logo Powiedzieć i rozmawiać Kampania jest finansowana z 1% podatku przekazywanego nam przez sympatyków i dzięki bezinteresowności naszych Partnerów oraz Ekspertów.
TY także możesz ją wesprzeć!

"Dziecko należy do matki, która je urodziła" - Rozmowa z Kasią, dawczynią komórek

wywiad/rozmowaNasz Bocian: Zdecydowałaś się na zostanie dawczynią w ramach programu dzielonych komórek. Innymi słowy, sama będąc pacjentką i walcząc o dziecko metodą in vitro przekazałaś część swoich komórek jajowych innej kobiecie, która nie mogła zostać biologiczną matką. Jak wyglądała Twoja własna droga do dziecka?

Kasia: Nasze starania o dziecko zaczęliśmy z mężem w 2007 roku, byliśmy wówczas sześć miesięcy po ślubie. Po pół roku niepowodzeń udałam się do ginekologa. Usłyszałam, że wszystko jest w porządku i muszę się jedynie uspokoić, wyluzować. Dostałam jednak mimo wszystko skierowanie na podstawowe badania, które wówczas nie wykazały nieprawidłowości. Czas mijał, maleństwa nie było, a ja z cyklu na cykl czułam coraz większy niepokój.

W końcu trafiłam do bardzo fajnej pani doktor, internistki nota bene. Zauważyła powiększoną tarczycę, skierowała do endokrynologa i tak zaczęła się moja szpitalna diagnostyka. Nigdy nie zapomnę wypisu z owego szpitala, duże litery, a nimi diagnoza: NIEPŁODNOŚĆ PIERWOTNA.
Zabrzmiało to dla mnie jak wyrok... Później nadszedł czas na badanie męża. I tu kolejny szok połączony z rozpaczą: w nasieniu męża liczba plemników wyniosła 600 tysięcy przy normie 23 milionów! Mąż rozpoczął kurację, ale nie przyniosła poprawy. Podobnie zresztą jak kolejne próby podejmowane przez jednego z najlepszych andrologów. W pewnym momencie usłyszeliśmy, że nic więcej nie da się już zrobić i pani profesor poleciła nam udać się do kliniki leczenia niepłodności. W tzw. międzyczasie przyjrzałam się kilku klinikom i szybko z mężem podjęliśmy decyzję o udaniu się do jednej z nich.
Pierwsza wizyta i już wiedzieliśmy, co nas czeka oraz jak będzie wyglądała nasza droga po Dzieciątko.
Wychodząc z gabinetu w zasadzie podjęliśmy z mężem decyzję o in vitro.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałaś o możliwości zostania dawczynią? Jakie myśli i uczucia to w Tobie wzbudziło?

O możliwości oddania komórek dowiedzieliśmy się na drugiej wizycie. Byłam tym szczerze zaskoczona, ale tak pozytywnie. Nie bardzo się orientowałam w kwestii leczenia niepłodności i nie zdawałam sobie sprawy, że taka możliwość istnieje. Lekarz w szczegółowy sposób wyjaśnił, jak to się odbywa. Nie mieliśmy problemu z podjęciem decyzji. Wymiana spojrzeń i było wiadomo, że jeśli to możliwe to oddam swoje komórki. A uczucie jakie temu towarzyszy? Coś w rodzaju zadowolenia z pomocy drugiej osobie.

Czy podjęłabyś tę decyzję ponownie, gdybyś znów stanęła w obliczu wyboru?

Oczywiście, że tak. Być może niedługo, jeśli będę mogła, ponownie ofiaruję swoje komórki innej kobiecie.

Jak technicznie wyglądało przygotowanie do dawstwa gamet? Czy podpisałaś oddzielną umowę o przekazaniu swoich komórek jajowych? Czy Twoja decyzja została przyjęta przez personel medyczny z szacunkiem?

Nie podpisywałam oddzielnej umowy poświęconej dawstwu komórek jajowych. A moja decyzja była przyjęta z ogromnym szacunkiem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Byłam o wszystkim informowana, odpowiadano zawsze na moje pytania.

Czym była dla Ciebie decyzja o dawstwie? Czy odczuwasz jej skutki czy pozostawiłaś ją za sobą i nie wracasz do tego myślami?

