logo Powiedzieć i rozmawiać Kampania jest finansowana z 1% podatku przekazywanego nam przez sympatyków i dzięki bezinteresowności naszych Partnerów oraz Ekspertów.
TY także możesz ją wesprzeć!

"Nie nadaję się na dawczynię, zrozumiałam to w porę" - Rozmowa z Izą, która odmówiła zostania dawczynią.

wywiad/rozmowa
Nasz Bocian: bierzesz udział w konferencji dotyczącej dawstwa i biorstwa gamet oraz zarodków, choć sama nie jesteś dawczynią. Co tobą kieruje?

Iza: chciałabym opowiedzieć o mojej historii i moim punkcie widzenia, jako osoby, która podjęła decyzję na „nie”. Mam poczucie, że dawstwo jest wspaniałą ideą, ale jedynie wówczas, gdy wszystkie osoby w nie zaangażowane podejmują tę decyzję w zgodzie ze swoimi odczuciami i świadomie.

Nasz Bocian: Jak wyglądała twoja własna droga do dziecka? Kiedy pojawiła się możliwość zostania dawczynią?

Dotknęła nas niepłodność wtórna, mamy już jedno dziecko. Po latach oczekiwania na kolejne dzieci dotarło do nas, że jednak osławione wyluzowanie i witaminy nie wystarczą. Mieliśmy typowy dla większości niepłodnych par etap chodzenia do zwykłych ginekologów, obfitujący w wiele ciekawych rozmów dotyczących „relaksowania się”, leżenia z nogami w górze po stosunku, picia coca coli, badania śluzu i innych bzdur, na szczęście otrzeźwieliśmy po dwóch latach i nie marnowaliśmy więcej czasu na „najlepszych ginekologów w mieście”. Poszliśmy do kliniki leczenia niepłodności. Okazało się, że mamy poważny problem z czynnikiem męskim. Nie do obejścia w sposób naturalny. Leczyliśmy się w klinice kolejne lata, aż doszliśmy do punktu o nazwie „in vitro”, ponieważ wszystkie mniej zaawansowane metody nie przyniosły w naszym przypadku skutku.

Podczas stymulacji wyprodukowałam aż dwadzieścia dojrzałych komórek jajowych. Ilość nierealną do wykorzystania przez nas samych. Od początku wiedzieliśmy, że walczymy o kolejne dziecko, być może dzieci, ale nie o drużynę piłkarską. Dlatego dużą wagę przykładaliśmy do tego, aby zapłodnić tylko taką ilość komórek jajowych, która da nam szansę przyjęcia wszystkich zarodków. Nie chcieliśmy, aby doszło do sytuacji, w której powstanie nierealna ilość zarodków nadliczbowych, która postawi nas w sytuacji bardzo trudnych wyborów, jeśli pierwsza próba in vitro zakończy się ciążą.
Nasz lekarz o tym wiedział więc zaproponował nam podzielenie się komórkami jajowymi z innymi potrzebującymi parami. Odmówiliśmy. Poprosiliśmy o zapłodnienie tylko takiej ich liczby, która dałaby nam możliwość wykorzystania, czyli przetransferowania, wszystkich zarodków. Tak się stało. Reszta komórek jajowych została zniszczona, nie zapładnialiśmy ich.

Co Wami kierowało? Komórki jajowe są szansą na macierzyństwo dla wielu kobiet, które bez tej szansy nie zostaną matkami.

Mam tego świadomość. Nasza decyzja nie wynikała z bezwzględności czy braku empatii wobec innych niepłodnych par, a ze świadomości naszych własnych ograniczeń i podejścia do tematu rodziny. Mam głębokie poczucie, że oddanie swoich komórek jajowych coś by we mnie zniszczyło i okazałoby się decyzją tragiczną dla dalszych losów mojej rodziny. Podkreślam: dla mnie, to moja osobista perspektywa.
To być może mocne słowa, ale jednocześnie bardzo prawdziwe dla mnie samej. Jak powiedziałam, w momencie podchodzenia do in vitro byliśmy już rodzicami. Patrzyliśmy na nasze dziecko i widzieliśmy w nim, poza jego fantastyczną indywidualnością i byciem jedynym w swoim rodzaju, rozmaite cechy innych członków naszej rodziny- kolor oczu, kształt nosa, poczucie humoru i tak dalej. Przyjęcie do siebie myśli, że wskutek decyzji o podzieleniu się naszym materiałem genetycznym z inną parą na świat prawdopodobnie przyjdzie dziecko będące częścią naszego pnia rodzinnego, naszego rodu, było czymś niewyobrażalnie bolesnym.
To dziecko/dzieci byłyby także rodzeństwem naszych dzieci. Być może tak samo posiadałyby zielone oczy, może podobnie jak nasze dzieci przynosiłyby ze szkoły szóstki z francuskiego, kochały zwierzęta i wymyślały nieistniejących przyjaciół. Ale my byśmy im w tym nie towarzyszyli, nie wiedzielibyśmy nawet, czy istnieją.

To brzmi dość kategorycznie, czy w związku z tym jesteś przeciwna dawstwu czy adopcji?

