kiedys ale teraz dusimy to w sobie no i walczymy a czas leci...
Nic Ci nie poradze, wiedz ze nie jestes sama z takimi emocjami. Chyba najgorsza jest bezsilnosc i niemoc. Ja sobie to tlumacze tak, ze czegos mnie ma ta sytuacja nauczyc, nie lubie byc ofiara.

Portret użytkownika pani_bocian

moja historia życia z niepłodnością

Staramy się z mężem o dziecko od 4 lat, dokładnie od Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2008 roku  Dlaczego tak dobrze pamiętam tę datę? Bo oczywiście wszystko sobie dokładnie zaplanowałam – przed Mistrzostwami nie chciałam być w ciąży, bo jak z brzuchem jechać do Austrii na mecz, a za rok dam radę być na ślubie przyjaciółki z 3-miesięcznym dzieckiem na ręku… Przez pierwsze miesiące moich starań jeszcze kalkulowałam odpowiednie terminy przyjścia na świat naszego Dziecka  Potem doszłam do wniosku, że fajnie byłoby urodzić na wiosnę, fajnie gdyby to była dziewczynka… Dziś marzę tylko o tym, żeby w ogóle zdarzył się cud i żebyśmy zostali rodzicami zdrowego dziecka/dzieci.
Najśmieszniejsze jest to, że jako pierwsza w gronie moich znajomych chciałam zajść w ciążę, a dziś większość z nich jest już rodzicami, a u nas ciągle nic  Najgorsze jest dowiadywanie się od szczęśliwych przyszłych rodziców o dwóch kreskach na teście albo o pojawieniu się dziecka na świecie. Zastanawiam się tylko, czy to złośliwość losu każe im informować mnie o tym fakcie wtedy gdy pojawia się u mnie miesiączka? Czy wyczuwają w moim głosie podczas składania gratulacji moje ściśnięte serce? Czy rozumieją jak trudno mi się cieszyć z ich szczęścia, kiedy u mnie po raz kolejny umarła nadzieja? Chciałabym, naprawdę chciałabym być dobrą „ciocią” dla dzieci znajomych, rodziny, ale ciężko mi się przełamać i bawić się z tymi dziećmi, pamiętać o ich urodzinach i innych Świętach. Nie potrafię. Jestem zazdrosna, jestem smutna, jestem zła.
Na początku swoich starań myślałam, że wystarczy się „dotknąć” i już jest ciąża. Po kilku miesiącach zaczęłam się zastanawiać czy wszystko jest w porządku, po roku zaczęłam się martwić, że coś jest nie tak, po dwóch latach wpadłam w depresję. Czy ktoś potrafi zrozumieć jak to jest żyć mając ciągle na uwadze swój cykl owulacyjny, licząc w kółko dni płodne i daty spodziewanej miesiączki? Jak smutno jest gdy na teście ciążowym pojawia się jedna kreska, jak boli pojawienie się miesiączki, jak trudno opanować łzy. Moje myśli ciągle błądziły wokół dziecka: czytanie informacji na internecie, przeglądanie forum, wymyślanie imion dla dziecka, rozpoczęcie leczenia. W tym czasie najchętniej siedziałam w domu, nie miałam ochoty na spotkania ze znajomymi, nie chciało mi się chodzić do pracy, nie miałam ochoty na gotowanie, sprzątanie. Byłam zła na cały świat i na siebie. W końcu postanowiłam to zmienić, musiałam zająć czymś innym głowę. Postanowiłam zmienić pracę (udało się  ) i pobraliśmy się z moim partnerem. Trochę pomogło. Depresja minęła, choć nadal „czegoś” mi brak. Czuję, że moje życie jest niepełne, że nie ma sensu. Rano wstaję, idę do pracy, potem obiad, „czas wolny” kolacja i spanie. I tak mija dzień za dniem. Fajnie, bo mam czas tylko dla siebie, o nic nie muszę się martwić – oglądam telewizję kiedy chcę, czytam książki, chodzę po sklepach, jeżdżę na wycieczki. W tym czasie moje koleżanki chodzą na spacery z dziećmi, bawią się z nimi, kąpią je, karmią… Boli.
Dwa lata temu podjęłam leczenie. Wizyty u ginekologa, monitorowanie cyklu, hsg, dwie inseminacje – brak rezultatów mnie załamał i doprowadził do depresji. Po uporządkowaniu swojego życia postanowiłam jeszcze raz podjąć się leczenia. Obiecałam sobie, że tym razem wytrwam i się nie załamię, że będę walczyć! Chcę mieć dziecko, a mój zegar biologiczny tyka  Za mną majowa inseminacja –bez rezultatu, wkrótce kolejne.
Dziś znowu są Mistrzostwa Europy… Planowanej na dziś miesiączki brak. Czy zdarzy się cud czy znowu cudu nie będzie?

