Niepłodność boli. Porozmawiajmy.

Kim jesteśmy?

Jesteśmy grupą wolontariuszy, złożoną z ekspacjentów. Każdego z nas dotknęła niepłodność. Zakończyliśmy już swoje leczenie, wciąż jednak pamiętamy jak to jest czuć się bezsilnym i samotnym. Przeszliśmy wiele trudnych dróg. Chcemy Ci pomóc przejść przez Twoje. Jeśli chcesz poznać nas bliżej zapoznaj się z naszymi wizytówkami:

Marta- koordynatorka, wolontariuszka
Mam na imię Marta, jestem mamą dwóch cudownych dziewczynek, żoną fantastycznego faceta i żywicielką leniwego labradora :)
Zostałam mamą dzięki in vitro IMSI. Droga do szczęścia nie była łatwa; trzy programy ivf, dwa poronienia... Ta najtrudniejsza w życiu walka warta była każdej wylanej łzy.
Leczeniu zawdzięczam nie tylko córeczki, dzięki niemu zbliżyłam się jeszcze bardziej do mojego męża, poznałam wielu fantastycznych ludzi, otrzymałam mnóstwo wsparcia - zarówno od moich bliskich, jak niemal zupełnie obcych mi ludzi. Dzisiaj jako wolontariusz Linii chciałabym móc wesprzeć tych, którzy swoją walkę dopiero toczą.
Nie potrafiłabym żyć bez moich bliskich - rodziny i przyjaciół, uwielbiam dobre książki, dobre jedzenie, leniwe wakacje na wsi i swoje łóżko:)

Tatiana - psycholog
Jestem mamą trójki cudownych dzieci, o których mówią czasem „trójka jedynaków” gdyż rodziły się w dużych odstępach czasu. Taka jednak była nasza – wspólna z mężem świadoma decyzja, choć wiedzieliśmy z jakimi kosztami – czasowymi, emocjonalnymi, logistycznymi będziemy musieli się liczyć. Bo choć kiedyś myślałam, że chyba na mamę niezbyt się nadaję teraz uważam, że nie ma nic równie pięknego i emocjonującego jak macierzyństwo. Dlatego staram się jak tylko mogę pomagać tym dla których starania są trudne, obciążające i wyczerpujące. Pracuję z kobietami i parami od dziesięciu lat i wiem jak boli „chcieć i nie móc”. Z wykształcenia i pasji życiowej jestem psychologiem i staram sie aby psychologia była zwykłym ludziom jak najbardziej podporządkowana i przydatna. W Linii opiekuję się szkoleniem i rozwojem wolontariuszy oraz dbam o to aby oni dbali o siebie.
Uwielbiam spać i śnić, czytać (choć nie znoszę kolorowych „babskich” pism) i śmiać się z żartów rodem z Monty Pythona. Długo walczyłam o swoje szczęście i radość życia ale myślę, że wreszcie jestem na właściwej drodze.

Anna - wolontariuszka
Mam na imię Ania, mam dwoje dzieci.
Dotknęła mnie niepłodność wtórna, o drugiego syna starałam się ponad cztery lata upadając i wstając, łykając witaminy i zalewając się łzami przy każdej ciąży wśród przyjaciół. Mój młodszy syn urodził się dzięki in vitro, po nieudanych inseminacjach, lekceważeniu nas początkowo przez lekarzy, nakazach "wyluzowania", niezliczonych zabiegach lekarskich, górach i dolinach, które pokonywaliśmy razem z mężem.
Ale tak naprawdę urodził się dzięki sile i miłości mojej rodziny.
Dziś jestem koordynatorką linii "pacjent dla pacjenta" Stowarzyszenia Nasz Bocian, sama nie prowadzę już rozmów, a tylko pomagam w funkcjonowaniu linii i kontaktach między wolontariuszami i pacjentami.
Nie wyobrażam sobie życia bez czarnej herbaty, psów i książek. Jestem nieuleczalną fanką "Teorii Wielkiego Podrywu" i filmów Disneya. Zawsze płaczę na „Zaczarowanej” ;)

Kasia - wolontariuszka
Mam na imię Kasia. Cieszę się, że mogę w tym miejscu napisać coś o sobie :) Moje życie dzielę dziś na dwa: na "przed macierzyństwem" i na "wszystko co później". Moja córka wypełniła nam świat, uczymy się się przy Niej wszystkiego na nowo: kochania, patrzenia, słuchania, mówienia...
Leczenie było trudne. Diagnostyka, inseminacje, trzy programy in vitro, poronienie. Czas chaosu, niepewności, osamotnienia, rozbicia, upadania.
Dziś jestem silniejsza. Są sprawy ważne i ważniejsze. Wolontariat i linia to jedna z tych ważniejszych.