W żadnym razie nie jestem przeciwna dawstwu ani adopcji. Po prostu jestem przekonana, że to nie są opcje dla każdego. Zresztą adopcję widzę jeszcze inaczej. Kiedy zaczynaliśmy się leczyć wizja adopcji majaczyła mgliście na horyzoncie i gdyby leczenie się nie powiodło to pewnie byśmy dotarli do tej decyzji. Nie sądzę, aby była dla mnie porażką czy była w jakiś inny sposób dramatyczna.
Tu chodzi po prostu o to, że dla mnie rodzina to wspólnota. Włączam do tej wspólnoty każdego, kogo kocham i nie musi dzielić on ze mną genów. Jednak nie umiem i nie chcę z tej rodziny nikogo wyłączać. Dlatego dzieci adopcyjne lub dzieci urodzone dzięki przyjęciu cudzych gamet byłyby moimi dziećmi, i dlatego właśnie moje zarodki to na tej samej zasadzie moje dzieci, a moje gamety to moje potencjalne dzieci. Mogę rozszerzać miłość na kolejne grupy i osoby, ale nie mogę jej cofać osobom (czy potencjalnym osobom), które już do mojej rodziny należą wyjściowo. Bo one już tę miłość mają.
Dlatego umiem sobie wyobrazić siebie jako mamę adopcyjną czy biorczynię, ale nie umiałabym zostać dawczynią.

Czy podjęłabyś taką decyzję ponownie, gdybyś znów stanęła w obliczu wyboru?

Tak, z całą pewnością.

Czy twój partner podzielał to nastawienie?

Tak, odbyliśmy na ten temat rozmowę, to było już po stymulacji, a jeszcze przed punkcją. Obraz jajników na USG pokazywał, że pęcherzyków może być naprawdę dużo. W pierwszej chwili był „raczej na tak”, wtedy zadałam mu pytanie, jak postrzegałby dzieci, które urodziłyby się z moich gamet - czy widziałby w nich przyrodnie rodzeństwo naszych dzieci czy też nie odczuwałby wobec nich takich więzi?
Mamy znajomych, którzy oddali do adopcji swoje zarodki i, jak sądzę, jest dość prawdopodobne, że te adopcje zakończyły się porodami, bo znajomi są rodzicami aż trojga dzieci poczętych in vitro, w tym dwójki z zarodków mrożonych, czyli zamrożone zarodki były bardzo żywotne. Kiedyś poruszyłam z nimi ten temat i pytałam, jak postrzegają po latach swoją decyzję.
Odparli, że to była dobra decyzja i mają nadzieję, że przyniosła jakiejś rodzinie szczęście i spełnienie, że dzieci są wychowywane przez kochających rodziców. Zupełnie nie czuli wobec nich relacji „to nasze dzieci”. Nie sądzę, aby był to z ich strony mechanizm obronny albo zafałszowanie emocji, to były samoświadome osoby. Wydaje mi się więc, że ludzie reagują bardzo indywidualnie na kwestię „własności genetycznej”.
Jedni mają tak jak ja i traktują swoje gamety jako połowę swojego dziecka, więc oddanie tych gamet nie wchodzi w grę, zaś oddanie zarodków do adopcji jest już zupełną niemożliwością. Inni postrzegają swoje gamety, jako część swojego ciała, którą- podobnie jak krwią- można podzielić się z innymi i nie wyniknie z tego żadne emocjonalne rozszczepienie.
Szanuję te wszystkie podejścia, ponieważ jak długo ich konsekwencje są przemyślane, a decyzje podejmowane w zgodzie z sobą, tak długo prawdopodobnie będą przynosić dobre owoce.
Dramat zaczyna się moim zdaniem wtedy, kiedy decyzja jest nieprzemyślana. A może być nieprzemyślana, bo na przykład nam zadano pytanie o dawstwo dopiero w dniu punkcji, kiedy podpisywaliśmy umowę z kliniką. Wcześniej ten temat nie był poruszany przez lekarzy i nikt nie dał nam szansy „rozebrania go na części”, przemyślenia i tak dalej. To, że zdawałam sobie sprawę z tego, że to pytanie może paść, było wyłącznie zasługą forum Naszego Bociana, na którym wyczytałam, że taka sytuacja może się zdarzyć i mogę zostać zapytana o chęć bycia dawczynią.
Naprawdę nie sądzę, aby w dniu punkcji, kiedy człowiek z jednej strony jest zżerany stresem przed narkozą, lękiem o wynik punkcji (czy znajdą się dojrzałe komórki? Czy będą zdrowe? Czy zapłodnią się?), był czas na tego typu egzystencjalne dylematy. Prawdę mówiąc uważam takie postępowanie za nieodpowiedzialne ze strony klinik i lekarzy, bo wtedy może dochodzić do podejmowania decyzji pochopnych, na przykład na fali entuzjazmu „wow, mam aż piętnaście komórek! Co za łaska obfitości! Oczywiście, że się podzielę!”- tyle że potem klamka zapada, komórki zostają przekazane, powstają zarodki i biegu spraw nie da się odwrócić, a część ludzi może zostawać z poczuciem, że zrobiła coś wbrew sobie. Nie chcą do tego wracać ani o tym myśleć, co nie załatwia tematu, bo komórki zostały oddane, zarodki powstały, być może narodziły się dzieci i zaczęła się jakaś odrębna, a jednocześnie bardzo bliska nam historia nowego życia, które jest z nami genetycznie powiązane.
Jak mówię - nie zamierzam generalizować, bo ludzie bardzo różnie czują ten temat i nie każdy ma do niego taki stosunek jak ja, natomiast chciałabym, aby taki głos jak mój był słyszalny głównie dla tych kobiet, które teoretycznie rozważają podzielenie się komórkami z innymi parami. Jeśli odnajdują w tym, co mówię, choć trochę własnych uczuć i wątpliwości to powinny starannie przemyśleć tę decyzję.
Tak więc wracając do mojego męża - kiedy przemyślał moje pytanie ze zdumieniem odkrył, że on nie jest w stanie myśleć o tych ewentualnych dzieciach jako o dzieciach nam obcych. Dla niego byłyby to bracia lub siostry naszych dzieci. Był zaskoczony, bo okazało się, że to przekonanie miał w sobie bardzo silne, ale nigdy go dotąd nie zwerbalizował, bo nikt też go o to nie poprosił i nie kazał mu się nad tym zastanowić.
To właśnie powód, dla którego uważam, że dawstwu i biorstwu gamet zawsze powinien towarzyszyć psycholog. Właśnie dlatego, aby pewne pytania padły we właściwym czasie, przed podjęciem życiowych decyzji. Gdy jeszcze nie jest za późno.
Nam nikt psychologa nie proponował, propozycję dawstwa potraktowano zupełnie technicznie. Tak być nie powinno, sądzę, że to niewłaściwy kierunek.