Była dla mnie otwarciem się na pomoc innym. Pomogła mi też zrozumieć niepłodność i dramat kobiet na głębszym poziomie. Uświadomiła, że nie mam najgorzej, że są kobiety przeżywające jeszcze większy dramat. Brak własnych gamet jest przez większość ludzi postrzegany jak brak kobiecości/męskości. Bezpłodność to określenie wartościujące. Wracam myślami do tego i traktuję to również jako swego rodzaju terapię po swoim nieudanym podejściu, ponieważ stało się tak, że choć oddałam część swoich komórek jajowych, to moja własna procedura in vitro nie zakończyła się ciążą. Gdy przeżywałam ciężko swoje porażki, zawsze myślałam i myślę, że wprawdzie mnie samej się nie udało ale być może kobieta, która otrzymała moje komórki, właśnie cieszy się ze swego Cudu. I to jest w tym piękne.

Jednak gdybyś nie podzieliła się swoimi komórkami sama miałabyś ich więcej, a więc także więcej zarodków i większą szansę na własną ciążę. Czy taka sytuacja, sytuacja dawczyni, której własna próba in vitro zakończyła się fiaskiem, nie wiąże się z pewnym rozdwojeniem emocjonalnym? Z jednej strony Twoje własne macierzyńskie nadzieje zostały zawiedzione, z drugiej strony być może na świat przyszło dziecko z połową Twoich genów. W jego narodzinach z pewnością kryje się piękno dla jego rodziców i niego samego, ale czy dla Dawczyni Komórki nie kryje się w tym również smutek? Bo to przecież w połowie Twoje dziecko, a jednak przychodzi na świat nie w Twojej rodzinie?

Po pierwsze z całą stanowczością będę trwała przy tym, że dziecko, które ewentualnie narodziło się z mojej komórki nie jest moim dzieckiem. Wydać to się może niezrozumiałe, ale nie czuję jakiejkolwiek więzi, ani fizycznej ani emocjonalnej. I nie czuję potrzeby, aby wykształcać w sobie tę więź, jakoś ją wypracowywać. To dziecko "należy" fizycznie i emocjonalnie do kobiety, która je urodziła. Która od samego początku je kochała, dbała o nie, myślała o nim, jako o swoim dziecku. Tą kobietą nie byłam ja.
Ja dałam cząsteczkę, która pozwoliła, żeby się poczęło, ale to nie daje mi, w moim mniemaniu, prawa do nazywania się Matką, nawet biologiczną, bo ja nie czuje więzi z tym małym Człowiekiem.
Po drugie w obliczu niepowodzenia mojego własnego programu in vitro, nie odbieram oddania komórek jako zmniejszenia swojej szansy na ciąże. Nawet przez moment tak nie pomyślałam i nie myślę. Nie robię też sobie wyrzutów z tego powodu. Dlaczego? Ponieważ okazało się już po moim leczeniu, że mogłabym mieć i 15 zarodków, a i tak by nie udało mi się zajść w ciążę. Po fakcie wyszły na jaw przyczyny, które prawdopodobnie są odpowiedzialne za moje porażki.

Jaki stosunek do dawstwa komórek miał Twój partner?

Mój mąż był pozytywnie nastawiony i zawsze mi powtarzał, że to ja podejmuję ostateczną decyzję. Ale wiem, jakie to dla niego ważne. Dla mężczyzny brak plemników jest bardzo trudny do zaakceptowania, często czuje się z tego powodu gorszy od płodnego mężczyzny. Tak czuł się mój mąż i dlatego też rozumiał i rozumie dramat kobiety, która nie posiada własnych gamet.

Czy Wasza decyzja była decyzją trzymaną w sekrecie przed otoczeniem czy też więcej osób wiedziało o tym, że zdecydowaliście się podzielić Waszym darem z inną parą? Jak sądzisz, czy dawstwo i biorstwo są tematami, które należy poruszać w debacie publicznej i kierować na nie zainteresowanie polityków i mediów?

O samym in vitro wie sporo osób, z różnych przyczyn nie kryjemy się z tym. Uważamy, że należy nasze społeczeństwo uświadamiać, bo duże grono ludzi nawet nie wie, co to niepłodność, choć poczuwają się do dawania rad i formułowania ostrych poglądów.
Myślę, że warto ten temat poruszać, aczkolwiek obawiam się, że część ludzi tego nie ogarnie i może powstać kolejna fala krytyki metod wspomagania rozrodu.