Sylwia - wolontariuszka
Mam na imię Sylwia. Lubię kino, muzykę, książki, słoneczne popołudnia, morze, świeżo zerwane z krzaka maliny. Niepłodność jest moją towarzyszką od wielu lat. Jej istnienie uświadomiłam sobie pewnego dnia, w pewnym gabinecie, w którym z ust lekarza usłyszałam, że „nie będzie lekko”. I nie było. Leczyłam się przez 7 lat, zmieniając lekarzy, kliniki, diagnozy. Upadałam i znów się podnosiłam. Brałam urlopy od starań nie potrafiąc znieść presji i wybuchowej mieszanki emocji. I był pewien wieczór, my we dwoje na kanapie, poważna i długa rozmowa zakończona decyzją, że próbujemy raz jeszcze, po raz ostatni. Chłopcy pojawili się w naszym życiu w momencie, w którym byłam już pogodzona z ewentualnym życiem we dwoje; poukładali nasz świat od nowa, wypełniając każdy dzień swą obecnością i niekończącym się szczebiotem.

Nasza niepłodność wiele nas nauczyła – pozwoliła inaczej spojrzeć na samych siebie, pokazała czym jest cierpliwość i pokora, uwypukliła w nas to, kim jesteśmy, na co nas stać. Dzięki niej poznałam wielu wspaniałych ludzi, nabrałam dystansu do wielu spraw, dowiedziałam się co jest dla mnie naprawdę ważne.
Wolontariat w linii „Pacjent dla pacjenta” to dla mnie naturalny wybór wynikający z chęci towarzyszenia tym, którzy wciąż są w drodze, którzy czasem nie mają siły się podnieść, którzy są pełni emocji, które wciąż doskonale pamiętam i które już na zawsze pozostaną częścią mnie.

Iwona - wolontariuszka
Mam na imię Iwona.
Do pewnego momentu w moim życiu wszystko było przemyślane i zaplanowane. Były studia na renomowanej uczelni, był mężczyzna mojego życia i była praca, właśnie taka jaką sobie wymarzyłam. Do pewnego momentu to ja rozdawałam karty... potem to się zmieniło...
Inni dalej planowali, zachodzili w ciąże, rodzili dzieci... ale u nas ciąży nie było. Po roku bezowocnych starań, doszły częstsze wizyty u lekarzy, monitoringi cyklu, potem inseminacje, jedna, druga, trzecia... bez skutku, czas mijał. Potem było ICSI, z którego pamiętam te niesamowite emocje, nawet bardziej niż zastrzyki i ból jajników. I pamiętam te nie dzielące się komórki i ta jedna, uparta, konsekwentna... nasz synek...
O drugiego maluszka było jeszcze trudniej... znowu przeszliśmy trzy inseminacje, potem pierwsze ICSI, cryotransfer, drugie ICSI (zupełnie bez transferu) i dopiero trzecie ICSI zoowocowało maluszkiem w moim brzuchu... drugim synkiem...
Niepłodność otworzyła przede mną drogę, której istnienia nie podejrzewałam, uczuliła mnie na krzywdę innych. To śmieszne ale dzięki niepłodności jestem wewnętrznie bogatszym człowiekiem i tym bogactwem chcę się dzielić pracując w wolontariacie.

Agnieszka (Misia) - wolontariuszka
Mam na imię Misia.
Moja córeczka jest najpiękniejszym człowiekiem jakiego znam. Urodziła się dzięki ICSI i dawstwu komórki anonimowej Dawczyni. Gdy zobaczyłam córkę po raz pierwszy, jak wiele innych matek korzystających z dawstwa, poczułam, że takiego cudu nigdy nie zamieniłabym na dziecko z moich genów. Przez kilkanaście lat leczono mnie nieadekwatnie, bez postawienia właściwej diagnozy, wieloma terapiami hormonalnymi i alternatywnymi. Straciłam czas i wielkie pieniądze. Gdy w końcu padła diagnoza: choroba autoimmunologiczna, brak własnych komórek, załamałam się. Płakałam i przerwałam starania. Po upływie długiego czasu dotarło do mnie, że przecież mam macicę i kilka lat do czterdziestki, ujrzałam w dawstwie wielką i wzruszającą szansę. Walczyłam o szczęście bez wsparcia bliskiej rodziny, ledwo ciągnąc na pożyczkach. Dzięki komórce dobrej osoby - anonimowej kobiety, mojej miłości do przyszłego dziecka a może i pomocy "z góry", wygrałam.
Dzięki Linii mogę dawać innym możliwość rozmowy bez tabu, takiej jakiej pragnęłam gdy płakałam i zbierałam siły by wytrzymać.