Czy Twoja decyzja o odmowie została przyjęta przez personel medyczny z szacunkiem?

Oczywiście, nikt jej nie komentował w żaden sposób.

Jak sądzisz, czy dawstwo i biorstwo są tematami, które należy poruszać w debacie publicznej i kierować na nie zainteresowanie polityków i mediów?

Sądzę, że medal ma dwie strony. Z jednej strony chaos prawny, brak ustawy i regulacji dawstwa. Opinia publiczna powinna wywierać nacisk na ustawodawców, aby wreszcie coś z tym zrobić, a do tego potrzebne jest „ruszenie” tematu na serio i pokazanie go w przestrzeni publicznej. Z drugiej strony boję się takiego usensacyjnienia tematu, zrobienia z tego tematu tabloidu medycznego. Ale z trzeciej strony ta tabloidyzacja i tak się dzieje. Czasem przeglądam różne artykuły w Internecie i język stosowany wobec dawstwa bardzo mnie razi - autorzy koncentrują się np. na zarzutach „zdrady” wobec kobiety, która korzysta z nasienia dawcy. Sugerują, że zdradza męża. To jakaś niedorzeczność i ślizganie się po powierzchni tematu dawstwa. Więc zadaję sobie w takich chwilach pytanie: czy poruszając ten temat publicznie i rzetelnie możemy naprawdę coś stracić?
Wydaje mi się, że teraz tracimy więcej, bo te absurdalne zarzuty nie znajdują żadnego odparcia, nikt z nimi rzeczowo nie dyskutuje. Chyba więc lepiej wejść w dialog i zacząć wreszcie poważnie odpowiadać niż udawać, że jesteśmy ponad.

Wspomniałaś, że gdybyś miała zostać matką adopcyjną lub dzięki dawstwu cudzych gamet, to byłyby to „twoje dzieci”, co to dokładnie dla Ciebie znaczy? Nasza konferencja jest silnie osadzona w temacie otwartości wobec dziecka, mówienia mu prawdy o jego pochodzeniu. Czy uważasz, że dziecko powinno mieć po ukończeniu 18 roku życia dostęp do wiedzy o tożsamości swoich rodziców genetycznych? Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