Portret użytkownika vinca

Heh, trzymam kciuki zeby sie

Heh, trzymam kciuki zeby sie udalo! W sumie chyba wszystkie czujemy podobne rozżalenie i okropne poczucie niesprawiedliwosci.
W sumie do wszystkiego sie mozna przyzwyczaic; nie mozna zyc z nieustajaca hustawka nastrojow - od nadziei do rozczarowania i tak co miesiac.
Co ciekawe mi bardzo pomoglo ostatnio zgloszenie sie do kliniki leczenia nieplodnosci. Wreszcie poczulam, że jest jakis plan ktory bedziemy realizowac i ze trafilam chyba na kogos kompetentnego... Tak jak powiedziala mi pani doktor - probuje patrzec na to tak, ze zawsze w odwodzie jest in vitro - a poki co probujemy innych opcji. Wreszcie sie uspokoilam i w tym miesiacu nie wpadlam w czarna rozpacz gdy przyszla miesiaczka. Mam tylko nadzieje, ze jestesmy w dobrych rekach...
Daj znac czy sie udalo:-) A jak sie nie udalo to tez napisz.

Portret użytkownika pani_bocian

Moje życie z niepłodnością..

Cud się oczywiście nie wydarzył :( Trudno, będziemy nadal próbować. Ale faktycznie rozpoczęcie leczenia i opracowanie planu działania pomaga, rozbudza nadzieję i ma się świadomość, że coś się w tym kierunku robi.

Portret użytkownika rajka16

nadzieja

Mój mąż też za każdym razem, gdy dopada mnie kryzys powtarza, że wszystko będzie dobrze, a ja się boję, że tak jednak nie będzie! Uwielbiam dzieci, od zawsze lubiłam się z nimi zajmować i bawić się z nimi. Pewnie, dlatego nigdy bym nie przypuszczała, że będę mieć problem z posiadaniem własnych dzieci. Staramy się z mężem już ponad 4 lata i tak naprawdę nie wiadomo, jaka jest przyczyna naszej niepłodności. Był czas, że nie mogłam patrzeć na inne ciężarne kobiety i ciągle płakałam, gdy dostawałam okres, gdy dowiadywałam się, że kolejna znajoma jest w ciąży, gdy odwiedzaliśmy znajomych, którzy właśnie zostawali rodzicami. Postanowiłam jednak z tym skończyć. To przecież nie jest winna innych osób, że akurat my nie możemy cieszyć się z własnego potomstwa. Łatwo na pewno nie będzie, ale staram się nie tracić nadziei, bo nadzieja zawsze umiera ostatnia!!!
czasem płacze, bo chce mi się płakac- wtedy czuje, że ucieka ze mnie zło!!!

raj16

Portret użytkownika aisa_t

Moja historia-tak zwykła, zwyczajna...

