ciąża in vitro

A jednak...

Ostatnio pisałam, ze wracamy po nasza ostatnia kruszynkę. Już tak za bardzo nie wierzyłam, ze przeżyje. Nastawiałam się raczej ze nasza córeczka będzie jedynaczka, a my rozpoczniemy nowe życie bez leczenia. Ale zrobiłam wszystko co w mojej mocy by się przygotować do przyjęcia ostatniego zarodka. Transfer przebiegł pomyślnie, maleństwo się prawidłowo podzieliło. I dwa tygodnie oczekiwania. Beta rośnie. Maleństwo chce żyć. Nie wierzyłam, radość wielka ale z nią strach ogromny powrócił.

Naprawdę jestem w ciąży

Za chwilę rozpocznę 17 tc. Zakładając, że ciąża bliźniacza kończy się często w okolicy 36 tc. to już prawie połowa. Brzuch dopiero niedawno zaczął mi rosnąć. Jest już nie do pomylenia z tłuszczykiem, a będzie tylko gorzej ;-) Zaczyna mi ciążyć, nie mogę zbyt długo leżeć na plecach, bo mnie uwiera. Czasami czuję, jakby wewnątrz siedziały dwa gnomy i pchały od środka. Mam wtedy wrażenie, że zaraz pęknę. Nieźle mnie też ciśnie na pęcherz (zwłaszcza wieczorami), mimo że to już II trymestr i teoretycznie nie powinno. Nie znam jeszcze płci maluchów, bo na ostatniej wizycie zacisnęły nóżki.

USG serduszkowe

Przez ostatnie dwa tygodnie nieustannie myślałam o tym samym: raz miałam głębokie wewnętrzne przekonanie, że „TAK! Naprawdę jestem w ciąży! Czuję to każdą komórką mojego ciała!”, a innym razem popadałam w zwątpienie, bo przecież wszystko jest takie samo jak wcześniej i w ogóle nie czuję się wyjątkowo. Co chwilę dotykałam swoich piersi, żeby sprawdzić, czy naprawdę bolą i zastanawiałam się, czy zmęczenie i senność, którą czuję w ciągu dnia to sprawka luteiny (tak jak ostatnio), czy może jednak…

Subskrybuje zawartość