Sprecyzuję: to, że dziecko jest moje oznacza tyle, że jest częścią mojego „stada”, mojego kręgu, naszej rodziny. Kocham je, wychowuję, jestem jego matką niezależnie od tego, czy jesteśmy spokrewnieni czy nie. Bo jest MOIM dzieckiem. I ta „mojość” dokonuje się nie poprzez to samo DNA, a poprzez moją decyzję, że chcę być matką tego konkretnego dziecka, które się najpierw poczyna, a potem rodzi. Ja jestem matką biologiczną swoich dzieci i poczęłam je świadomie, to była moja decyzja, że chcę te moje konkretne dzieci mieć. Nie wiem, jak dobrze to opisać, bo czuję to bardzo silnie i wyraźnie, a słowa tego jakoś nie oddają w pełni... Po prostu na tym poziomie nie widzę różnic między rodzicielstwem adopcyjnym, z dawstwa, z zapłodnienia naturalnego czy in vitro. Świadome rodzicielstwo wydarza się dlatego, bo rodzice decydują, że pragną być rodzicami. Bo sprowadzają na świat swoje dzieci z miłości, w przypadku rodziców adopcyjnych- sprowadzają je z miłością do swojego stada i kręgu. Relacje pokrewieństwa są tutaj na drugim planie, na pierwszym jest nasza decyzja, że chcemy być rodziną.
Jesteśmy rodziną właśnie dlatego, bo zdecydowaliśmy, że nią będziemy, a nie dlatego, bo DNA czy ośrodek adopcyjny tak nam nakazali.
Ale to wszystko nie znaczy, że stajemy się właścicielami naszych dzieci. Raczej je wypożyczamy od świata, od Boga jeśli ktoś w niego wierzy. Wypożyczamy na pewien czas, bo prawdziwymi właścicielami są one same. Jeśli ktoś wierzy w to, że tak nie jest i że jego dziecko należy tylko do niego to współczuję mu, bo myli się do głębi.
Tak więc ja, że tak brutalnie napiszę, nie do końca rozumiem ten cyrk z własnością genetyczną, z którym czasem się stykam na forum Naszego Bociana. To zapieranie się, że to dziecko urodzone dzięki dawstwu jest moje, jest moją własnością, że nie ma jakiejś własnej, odrębnej historii i nigdy jej nie miało. Tylko moje, niczyje inne, a już w ogóle nie powinno mieć wiedzy, że przyszło do naszej rodziny dzięki cudzej gamecie, bo wtedy - no właśnie, co wtedy? Zraniłoby to uczucia tatusia albo babci? Odebrałoby to nam rodzinę, którą sobie zbudowaliśmy? Nie bądźmy dziecinni.
Nie po to walczymy o te dzieci długie lata, pokonując gigantyczne czasem przeszkody medyczne, aby na końcu miało się okazać, że w tym wszystkim chodzi o kłamstwo w dobrej wierze. W końcu nasze dzieci nam bezgranicznie ufają, uczymy je mówienia prawdy, chcemy, aby wiedziały, że pójdziemy za nimi w ogień, że mogą mieć do nas pełne zaufanie. Jeśli więc okłamujemy je w tak ważnej sprawie, to oznacza, że nie jesteśmy pewni tego, że mogą nam zaufać w pełni. Jak więc mamy je przekonać do tego zaufania, skoro sami je łamiemy?
Tak więc oczywiście, że uważam, że każdy człowiek ma prawo do wiedzy o swoim pochodzeniu, ale też nie przeceniam wagi tej wiedzy. I sądzę, że to napinanie się na ukrywanie prawdy przed dzieckiem i traktowanie dawstwa (adopcji na szczęście już coraz rzadziej), jako rodzinnego sekretu, którego wyciek zniszczy rodzinę, świadczy raczej o tym, że dla takiego rodzica jest to wyolbrzymione zagrożenie, z którym to on sam ma problem, nie dziecko. Dla dziecka podstawowym pytaniem jest, czy rodzice je kochają i akceptują, czyli czy ma zapewnione bezpieczeństwo emocjonalne. Jeśli tak to żadna prawda rodziny nie zniszczy i należy ją traktować w normalnych proporcjach - jako jedno z praw dziecka i tyle. Trzeba szanować to prawo, bo trzeba szanować prawa ukochanego dziecka. Ale też nie ma co dorabiać wokół tego ideologii o niszczeniu rodziny i demonizować tematu.
W ogóle znam parę rodzin dzięki dawstwu i to są normalne, fajne rodziny, gdzie o genetyce nie mówi się między sałatką a drugim daniem, ale też nie udaje się, że ona nie istnieje. Podobnie jak w rodzinach adopcyjnych - dzieci wiedzą, że są adoptowane, ale życie rodziny nie koncentruje się wokół tego faktu, tak jak moje życie nie koncentruje się wokół pytania, czy zostałam poczęta w łóżku czy fiacie 126p. Co nie znaczy, że nie wiem, jakie były początki mojego istnienia, bo wiem, że byłam wyczekiwana, że rodziłam się w szpitalu X, że moi rodzice mnie pragnęli i że przyszłam na świat dzięki kalendarzykowi małżeńskiemu ;) Moja historia zaczęła się jeszcze przed moim narodzeniem i każdy człowiek może to o sobie powiedzieć, bo jest to faktem - każdy z nas skądś przychodzi, ma jakąś swoją historię, za poczęciem i narodzinami każdego z nas stały jakieś okoliczności. A nawet jeśli nie jest to dla niego osobiście ważne, to nie wolno mu zakładać, że dla innego człowieka to też nie będzie ważne. Nie wolno ludzi okłamywać „dla ich dobra”, nawet jeśli ci ludzie mają kilka lat.

W jaki sposób pierwszy raz zetknęłaś się z ideą jawnego dawstwa, jakie emocje i refleksje to w Tobie wzbudziło?