Staramy się z mężem o dziecko od trzech lat.
Zaraz po ślubie nie chciałam się spieszyć, bo przecież czekał nas wyjazd na wakacje, szaleństwa, a jak tu szaleć z dzieckiem pod sercem? Później były plany, żeby zajść w ciążę w odpowiednim momencie, urodzić na wiosnę, nie zimą, nie końcem roku, bo w pracy jest wtedy hardcore ;). W pierwszym nieudanym cyklu bez zabezpieczeń było zdziwienie, że na teście brak dwóch kresek, później w kolejnych miesiącach setki testów znów nie dały wyczekiwanej odpowiedzi...Po pół roku zaczęło się liczenie dni cyklu i przytulanie na gwizdek, a w tle pytania rodziny i przyjaciół-kiedy WY? Po roku zaczęły się pojawiać u mnie dziwne zmiany nastroju, a mąż w dniach zbliżającej się miesiączki tężał na twarzy i oczekiwał...wiem teraz, że bał się tych wieczorów, gdy zamiast mojej radości ze spóźniającej się miesiączki następowała rozpacz i zwierzęce wycie, gdy w łazience na papierze pojawiała się krew-objaw mojej choroby i bezsilności...Nic wtedy nie mówił, wynosił mnie z łazienki i tulił, jak małe, bezbronne zwierzątko...I tak następował kolejny cykl i kolejne dni z kalendarzykiem..Po dwóch latach wiedziałam już-muszę się otrząsnąć, bo oszaleję. I tak właśnie zaczęłam wyobrażać sobie nasze życie bez dziecka, aż do chwili, gdy moja młodsza siostra nie chciała w dniu swoich urodzin wznieść toastu, a ja dla żartu zapytałam, czy może jest w ciąży? W jej oczach wyczytałam wszystko: potwierdzenie i zakłopotanie, bo przecież to my z mężem się staramy, a u niej "jakoś tak wyszło". Wtedy pękło mi serce po raz kolejny... Mojemu mężowi też..

Od tamtej chwili minęło dziesięć miesięcy, w domu rodzinnym pojawiła się maleńka istotka-córka siostry, którą kocham moim wychudzonym sercem,mój mąż ma na jej punkcie obsesję :) Leczymy się w specjalistycznej klinice i oswajam myśl o pierwszej inseminacji. Mąż ma obniżone parametry nasienia. Niestety seks, który dawał nam tyle radości, stał się wymuszonym obowiązkiem, który musimy z mężem wypełniać. W tej chwili pojawiły się u mnie obawy, czy naprawdę chcę tego dziecka, czy podołam, czy zasługuję...Naprawdę nie wiem czy przeżyję kolejne rozczarowania, boję się znów "nakręcić" na dziecko...

2,5 roku starań :(
Oligoteratozoospermia
"To, co wiecznie zawodzi, wiecznie jest też przedmiotem nadziei"

Portret użytkownika magda2508

Chciałabym wierzyć...

5 lat życia dla siebie i coraz bardziej obok siebie. 5 lat walki, która nie ma końca. 3 próby in vitro i poronienie. Odchodząca po cichutku moja nadzieja. Problem jest po stronie mojego męża. Staram się, by nie widział mojego cierpienia, bo przecież jego boli podwójnie. Ale nie zawsze potrafię zagłuszyć myśli i ból. Przecież tylko on mnie rozumie. Wokół mówią " inni mają większe problemy", " to nie jest problem". Nikt nawet nie próbuje mnie zrozumieć. Kiedy odszedł nasz cud, wstydziłam się płakać, powiedzieć, że cierpię. Bo przecież to był dopiero 9 tydz. Wtedy mój świat się skończył. A ja nie mogłam wykrzyczeć swojego bólu. Nasza niepłodność z zazdrością przygląda się rosnącym brzuchom, wykrzywia twarz na widok roześmianych, malutkich oczu, liczy z pośpiechem mijane na ulicy dziecięce wózki. Mój mąż wiele zrobił w kwestii leczenia. Nawet ostatnio poddał się operacji.Podziwiam jego walkę. Z mojej strony tak wiele się wypaliło. Ja sobie nie radzę. I to przekłada się na inne sfery mojego życia. On tez wiele stracił. Nie potrafi wysoko stawać na palcach. Kiedy na niego patrzę, widzę jaki ciężar nosi na swoich barkach. Boję się, że nie udźwigniemy tego razem.

7 lat starań
oligoasthenoteratozoospermia ciężka
sierpień 2011r.- nie doszło do punkcji, hiperstymulacja jajników
luty 2012r.- I IMSI, Białystok :(
lipiec 2012r.- II IMSI, Białystok :)8,9 tydz. Aniołek
luty 2013r.- operacja żylaków powrózka nasienneg

Portret użytkownika aklewe

..a może stanie się cud :)

