a może adopcja?

Poprzez góry i doliny...

Kolejny dzień mija. Jakoś czas przyspieszył. Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, dziadek powiedział mi, że jego rok płynie dużo szybciej niż mój. Nie mogłam tego pojąć. Wtedy wytłumaczył mi, że rok dla mnie to 1/11 mojego życia, a dla niego to 1/70. Z matematyki zawsze byłam bystra i przemówiło to do mnie.
Zrozumiałam to znacznie później... A dopiero teraz zaczyna mnie to przytłaczać.
Ostatnio czułam się silniejsza. Czułam się lepiej.
Dziś jest źle. Gorzej. Smutno.

Enter.

Zaczynam. Włączam się w tę wirtualną rzeczywistość.
W strefę wynurzeń, uzewnętrznień, słów, liter, kliknięć, komentarzy etc.
Może już czas najwyższy wyrzucić z siebie ten ból? Może w końcu poczuję ulgę? Może znajdę wsparcie, o którym tak bardzo marzę,a którego wciąż jeszcze nie umiem przyjąć...? Może o moich problemach nauczę się mówić, myśleć, pisać z dystansem?
Może...?
To w tej chwili pytanie otwarte, na które odpowiedź przyjdzie, choć nie wiem kiedy. Cierpliwość...ach! ta CIERPLIWOŚĆ - to chyba cecha, której posiadam najmniej.

Dlaczego adopcji mówię: nie! ??

Dlaczego adopcji mówię: nie ?
Mój mąż coraz częściej wspomina o adopcji, o rozpoczęciu chociażby procedury adopcyjnej, która przecież też wymaga czasu, a nie zobowiązuje do niczego konkretnego.
Pamiętam jak kilka lat temu, jeszcze zanim zaczęliśmy starać się o dziecko, to ja byłam przychylnie nastawiona do adopcji. Naprawdę chciałam adoptować dziecko. Wydawało mi się egoizmem powoływanie na świat własnego dziecka, kiedy jest tyle dzieci, które potrzebują miłości i ciepła, które jestem gotowa dawać każdego dnia, bezwarunkowo…tak po prostu, z potrzeby serca…

Subskrybuje zawartość