Zetknęłam się pierwszy raz przez artykuł w Gazecie Wyborczej opisujący sytuację w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu tam pełnej jawności dawstwa. Co pomyślałam? Że się myliłam, bo do tamtej pory jakoś nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam i raczej wydawało mi się oczywiste, że dawstwo jest anonimowe, a dzieci tak urodzone są wyłącznie dziećmi rodziców, którzy je urodzili. I że poród kończy temat.
W tym artykule zobaczyłam, że temat nie jest wcale taki prosty, a dorosłe dzieci urodzone dzięki dawstwu posiadają bardzo konkretne przemyślenia o własnej sytuacji. Wiele z nich jest wściekłych - nie dlatego, bo urodziły się dzięki dawstwu tylko dlatego, bo ich rodzice je okłamywali bojąc się powiedzieć prawdę.
Teraz sądzę, że jeśli coś się nie sprawdza, a to napinanie się na sekrety się nie sprawdza i mówią o tym same dorosłe dzieciaki, to znaczy, że się nie sprawdza i tyle. Nie mam powodu, aby nie wierzyć ludziom, którzy sami tego doświadczyli i mówią otwarcie, że ich historia genetyczna jest dla nich ważna, że chcą wiedzieć, ile mają rodzeństwa przyrodniego. Bo to ich interesuje i mają prawo do tej wiedzy. Co zupełnie nie oznacza, że zaczynają traktować dawców jako rodziców, bo nie spotkałam się z tym nigdy, a temat mnie zainteresował i zaczęłam sporo o nim czytać. Ten lęk, że dawca gamet wysadzi rodziców z ich rodzicielskiego siodła i wskoczy na miejsce „tatusia” jest chyba podobny do lęków rodziców adopcyjnych, a wiemy z doświadczeń adopcyjnych, że tak się nie dzieje, że rodzic jest jeden i to jest rodzic, który wychowywał, kochał i był przy nas.
Z drugiej strony gdybym sama była dawczynią to nie umiem powiedzieć, czy ja bym nie chciała takiego kontaktu z tym urodzonym dzięki moim gametom dzieckiem, gdyby kiedyś zapukało do moich drzwi. Czy nie traktowałabym go jako mojego dziecka w sensie „należącego do mojej rodziny, wobec którego mam emocjonalne prawa”. I właśnie dlatego dobrze, że nie zostałam dawczynią, bo poza tym zniszczeniem emocjonalnie siebie, o którym wcześniej mówiłam, mogłabym zniszczyć emocjonalnie także tamtą rodzinę. Ja się na dawczynię nie nadaję i zrozumiałam to w porę.

Czy jest coś, co chciałabyś przekazać kobietom rozważającym oddanie części swoich komórek jajowych biorczyniom?

To, co powiedziałam już wcześniej. Jeśli podejmujecie tę decyzję w zgodzie z tym, co w głębi siebie czujecie; jeśli macie ten temat porządnie przemyślany i przegadany z partnerem; jeśli jesteście pewne, że nie odczuwacie więzi między sobą a ewentualnymi dziećmi urodzonymi z waszych komórek lub zarodków, i macie podstawy sądzić, że to się nie zmieni; jeśli Wasz partner popiera Waszą decyzję i również nie czuje tej więzi- możecie ofiarować wspaniały dar ludziom, którzy bardzo potrzebują go, aby zostać rodzicami. I to może być piękna decyzja.

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (2 votes)
  • Rodzaj artykułu w kampanii:

Odpowiedzi

Portret użytkownika kavainca

Oddałam oocyty...

..przy okazji swojej procedury inv. Nie moge powiedzieć, że jestem pewna, że nie odczuwam, żadnej więzi z ewentualnym dzieckiem i z rodziną, która je będzie miała. Ale to nie znaczy, że jest to dla mnie niszczące. Wręcz odwrotnie. Raczej budujące i pozwalające myśleć o sobie w kategoriach wraźliwości i otwartości na innych.
Ludzie są różni i nie ma gotowych odpowiedzi. Ważne, aby nie zrobić nic wbrew sobie...tylko tyle i aż tyle :)

IUI 5.6.2009
od 15.2.2010 Matylda jest z nami :)

IUI 8.2010 :( IUI 2.2012 :( INV + eggs donation 4.2012 :((( ICSI 4.2013 :((
PICSI 04.12.2013- program MZ :):) od 28.08.2014 Jakubek jest z nami :)
pa zarodki!

Portret użytkownika Venona

Ja odzuwam podobnie

Podziwiam osoby, które potrafią ofiarować innym tak cenny skarb, ale podobnie jak Iza sama zupełnie nie nadaję się na dawczynię. Z identycznych względów.
Problem rzeczywiście istnieje. W klinikach nie rozmawia się na ten temat w sposób dogłębny, nie naświetla się jego złożoności. A szkoda.