Konferencja jest silnie osadzona w temacie jawności dawstwa i biorstwa gamet oraz zarodków. W jaki sposób zetknęłaś się z ideą jawnego dawstwa i jaka jest Twoja opinia na ten temat? Czy uważasz, że dziecko powinno mieć po ukończeniu 18 rż dostęp do wiedzy o tożsamości swoich rodziców genetycznych?

O tej idei dowiedziałam się z forum Naszego Bociana. Uważam, że dziecko nie powinno mieć dostępu do takich informacji.

Jednym z praw gwarantowanych przez Konwencję Praw Dziecka jest prawo do wiedzy o swojej tożsamości i pochodzeniu. Oznacza to, że każdy człowiek ma prawo wiedzieć, jaka jest historia jego narodzin i jakie jest jego genetyczne dziedzictwo. Dlaczego uważasz, że to prawo człowieka nie powinno być respektowane w przypadku dawstwa gamet?

Chciałabym zostać dobrze zrozumiana: w żadnym razie nie chodzi mi o to, że nie powinniśmy respektować praw dziecka. Nie w tym rzecz. Po prostu obawiam się, że wprowadzenie jawności dawstwa spowoduje drastyczny spadek potencjalnych dawców i dawczyń. Ludzie będą się bali konsekwencji tychże zapisów. A jakie konsekwencje będą najbardziej zniechęcające? Alimenty, obowiązek sprawowania opieki nad de facto obcym człowiekiem.

[przypisek Naszego Bociana: wprowadzenie obowiązku rejestrowania dawców i jawności dawstwa nie pociąga za sobą skutków prawnych dla zobowiązań alimentacyjnych, prawa spadkowego i praw rodzicielskich. Jedynym skutkiem dla dziecka jest możliwość poznania historii medycznej dawcy/dawczyni i ewentualnie tożsamości dawcy/dawczyni. Prawa i władza rodzicielska, obowiązek alimentacji i prawo dziedziczenia pozostają po stronie rodziców dziecka, którymi są biorcy. Dawcy nie mają wobec dziecka żadnych zobowiązań rodzinnych ani finansowych. Należy także dodać, że prawo nie działa wstecz]

Z drugiej jednak strony są sytuacje, w których znajomość biologicznych korzeni może uratować zdrowie lub życie zarówno dziecka, jak też ludzi, którzy swe komórki oddali. Jeżeli miałaby być jawność w dawstwie to stoję na stanowisku, że powinna być to jawność ograniczona tzn. bez podawania personaliów dawców.
Być może moje poglądy sprawiają wrażenie chaotycznych, ale ten temat ma po prostu dla mnie dwie strony. Wiadomo, że kwestię dawstwa należy uregulować i ująć ustawą, ale uważam, że należy to zrobić z wyczuciem. Bo jeśli będzie ona bardzo restrykcyjna, czyli zakładająca pełną jawność dawców po 18 latach, to nie będzie respektowania praw dzieci urodzonych dzięki dawstwu, ponieważ dzieci tych nie będzie. Po prostu się nie urodzą, bo potencjalni dawcy nie zdecydują się na dawstwo.
Może wyolbrzymiam sytuację, może nie mam pojęcia o czym mówię, ale wiem jedno i jest to moja silna obawa: jestem niemal pewna, że dawcy będą się wykruszać, a to może sprawić, że wiele par straci możliwość urodzenia dziecka. I to byłoby bardzo smutne.
Mnie samej trudno sobie wyobrazić taką sytuację za kilkanaście lat.

Wielu rodziców dzięki biorstwu gamet i adopcji zarodka dzieli się obawami, że wiedza o pochodzeniu dziecka zniszczy integralność ich rodziny, w jakiś sposób „odbierze” im dziecko. Czy Ty, jako dawczyni, rozumiesz powód tych lęków?