.. przez wiele lat w to wierzyłam...
Od zawsze wiedziałam ,że będę cudowną matką, czułam że do tego właśnie jestem stworzona "BYĆ MATKĄ" .Po roku bezskutecznych starań wykonaliśmy badanie nasienia i okazało się że mamy problem... dla mojego partnera to był cios.. " jak to ja? ". Nie mógł się z tym pogodzić Musiało minąć dużo czasu ,żeby to do niego dotarło do mnie zresztą też, był to ciężki okres dla nas obojga, myśli z którymi walczyłam, " a może najprościej byłoby go zostawić? , nawet nie jesteśmy małżeństwem , jaką właściwie mam pewność ,że kiedyś nie odejdzie, w końcu decyduję się poświecić dla niego coś co jest najważniejsze dla kobiety , czy jest tego wart? czy nie będę kiedyś żałowała swojej decyzji ?, dlaczego właśnie JA ? i setki innych myśli a wśród nich ....nie , nie mogę tego zrobić, najprościej byłoby teraz odejść ale tak bardzo go kocham -bezwarunkowo kocham. Damy radę- zmierzymy się z tym razem. " I tak się stało . Po pewnym czasie zdecydowaliśmy się na In vitro, myślałam wtedy "skoro ja jestem zdrowa , a problem jest tylko z dotarciem plemników -to na pewno nam się uda" ,byłam tak pozytywnie nakręcona, tak bardzo wierzyłam ,każda chwila przepełniała mnie radością tak wielką ,że nie jestem w stanie tego opisać.Cały proces przygotowania,badań stymulacji,wszystko teraz pamiętam jak przez mgłę - najważniejsze było że wierzyłam że nam się uda.
I przyszedł dzień bety - wynik ujemny , następny transfer a wynik znowu ujemny. I wtedy chyba świat mi się zawalił,chciałam z bólu krzyczeć... potrzebowałam kilku miesięcy ,żeby z tym się uporać, nie mogłam patrzeć na dzieci, unikałam kontaktów ze wszystkimi.(Najchętniej zamknęłabym się w pudełeczku od zapałek) .Praca- dom, praca-dom... Nie chciałam nawet z nikim o tym co czuję rozmawiać, i nastąpiło zderzenie z murem jak usłyszałam diagnozę nowotwór piersi ." co ? jak to?umrę? chyba nic gorszego nie może mnie już spotkać , ile jeszcze muszę wycierpieć na tym padole???...." Biegałam po onkologach - dwa tygodnie wycięte z życiorysu , pisałam już testament -przecież ja umrę!!! Wykonano mi biopsję i wszystko ułożyło się dobrze...będę żyła ;) Kolejny rok zleciał tak szybko ,wzięliśmy ślub, to wszystko tak bardzo nas zbliżyło do siebie, byliśmy szczęśliwi, ale nie do końca pogodzeni z faktem ,że nie mamy dziecka.Tylko mój lekarz przy każdej wizycie pytał dlaczego nie próbujemy dalej...ale dla nas to był temat jakby zamknięty. W między czasie kolejne niespodzianki, polipy i mięśniaki macicy. Rok leczenia, zabiegi, laparoskopia . I przyszedł czas ,że znowu wróciły myśli o dziecku ,żeby znowu spróbować , coś znowu się we mnie obudziło -nadzieja ,że może w końcu stanie się ten CUD ,i "mój doktorek" który przy każdej wizycie mi przypominał ,że wszystko co robimy to ,po to żebym była mamą - to mnie nakręcało coraz bardziej ...Zdecydowaliśmy się spróbować jeszcze raz ....obecnie jestem na etapie przygotowań do IVF -stymulacji....ale jestem zupełnie inną osobą, dzisiaj już sama nie wiem w co wierze i czy w ogóle warto się łudzić, marzyć, z każdej porażki wyciągać coś pozytywnego, walczyć ,walczyć , walczyć o samą siebie, o związek ,o relację z innymi którym dane było być rodzicami , udawać, cieszyć się czyimś szczęściem , ukrywać własne emocje,...ukradkiem użalać się nad sobą -płakać ...po pewnym czasie jak to w życiu bywa z granicami wytrzymałości- po prostu masz dosyć.. mówisz sobie TRUDNO widocznie nie jest mi dane być matką, być może zostałam stworzona w innym celu,zaczynasz cieszyć się tym co masz, znajdujesz sobie nowe zainteresowania, pasje , zmieniasz prace itd.( wszystko po to żeby nie myśleć żeby ulżyć sobie w cierpieniu jakie cię wypełnia). Jakie to życie jest przewrotne, chyba byłam już z tym pogodzona , ale wychodzi na to ,że nie do końca....Na nowo widzisz w sobie iskierkę szczęścia jakie daje ci fakt ,że twoja przyjaciółka zostanie znowu mamą , uśmiechasz się do Pani która trzyma w ramionach swoje dziecko mijając ją w markecie. Niby wydaje się że wszystko jest w porządku , Twoje życie toczy się dalej . I przychodzi taki moment , taka myśl , czy zrobiłam już wszystko ? A może powinniśmy jeszcze raz spróbować ? czas tak szybko leci, zegar biologiczny tyka, mamy jeszcze chyba szanse. Minęły już 4 lata od poprzedniego in vitro, to wszystko tak szybko idzie do przodu.... sama się nakręcam myślami "A może jednak się uda..." i taka chwiejność trwa już u mnie 10 lat. Nie wiem jak będzie , nie wiem czy jestem gotowa przeżywać to ponownie....boję się, już raz to przechodziłam ,wiem jak wiele mnie to kosztowało.....cdn