Portret użytkownika claudia.iwona

zimne

gdybym miała możliwość, nie wahałabym się oddać moich komórek osobom, którym nie dane jest wykorzystanie własnych, niestety, z racji wieku nie mogę. myślę, że osobami, które nie chcą pomóc, (oddać, podzielić się oocytami), kieruje po prostu egocentryzm i egoizm, podobny jak w podejmowaniu decyzji o dawstwie organów osoby najbliższej po jej śmierci, (nie oddam, bo.. nie, przecież życia nie przywrócę, więc po co ktoś ma skorzystać jeśli to nie jestem ja??). taki pies ogrodnika w polskim wydaniu. nie potrafię zrozumieć tak smutnych i żenujących dla mnie postaw. czy oddanie nasienia jest mniej "bolesne"? bo mężczyzna może "więcej" na raz??? może autorki wypowiedzi się obrażą, (nie jest moim celem obrażanie kogokolwiek), ale dla mnie takie wypowiedzi są po prostu niesmaczne, obrzydliwe, fanatyczne, propagujące aspołeczne i konserwatywne postawy. mówienie o własnych genach w innych, nieznanych rodzinach jest równie żenujące, świadczy o niewiedzy, i to nie medycznej lecz obyczajowej; spory odsetek mężczyzn nie wie, że nie wychowuje swojego dziecka, swoich genów, czy to wpływa na ich sposób wychowania? dopóki nie wiedzą, zapewne nie. czy jak oddam krew to cząstka mnie, a także moje geny, zaistnieją u kogoś innego? także gdy ten ktoś będzie miał potomstwo? zapewne w jakiś pokrętny, a dla biologii prosty sposób tak. czy to mnie boli? nie!! jestem szczęśliwa, bo ktoś dzięki mnie jest szczęśliwy. ot co.
smutna i źle wróżąca temu kraikowi wypowiedź.

Portret użytkownika Venona

Pierwsza zasada: nie oceniaj

Nie można nazywać egoizmem i egocentryzmem szczerego przyznania się: ja się do tego nie nadaję. Jeśli ktoś stawia znak równości między dawstwem krwi albo nerki a komórką jajową, z której powstanie nowe autonomiczne życie, to gratuję zrozumienia sprawy. To nie to samo. Ta komórka to będzie kiedyś dziecko, biologicznie moje dziecko, co z tego, że nie ja nosiłam je pod sercem, nie ja rodziłam. Czuję się z nim związana tak samo jak z pozostałymi dziećmi, które sama urodziłam. To będzie ich rodzeństwo. To jest coś, co jest silniejsze ode mnie. Instynkt. I już. Bardzo doceniam szczerość wypowiedzi Izy, w pełni ją rozumiem. I tym mocniej podziwiam osoby, które potrafią oddać cząstkę siebie innym parom, które nie mają szans na biologiczne rodzicielstwo w 100%. Albo nie podchodzą do sprawy tak emocjonalnie. Ale to bardzo indywidualna kwestia.

Portret użytkownika claudia.iwona

???

"Jeśli ktoś stawia znak równości między dawstwem krwi albo nerki a komórką jajową, z której powstanie nowe autonomiczne życie, to gratuję zrozumienia sprawy."

tak, stawiam w ten sposób znak równości, gdy w obu przypadkach ratuje się życie, (tak, tak, zdrowie psychiczne też rzutuje na jakość życia i życie w ogóle, choć może niektórym osobom trudno to pojąć). mało tego; oddać nerkę jest trudniej, gdyż swoje zdrowie w jakiś sposób ograniczamy, natomiast ofiarowując komórkę jajową życia swojego nie niszczymy, chyba, że ktoś tak ceni swoje geny, że w zakresie jego myślenia nie mieści się pomoc bliźniemu w ten właśnie sposób. myślę, że gotowość pomocy innej osobie/rodzinie poprzez przekazanie komórki jajowej świadczy nie tylko o wielkim sercu, ale przede wszystkim o wielkim umyśle. nie oceniam nikogo, co mi się zarzuca, ale, niestety, narzuca się samo porównanie osób, którym ciężko przekazać swoje "geny", (czytaj oocyty), do osób wrogo nastawianych do ivf w ogóle. i nie mam na myśli strony "technicznej", jedynie mentalną. osoby wrogo nastawione np. do ivf nie rozumieją i, co gorsza, nie chcą zrozumieć, że istnieją osoby, które tylko w ten sposób mogą mieć upragnione dziecko. osoby, które nie chcą ofiarować nadprogramowych komórek, mając pełną świadomość, że mogłyby pomóc wielu osobom zachowują się podobnie. cóż "syty głodnego nie zrozumie". aby już podpaść całkowicie dodam: nie fetyszyzujmy pojedynczych komórek, jakim są oocyty.

Portret użytkownika kavainca

oj zawrzało...

...ale to chyba dobrze...
pewnie, ze nie ma co fetyszyzować – oocyt to część potencjału – nic więcej. Aby powstało dziecko, potrzebna jest druga część potencjału i matka która będzie nosiła pod serce i która urodzi. Tak to wygląda biologicznie i logiczne.
Jest jeszcze druga strona medalu: zgodziłam się na ujawnienia moich danych w sytuacji zagrożenia życia dziecka. Taka jest moja odpowiedzialność. Tu zaczynają się schody: mam córkę, która musi się dowiedzieć o tym że ja oddała swój materiał genetyczny i ze ma biologiczne rodzeństwo przyrodnie. Musi, bo istnieje takie prawdopodobieństwo, choć małe, że ktoś nas kiedyś będzie próbował odszukać. Postanowiliśmy jej powiedzieć, ale może ona będzie chciała je odszukać...jak mam jej wytłumaczyć że nie może...?
Jeśli ona pozostanie jedynakiem ( a to dość prawdopodobne) to czy nie będzie miała żalu...? Może powinniśmy zezwolić na ujawnienie naszych danych...to są trudne sprawy i trzeba bardzo dobrze rozważyć...ja rozważam to wszystko po fakcie, bo dzięki akcji “powiedzieć rozmawiać” wiele aspektów sprawy do mnie dotarło.
Ja naprawdę rozumiem wszystkie kobiety które nie chcą, bo to jest jednak skomplikowane. Ja i mój mąż jesteśmy w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której rodziny się spotykają, bo dzieci chciały się poznać...ale pewnie dlatego, że tamto dziecko traktuję jako przyrodnie biologiczne rodzeństwo mojej córki, nie jak moje dziecko...
Jest dużo pytań i nie ma prostych odpowiedzi...
pozdrawiam serdecznie
kava