Cóż, istnieje duże prawdopodobieństwo, że sami będziemy korzystali z dawstwa nasienia od anonimowego dawcy. I wiem, że to dziecko będzie TYLKO moje i mojego męża. Mało tego, będzie do niego podobne. Bo przez wychowanie i wpajane wartości, którymi sami się kierujemy, a także przez miłość do tej małej istoty sprawiamy, że "dziedziczy" ona nasze cechy.

Mówisz o więzi społecznej i emocjonalnej, w tym sensie każde adoptowane dziecko, czy to społecznie czy prenatalnie, jest dzieckiem rodziców, którzy je wychowują. Jednak każdy z nas posiada też swoje dziedzictwo biologiczne i w przypadku dawstwa gamet jest to dziedzictwo odrębne. To oznacza, że dziecko dziedziczy nie tylko cechy społeczne, ale też cechy genetyczne. Nie jest tylko dzieckiem rodziców, którzy je urodzą i wychowają, ale jest także dzieckiem rodziców, którzy przekazali mu swoje geny. Czy ta myśl budzi w Tobie lęk? Bo w rodzinach adopcyjnych jest przecież czymś naturalnym, większość rodziców adopcyjnych nie walczy z nią, a akceptuje tę sytuację. Odrębność genetyczna nie jest zagrożeniem dla więzi między rodzicem i dzieckiem.

Nie budzi to we mnie lęku, bo tak jak powiedziałam wcześniej: w moim odczuciu nie jest to moje dziecko. Czy raczej powinnam powiedzieć „potencjalne dziecko”, bo nie znam losów pary, która przyjęła moje komórki jajowe, więc nie wiem, czy udało jej się zajść w ciążę i ją donosić. Owszem, to potencjalne dziecko miałoby moje geny, ale ja nie czuję więzi z tym dzieckiem i, co za tym idzie, nie czuje się jego matką pomimo tego, że powstało z mojej komórki i ma ten sam materiał genetyczny.
Okrutne? Nie, racjonalne podejście, które pozwala myśleć o tym w rozsądny sposób. Ale to moje zdanie i oczywiste, że wielu ludzi może go nie podzielać. Ja to rozumiem. Bo jak w każdej kwestii i tu potrzebny jest consensus.

Jaki jest Twój stosunek do myśli, że gdzieś być może żyje dziecko posiadające połowę Twojego biologicznego dziedzictwa?

Jeżeli z mojej komórki urodziło się dziecko lub dzieci, to mogę powiedzieć, że warto było. I nie są to moje dzieci. Są to dzieci kobiety, która je nosiła pod sercem i od pierwszej chwili poczęcia je pokochała, a teraz będzie wychowywać. Ja tylko dałam możliwość zapoczątkowania owego życia.
(no i się wzruszyłam...)

Dlaczego zdecydowałaś sie wziąć udział w projekcie konferencji i opowiedzieć o swoim doświadczeniu?
Sama nie wiem, może jest w tym jakiś wyższy cel...?

Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć kobietom, które rozważają dawstwo i stoją w obliczu decyzji o podzieleniu się swoimi komórkami z biorczyniami, ale wahają się nad tym wyborem, nie są pewne, co powinny zrobić?

Myślę, że muszą porozmawiać same ze sobą, bo nie jest to łatwa decyzja i nie wszystkim przychodzi szybko i na luzie. Dla niektórych kobiet może być to zbyt trudne i nie do udźwignięcia. Jeśli jednak się nie zgodzą na oddanie części swoich komórek nikt nie powinien tego oceniać i mówić im, że postąpiły źle czy egoistycznie. Takie decyzje należy podejmować w zgodzie z samym sobą.

Czy jest coś, co chciałabyś, jako dawczyni, przekazać przyszłym biorczyniom?

Nie obawiajcie się, to Wy zawsze będziecie MATKAMI swoich dzieci. Nikt Was tego nie może pozbawić.

Czy jest coś, co chciałabyś usłyszeć od pary biorców, której przekazałaś swoje ?

Myślę, że chyba nic. Może tylko tyle, że są szczęśliwi.

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (4 votes)
  • Rodzaj artykułu w kampanii:

Odpowiedzi

Portret użytkownika claudia.iwona

dziękuję

dziękuję za zdroworozsądkowe, pełne serca i inteligencji podejście do dawstwa, pozbawione sensacji i chorych emocji.
rzadkie, tym bardziej wartościowe.
dziękuję.