10 lat starań
InviMed od 2009, 2xICSI :(
2013 ICSI,październik 2 zarodki -wynik ujemny :( brak śnieżynek
2014 ICSI -7.02 transfer 2 maluszków :), B hcg 10dpt 36,8, 12dpt 110,7 14dpt 256,1 20dpt 6895..i mam pod serduszkiem Igorka. 10-10-2014 mój cud j

Portret użytkownika aga30krakow

dla jednych tragedia dla innych radość życia

W sumie ze mną jest chyba nie najgorzej (w sensie ja sobie sama; bo nasze wspólne życie od 2 lat to tragedia), w porównaniu do mojego męża (wrak człowieka). Staramy się o dziecko od 5 lat, w tym 3 od diagnozy męża - oligozoospermia i wszystkie możliwe odmiany, generalnie plemniki są, ale morfologia jest obecnie na poziomie 5% (była na 1%), ruch też na granicy normy, większość martwa i ze znikomą żywotnością i jeszcze za mało). Mogę tylko powiedzieć, że przez te 3 lata mój mąż stał się wrakiem człowieka (który w dodatku mimo sugestii lekarza, nie wspomnę o mojej, nie chce udać się do specjalisty, bo w "psychologów" nie wierzy i psychologia jest to dla niego pseudonauka służąca do wyłudzania pieniędzy), więc w sumie nawet nie wiem co mam z nim zrobić. Czasami sobie myślę, że najlepiej byłoby olać sprawę, w sensie szybki rozwód i rozpoczynam nowe życie. Tylko ta cała perspektywa szukania nowej osoby do życia mnie przeraża. I czy ta nowa osoba za 5 lat nie okażę się być jednym wielkim rozczarowaniem.
Czasami zastanawiam się czy jeszcze kocham swojego męża, albo co mnie jeszcze z nim łączy - i chyba tylko wspomnienie kocham jakim był kiedyś fajnym facetem i nadzieja, że jeszcze kiedyś będzie taki fajny np. jak urodzi mu się dziecko. Bo teraz nawet nie wyobrażam go sobie w roli ojca - stał się furiatem, którego dzieci znajomych się boją. Większość moich znajomych ma już dzieci odchowane, więc nie jestem aż tak przewrażliwiona na punkcie noworodków i ciężarnych. Bardziej mnie bierze wściekłość jak słyszę o jakieś małolacie co zakatowała dziecko lub widzę 15-latkę w ciąży - i wtedy myślę sobie jakie to życie jest niesprawiedliwe, dla nich dziecko to życiowa porażka i tragedia, dla nas brak tego dziecka jest porażką. 2 kreski na teście ciążowym, które u jednych załamują cały świat, a u drugich otwierają. Niestety takie nieoczekiwane wydarzenia zmieniają ludzi na zawsze - niestety zawsze w tą gorszą stronę.

Portret użytkownika Bognaaa

Trudno być....