Darek - wolontariusz
Mam na imię Darek.
Jestem ojcem wspaniałego dwulatka, dzięki ICSI.
Zostałem wolontariuszem, bo chcę i staram się pomóc.
Bo Ci, którzy walczą potrzebują cierpliwych i jasnych komunikatów: miłość do dziecka nie jest wstydem, determinacja nie jest wstydem, pragnienie zostania rodzicem nie jest wstydem. Niepłodność trzeba odkłamać, bo doświadczają jej ludzie bez względu na pochodzenie, wyznanie, płeć i światopogląd. Biedni i bogaci, bezrobotni i zatrudnieni, katolicy i ateiści.
Zabrzmi to przewrotnie, ale niepłodności zawdzięczam wiele.
Dzięki niej, poznałem wszystkie odcienie czerni i bólu, zdefiniowałem swoje życie od nowa i poznałem smak czegoś więcej niż największa miłość i szczęście.
Dostałem od losu blondwłosego smarka, cudownego syna. Gdzieś głęboko czuję, że muszę coś losowi dać od siebie.
Jeśli chcesz porozmawiać o niepłodności z mężczyzną, jestem do Twojej dyspozycji.

Maria - wolontariuszka
Jestem tu nie przypadkiem, doświadczyłam tych wszystkich uczuć, które są Wam znane: bólu psychicznego, rozdarcia, poczucia beznadziei i usilnego poszukiwania zrozumienia. A jednak po 5 latach spalania się i odradzania jak Feniks, dzięki in vitro po siedmiomiesięcznej, upartej walce o utrzymanie ciąży na świecie pojawiła się moja spiesząca się na świat Córka.
Co było przedtem: przeglądam karty informacyjne leczenia szpitalnego, które przeszłam, mówią o przebytych badaniach i leczeniu niepłodności: HSG, DELBETA, PS, HDT – to tylko niektóre skróty nazw zabiegów kryjących w sobie ból i cierpienie.
I stał się Cud. A przecież nie wierzyłam w cuda. Teraz chciałbym byście i Wy uwierzyły i uwierzyli. Dlatego tu jestem.

Aga - wolontariuszka
Mam na imię Aga
Zawsze wydawało mi się, że jestem z tych "mocarnych", że to ja piszę scenariusz swojego życia i kontroluję to, co się w tym moim życiu zdarza...
Aż do czasu, gdy pojawiło się pragnienie rodzicielstwa, którego nie udało się szybko, łatwo i przyjemnie zrealizować.
Kilka późniejszych lat to intensywne starania, leczenie farmakologiczne, kilka zabiegów diagnostycznych, w końcu decyzja o leczeniu w klinice niepłodności i wizyta w ośrodku adopcyjnym.
A potem bywało różnie: załamania po kolejnym nieudanym zabiegu, rozpacz po poronieniu, poczucie bezradności po likwidacji ośrodka adopcyjnego, myśli, że może czas odpuścić.
Pomimo niepowodzeń i trudności walczyliśmy jednak dalej. I było warto!
Dzisiaj jestem szczęśliwą i spełnioną żoną i mamą. Mam dwie córki: jedną dzięki adopcji, drugą dzięki in vitro.
Każda z osobna jest największym szczęściem, jakie mi się przydarzyło, każdą kocham wyjątkowo i bezgranicznie.
Dzięki doświadczeniu niepłodności spokorniałam; zrozumiałam, że na wiele rzeczy nie mam wpływu.
Że czasami nie pozostaje nic innego, jak tylko zaakceptować to, co przynosi życie, ale też nie poddawać się bez walki.
Jestem tu po to, aby pomagać tym, którzy - jak ja jakiś czas temu - potrzebują wsparcia w swoich decyzjach dotyczących rodzicielstwa.
Chętnie wysłucham, porozmawiam, podzielę się swoim doświadczeniem i przekonaniem, że warto mieć nadzieję...

Jeżeli chcesz się z nami skontaktować i porozmawiać, kliknij TUTAJ.