IUI 5.6.2009
od 15.2.2010 Matylda jest z nami :)

IUI 8.2010 :( IUI 2.2012 :( INV + eggs donation 4.2012 :((( ICSI 4.2013 :((
PICSI 04.12.2013- program MZ :):) od 28.08.2014 Jakubek jest z nami :)
pa zarodki!

Portret użytkownika Venona

Kava

właśnie o tym mówię: to jest bardzo indywidualna sprawa. Ja pewnie prędzej oddałabym nerkę, gdyby ktoś bliski jej potrzebował - obcemu raczej bym nie oddała. Czy to egoizm, że nie chcę oddać nerki komuś, kogo nie znam? Gdyby moja siostra potrzebowała moich oocytów, nie zawahałabym się. Ale wiedziałabym, kto wychowuje to dziecko, mogłabym na nie patrzeć, spotykać się z nim. Zresztą po moim pierwszym nieudanym transferze, zastanawiałyśmy się z siostrą, czy, jeśli nie wypali drugi raz, ona nie mogłaby mi jakoś pomóc. To było czysto hipotetyczne gdybanie, bez konkretów. Nie potrafię jednak traktować oocytów jak szpiku k. I żadne tłumaczenie tu nie pomaga. Sfera emocjonalna jest zbyt głęboka. Jednocześnie czuję bardzo duży szacunek i podziw dla kobiet, które nie mają takiego problemu. Po mojej punkcji spotkałam przy śniadaniu kobietę, której nie udało się pobrać ani jednej komórki. Patrzyłam na nią i było mi niewyobrażalnie przykro. Niemal fizycznie odczuwałam jej ból. Sama też nie okazałam się nioską pierwszej klasy. Udało się uzyskać raptem cztery komórki. Może dlatego tak mocno czułam się związana z każdą z nich i tak bardzo kibicowałam moim czterem zarodkom. Gdyby natura nie zadecydowała inaczej, miałabym czworo dzieci, choć kiedyś nie wyobrażałam sobie, że mogę mieć/chcieć więcej dzieci niż 1-2. Na tyle się znamy, na ile nas sprawdzono. Choć w teorii, kiedyś, pewnie deklarowałabym chęć pomocy innym, w praktyce okazało się, że jestem straszną kwoką przywiązaną do każdego swojego kurczaczka.

Portret użytkownika bloo

och, po prostu bardzo łatwo

och, po prostu bardzo łatwo przychodzi nam szafowanie argumentem "nietolerancji" wobec ludzi, którzy oskarżają nas o mordowanie zarodków, egoizm ewolucyjny i tak dalej, jednak kiedy to my sami mamy zrozumieć podejście innego pacjenta to okazuje się, że naszej tolerancji starcza nam na "żenującą niewiedzę", "egocentryzm i egoizm".

A to wszystko dlatego, bo ktoś śmiał NIE CHCIEĆ oddać swoich genów, które- nawiasem mówiąc- są jego, współdzielą je wszystkie jego dzieci i generalnie widzi to w nieco bardziej skomplikowany sposób niż "hurra, dawstwo gamet!".

W innej dyskusji o tych wpisach użyłam sformułowania "totalitaryzm emocjonalno nakazowy" i to jest dokładnie to, co zrobiła Claudia Iwona. Każdy, kto nie czuje jak ja, jest z miejsca "żenującym ignorantem i egoistą".
No wiec nie, on po prostu czuje inaczej niż Ty, myśli inaczej niż Ty i cały czas mówi o swoim własnym DNA, swoich komórkach i swoich decyzjach, które są jego wyłączną sprawą.
Nigdy nie podpiszę się pod koncepcją dowolnej urawniłowki: dawstwo gamet dla wszystkich, niszczenie zarodków dla wszystkich, ICSI dla wszystkich i tak dalej.
To są indywidualne wybory najczęściej dotyczące indywidualnej wrazliwości i światopoglądu, tu nie ma rozwiązań uniwersalnie dobrych, dlatego decydować musi każda para w uznaniu dla swojej sytuacji. Tak zrobiła ta dziewczyna z wywiadu, i tak zrobiła druga dziewczyna z wywiadu zamieszczonego wyżej.
To są tak naprawdę dwie bardzo podobne sytuacje: dwie świadome decyzje. I o to chodzi i w życiu, i w leczeniu.