My z mężem staramy się już 3 lata, dla jednych to mało ale dla mnie za długo. Chodziliśmy po lekarzach oczywiście najpier ja bo mąż uważał że wszystko u niego jest ok tylko ja sie nakręcam i żemym wyluzowała. Po wizystach u ginekoogów, endorynologów okazało się że jedene co mi dolega to prolaktyna za wysoka więc biorę leki, mąż dał się namówić na badanie nasie i klapa 200.000 żołnieży przynormie 40 mln badnia powtarzał kilka razy, brał leki, suplementy i nadal to samo. Dziagnoza lekarzy: jedyne co to in vitro i nie ma co czekać na cud. NIe podchodziliśmy jeszcze do in vitro bo oczywiście refundowane przy męża parametrach nasienia nie ma sensu a prywatnie wiadomo kupa kasy.
Obecnie jestem tak tym wszystkim zmęczona że zaczęła sobie zadawać pytanie: czemu chce mnieć dzieci? Jaką potrzebę i pustkę mają zapełnić w naszym związku skoro coraz częściej przychodzi mi do głowy okropna myśl czemu wybrałam takiego mężczyzne? Wiem że pomyślicie iż to egoistyczne podejście bo ja również mogłabym być bezpłodna w tym zwiąku ale padło na mojego męża i nie potrafię się z tym pogodzić. Nie wiem co z nami dalej będzie, czy przetrwamy, czy jest sens życia bez dzieci...Tak mi trudno być

Portret użytkownika marteczka1986

U nas jest inaczej

U nas jest inaczej to ja ciągle mówie, że się uda. Może dlatego, że problem jest u męża, choć ja uważam że skoro jesteśmy razem to mamy problem oboje. Mąż ma słabe nasienie, marna morfologia (1%), jedno co pociesza to duża żywotnośc bo 90%. W lutym mąz miał operacje żylaków powrózka nasiennego, wiążemy z tym duża nadzieje, ze parametry nasienia się poprawią i bedziemy cieszyc się dzidziusiem. Ból jaki przeżywamy co miesiąc jest nie do opisania, żal, smutek, rozczarowanie. Nie mogę znieść myśli, że bedziemy sami do końca życia. Znajomym (najbliższym) rodzą się dzieci a u nas nic. Nie mam ochoty i mąż widzę też spotykać się z nimi, patrzeć jak rosną im dzieciaczki, widzieć ich uśmiechy i słuchać ciągłych opowieści co to dzieciaczki nie zrobiły. Wiem, że się cieszą że chcą się pochwalić nam swoim szczęsciem, ale nas ściska w gardle, serce łamie się na pół. Potem gdy wracamy do domu jest płacz. I tak właśnie było ostatnim razem, mąż płakał strasznie z godzine. Nie mógł się powstrzymać, a ja nie wiedziałam co zrobic jak mu pomóc. Mam nadzieję, że ten koszmar niedługo się skończy

Portret użytkownika KatarzynaS86

u nas podobnie

My z mężem staramy się około 3 lata, u mnie jest ok, ale u męża wyniki różne raz w normie raz poniżej oligozospermia, generalnie ruch i jakość jest dobra, lekarze twierdzą że jest szansa na oprawę, ale musi zacząć się leczyć i tu jest problem bo nie chce słyszeć o pobieraniu krwi a tym bardziej jakiś zabiegach. Na tym tle co raz częściej się kłócimy bo się zaciął i koniec, twierdzi że woli nie mieć dzieci i być sam niż się leczyć, uważa że lekarz mu da cudowny środek bez badań i wszystko będzie ok. Nie potrafię już z nim rozmawiać, przekonywać, pocieszać bo sama już byłam w depresji. Mam wrażenie, że toczę z nim nieustanną walkę o każde badanie, twierdzi że zależy mu na dziecku, ale bez wspomagania a to dziwne bo jest niewierzący. Generalnie kocham go, ale co raz bardziej się oddalamy, on nie rozumie mnie a ja jego. Zapisałam się na wizytę do psychologa a później z nim, ostatni dzwonek przed rozstaniem.

Portret użytkownika wanda.em

Największy jest żal

W wyszukiwarkę wpisałam "jak poradzić sobie z niepłodnością"... wyskoczyła mi ta strona i płakałam czytając powyższe wpisy. Jakbym czytała o sobie. 2 lata temu wyszłam za mąż, ponieważ taki warunek do założenia rodziny czyli posiadania dziecka postawił mój mąż. Po 2 latach wiemy już, że ja jestem zdrowa i mogłabym mieć dzieci, a wyniki męża są bardzo słabe.
Ja nie radzę sobie z tym zupełnie. Mam ogromny żal do niego, chociaż nie ma na to wpływu. Grożę mu odejściem. Zupełnie go nie wspieram. Zastanawiam się, czy kocham tak bardzo, żeby wybaczyć / zrozumień / żyć w tym związku dalej. W końcu ktoś za mnie zdecydował, że ja - zdrowa osoba - nie będę miała dziecka.
Po roku starań już wylądowaliśmy w klinice niepłodności - po 1,5 roku byliśmy już po pierwszej nieudanej inseminacji. Lekarz, widząc wyniki męża, chyba sam nie wierzył, że ta inseminacja się uda, bo już zaczął mówić o invitro. Ponieważ invitro nie jest już finansowane, jego koszt jest trochę abstrakcją - i tu kolejny żal. Dlaczego ja - ta zdrowa - miałabym wszystkie swoje oszczędności przeznaczyć na zabieg, który nie da mi nawet gwarancji?
W pierwszym roku starań, sądziłam, że wina leży po mojej stronie (wysoka prolaktyna, silne bóle miesiączkowe, może PCOS?). Wtedy było mi łatwiej - wiedziałam, że będę miała nad tym jakieś panowanie. Będę mogła z tym walczyć, będę wiedziała jak. Okazało się, że to jest zupełnie niezależne ode mnie i z tym pogodzić mi się teraz najtrudniej.

Mam 4 bliskie mi koleżanki - każda ma 2 małych dzieci. Każda zachodziła w ciąże 'od tak'. Nie spotykam się już nimi, chociaż te dzieci bardzo kocham. Jest mi ciężko, że jestem złą ciocią, złą przyjaciółką, ale nie umiem znieść ich pełnego żalu spojrzenia, tych myśli niewypowiedzianych "jaka ona biedna, dobrze że my nie mieliśmy takich problemów". Każda informacja o ciąży to przepłakana noc. Po pierwszej inseminacji płakałam 12 godzin bez przerwy, aż oczy spuchły mi tak, że nie mogłam ich otworzyć.

Człowiek zastanawia się przede wszystkim "dlaczego?" "za jakie grzechy?" i "czy jestem aż tak złym człowiekiem, że nie zasługuje?". Wierzy w każdy zabobon, bo może przez nieuwagę sprowadził na siebie złe duchy? Człowiek wariuje w samotności, a z zewnątrz widziany jest jak porąbany czubek. Ludzie, którzy nie przeszli przez tą niemoc, nie są w stanie nawet sobie tego wyobrazić.
Podziwiam całym sercem ludzi, którzy pogodzili się z tą myślą i którzy potrafią dalej funkcjonować, nie pokazując całemu światu swojej frustracji...

Portret użytkownika oloowa

łączy nas ból i oczekiwanie na cud....