Portret użytkownika agababa

tak jakbym czytała swoje myśli

A ja mam podobne odczucia jak Iza, choć przed naszym podejściem do in vitro pełna byłam huraoptymizmu w sprawie dawstwa. Teraz patrzę jednak na naszą córeczkę, na to jaka jest, jakie ma pomysły, uczucia, zdolności, wrażliwości... i myślę, że nie wytrzymałabym niewiadomej o tym co dzieje się z jej rodzeństwem, o tym czy jest kochane, czy jest bezpieczne, czy jego rodzice adopcyjni żyją. I jeszcze jedna myśl chodzi mi po głowie, pewnie mała prawdopodobna, ale jednak - co jeśli kiedyś zeszłyby się drogi naszej córeczki i np. jej biologicznego brata, co jeśli by się w sobie zakochali?

kavainca - zgadzam się: wiele pytań, wiele wątpliwości i trudnych odpowiedzi, mnie również w rozważaniach pomogłą kampania

Portret użytkownika claudia.iwona

fanatyzm poprawności "moralnej"

ponieważ zostałam zaatakowana w sposób bardzo nadgorliwy, (a "nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu" szanowna bloo), powtórzę również z forum: nigdzie nie napisałam, że winno być obowiązkiem przekazywanie komórek nadliczbowych lub tworzenie "na siłę zarodków", wolałabym również, by nikt nie "przerabiał" na swoją modłę moich wypowiedzi tylko dlatego, że nie spełniają czyichś oczekiwań, totalitaryzmem natomiast jest dla mnie właśnie "gaszenie" wypowiedzi tzw. "niesłusznych", (p.t."mam monopol moralny" tylko nie wiadomo z czyjego nadania), to jest własnie totalitaryzm emocjonalno-nakazowy, (czyli ganienie wypowiedzi niezgodnych z własnymi poglądami), ćwiczyli to już między innymi hitler, stalin, kościół katolicki od 2tys. lat, (choć nie tylko), oraz szereg innych mało przyjemnych, ale za to zakompleksionych osób. jak widać, wolność wypowiedzi również razi niektórych forumowiczów - takich jak bloo. nie mogę też odpowiadać za niezrozumienie tekstów pisanych, (której to przypadłości nadano nazwę naukową, lecz by zachować poziom dyskusji, terminu nie użyję). szanowna bloo nie masz monopolu na wiedzę i poglądy "jedynie słuszne", to co uprawiasz przez sposób pisania jest własnie totalitarne i nakazowe pt."wiem lepiej bo.. wiem". jeszcze jedno, wolność wypowiedzi nie równa się chamstwu połączonym z ignorancją oraz obrażaniu innych osób urojonym monopolem na wiedzę. nikogo nie umoralniam jak Ty to czynisz w dodatku w sposób rażąco niski i niegrzeczny. nie oceniam jedynie przedstawiam swoje stanowisko.
ignorancją jest przyjęcie, że dziecko to przede wszystkim oocyt, nie jest tak, a dziecko to także geny ojca i efekt połączenia dwóch komórek, (a nie niepokalanego poczęcia z oocytu będącego jego podstawą), to także wychowanie, środowisko i szereg innych czynników; oocyt tylko umożliwia stworzenie małego człowieka, nie jest nim, wmawianie, że tak jest jest ideologiczna demagogią.
a nawiązując do wątku głównego; polska jest kraikiem pełnym hipokryzji, jak "ja potrzebuję" - "muszę dostać, muszą mi dać, żądam", jak "ktoś potrzebuje" - "nie dam i już, po mnie choćby potop, mój interes najważniejszy". ot co.

Portret użytkownika bloo

Claudio, odpowiadając Ci po

Claudio, odpowiadając Ci po kolei:
1. zarzucanie mi unoszenia się i posiadania postawy "monopolu na wiedzę" jest mało przekonujące w ustach kogoś, kto zaczął dyskusję od nazywania innych "egoistami", ponieważ posiadają inny pogląd niż on sam;
2. nie zauważyłam tu ani chamstwa, ani hipokryzji;
3. Nikt nie wmawia, że oocyt jest człowiekiem, więc nie rozumiem celu takiej demagogii. Natomiast każdy z nas ma prawo posiadać osobisty stosunek do własnych komórek rozrodczych oraz zarodków (jeśli je posiada). Zarządzanie cudzymi emocjami i decyzjami w tym zakresie jest nieuprawnione. Nikt nie ma prawa zarządzać moją krwią, nerką i komórką jajową stosując przy tym wobec mnie manipulację i wmawiając mi, że z faktu mojej odmowy wynika postawa egoistyczna "po mnie tylko Potop, mój interes najważniejszy". Może przeczytaj ponownie wywiad, tym razem zostawiając przestrzeń na zobaczenie tego, co jest tam naprawdę napisane?;
4. Dobrym sposobem podniesienia poziomu dyskusji jest uprawianie jej w sposób nienacechowany emocjami i agresją, polecam to Twojej uwadze, może kiedyś zdecydujesz się skorzystać.

a.