Witajcie,
Jakies 20 minut temu postanowiłam poszukać w ineterecie "jak radzić sobie z kolejnym rozczarowaniem brakiem ciąży..." Mam w zwyczaju "wspierać się" w ten sposób zawsze, kiedy pojawi się niechciana miesiączka... tak bardzo NIE wyczekiwana, sprawiająca tyle bólu nie tylko fizycznego ale przede wszystkim psychicznego... Z mężem znamy się 10 lat.. 2 lata temu pobraliśmy się. Ja skończyłąm studia, pracuje w zawodzie, mąż ma stałą prace... Od kwietnia 2016 roku postanowiliśmy rozpocząć starnia, bo przyszedł czas na potomstwo, bo poczuliśmy silny instynkt i chcemy zostać rodzicami..Rozpoczełą się batalia.. Od razu zgłosiłam się do ginekologa, badałam się regularnie, wszytsko na pierwszy rzut oka w porządku.. po 7 miesiącch niepowodzeń zgłosiłam się do niej znowu zaniepokojona tym, że nie wychodzi.. W tym, czasie najbliższe mi osoby zaszły w nieplanowane ciąże, w rodznie pojawiało się wiele nowordków, ciąż, tych nieplanowanych.. A My co? staramy się i nic? poszłam na konsultację, Pani ginekolog skierowałą mnie do engokrynologa... Okazało się, że mam niedoczymość tarczycy i bardzo wysoki poziom prolaktyny.. Otrzymałam skierowanie na rezonans megnetyczny przysadki mózgowej, żeby wykluczyć guzka.. Na szczęsie wynik ok.. Przyjmuje letrox na obniżenie tsh i dostinex na obniżenie prolaktyny.. Po jakimś czasie powtórzyłam badania, wydaje się, ze na tamtą chwile wszytsko było uregulowane i nic nie stało na przeszkodzie do posiadania dzieci, zajscia w w wyczekiwaną i uragnioną ciąże... Niestety... minął rok, moja ginekolog zaleciłą kolejne badania moje i męża, profil hormonalny wyszedł dobrze, owulacja występuję... Ale konieczne będzie badanie przezierności jajowodów tzw. HSG.. W zeszłym miesiącu miałąm wykonane to badanie w szpitalu w Poznaniu... jajowdy drożne... Uciezyłą mnie ta wiadomość ale nadal jestem niespokojna... W kwietniu maż miał robione badanie nasienia, wybrał się na nie bez marudzenia. Wspierał mnie, choć sam stracił nadzieję.. Wszytskie parametry bardzo dobre poza morfologią.. 3% przy normie przyjętej przez WHO jest to 4%... Najpierw przeszedł załamnie gdyż na własną ręke próbował interpretować wyniki... zanim umówiłam nas do adrologa zajmującego się meską niepłodnością prawie ośiwieliśmy.. i tu moja rola... mimo, iż serce mi pękało, głowę przesłaniały myśli, że już nigdy nie będizemy mieć dzieci, przez 2 tygodnie codzień wspierałam męża, że to nie koniec śwata, że są inne drogi wspomaganego rozrodu, że nie ma co się załamywać. To co mówiłam jemu, było całkowicie sprzeczne, z tym co działo się w mojje głowie i sercu...przeżyłam wewnętrzny armagedon.. straciłam nadzieję, radość z moich w miarę dobrych wyników i tego ile już przezliśmy...W końcu wizyta u androloga.. Pan prif. stwierdził, że wyniki są dobre, normy WHO zawyża i nie ma się czym martwić.. Mąż nałogowa pali papierisy.. Lekarz nie kazał rzucać bo twierdzi, że wtedy padnie ofirą otyłości.. zszokowała mnie ta opinia gdyż mąż sam sugerował takie roziwązanie, że rzuci papierosy i czy wtedy nasienie się poprawi.. kazał wykonać posiew nasienia, zapisał witaminy dla męża - salfazin.. przyjmuje je 2 miesiąc, kuracja trwa 3 miesiące , wieć za miesiąc powtórzymy badanie nasienia plus posiew na bakterie jakie zalecił adrolog... Po wyjściu z gabinetu ucieszyliśmy się bardzo. mąż jest zdrowy.. Teraz po tych wszytskich badaniach znowu mam wątpliwości... skoro jesteśmy zdrowi dlaczego nadal nie ożemy doczekać się potomstwa?? to juz 18 cyków niepowodzeń.. Ile jeszcze czekac? czy to aby na pewno koniec?? a jeśli androlog się mylił?? a jesli ginekolog skieruje nas,mnie na koljene badania? bo przecież nadal nie ma ciąży... Czytam te wszytskie Wasze koemntarze i wiem, że nie jestem sama.. Tak samo jak Wy.. niepłodność dotyka coraz więcej par... I macie racje, osoby, które tego nie przezyły, nie prechodzą nigdy nas nie zrozumieją... Nadzieja odchodzi a nikt nie da nam gwarancji, że wszytsko będzie dobrze, bo o wszytsko musimy walczyć.. Musimy pamiętać, że nasi partnerzy też bardzo pragną zostać ojcami i choć nie wszyscy potrafią to pokazać, to boli ich to tak samo jka ja.. a niepowdzenia powodują zniechęcenie i brak wiary.. ważne jest aby nie zatracić się w indywidulanym cierpieniu. zeby wysłuchać, rozmawiać i przede wszystkim nie obrzucać się winą.. Jeśli się kochamy i łączy nas ten sam cel, to etap leczenia obejmie nas obu.. Nie tylko My, kobiety musimy przez to przechodzić.. Moj mąż towarzyszył mi na każdym kroku moich badań, leczenia... I ja odwdzięczyłam się jemu tym samym.. Dzięki wzajemnemu wsparciu, mimo wielu niepowdzeń , bólu i rozczarowń, wlaczymy dalej, kochamy się i próbujemy cieszyć tym co razem możemy zrobić...
Powodzenia!!