Wyświetl temat - Bezdzietnosc wbrew woli

Ogłoszenie!

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 317 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 18, 19, 20, 21, 22  Następna
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 21 cze 2018 08:16 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 kwie 2012 19:38
Posty: 772
Monikaa1982 tak szczerze - nie widzę sensu w
a) ukrywaniu sytuacji
b) skazywaniu siebie na sytuacje, w których czujemy się jeszcze gorzej niż zazwyczaj.
W czym masz problem żeby powiedzieć tej Asi wprost - słuchaj, to naprawdę fantastycznie, że tak Ci się wszystko układa, że nie masz problemów z rodzeniem dzieci, ale ciężko mi z entuzjazmem uczestniczyć w Twoich doświadczeniach, bo sama nie mam szansy na ciążę, leczyliśmy się, a jedyne co z tego wyszło to długi i kulejące małżeństwo, mąż nie zgadza się na adopcję, więc wszystko wskazuje na to, że nigdy nie będę mamą, jest mi z tym mega źle, nie radzę sobie z tą sytuacją, więc proszę, oszczędź mi przykrości, bo bardzo Cię lubię, ale asysta w robieniu testu ciążowego to dla mnie przeżycie ekstremalne, nie mówiąc o patrzeniu na Twoją radość kiedy wyszedł negatywny, bo ja oddałabym nerkę i pół wątroby żeby móc zobaczyć 2 kreski
Kurczę, no CO jest takiego strasznego w powiedzeniu - ludzie, nie mogę mieć dzieci, bo nie mam macicy/ jajowodów/ jajników/mam PCO czy inny dowolny syf, który uniemożliwia mi spełnienie marzenia o macierzyństwie?
Może gdyby ludzie mówili otwarcie o problemie oraz bólu, jaki mu towarzyszy, coś zmieniłoby się w świadomości społecznej?
Ja waliłam prosto między oczy, że cholernie boli mnie brak dzieci, że przez moją bezpłodność rozpadło się moje małżeństwo, że nigdy nie urodzę dziecka, bo technika przeszczepu macicy jest w powijakach. To nie jest żaden powód do wstydu. Jak ktoś nie ma nogi lub ręki, to tego nie ukrywa. Jak ktoś ma usunięty wyrostek czy pęcherzyk żółciowy, nie ma problemu żeby o tym mówić. Jak ktoś jeździ na dializy, nie ukrywa tego przed światem. Więc może pora przestać udawać?

_________________
Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
Miniek już Miniulowy :love:
[b]Nela81[


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 21 cze 2018 09:28 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 paź 2014 09:00
Posty: 120
Miniula zgadzam sie z Toba w 100%. Kiedy zaczelam mowic wprost o tym, ze nie moge miec dzieci, to poczulam ogromna ulge. O tyle wieksza, ze odbior otoczenia pozytywnie mnie zaskoczyl. Ludzie zaczeli rozumiec moje humory I dziwne zachowania :) dostalam ogromne wsparcie od znajomych. Wiadomo, ze znajda sie ignoranci (moi tesciowie), ale co mnie obchodzi ich opinia. Powiedzenie prawdy uwolnilo mnie I pomoglo pogodzic sie z sytuacja. Jeszcze dwa lata temu wychodzilam ze sklepu jak wchodzila kobieta w ciazy. Wczoraj kolezanka zaprosila mnie na baby shower. Szczerze sie ucieszylam! Zdziwilam sie I ja I ona :) endometrioza to choroba jak kazda inna. Niczym nie zawinilam I nie czyni mnie ona mniej wartosciowym czlowiekiem. Przecieram szlak niestandardowej drogi zycia. Dziewczyny zycze Wam przede wszystkim duzo milosci do samych siebie :)


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 21 cze 2018 10:01 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 kwie 2012 19:38
Posty: 772
MalaMi87 pięknie napisane :flowers: :love:
Ignoranci będą ranić, niezależnie od swojej wiedzy czy jej braku o naszych problemach. Ale mnóstwo osób po prostu zrozumie i zacznie uważać na to co i jak mówi. Może też okazać się, że mamy w otoczeniu osoby zmagające się z podobnym problemem, które dzięki naszej otwartości zdobędą się na odwagę.
Płodność nie jest wyznacznikiem wartości człowieka.
I, jak kiedyś przeczytałam, lepiej być bezpłodnym na ciele niż na umyśle ;-)

_________________
Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
Miniek już Miniulowy :love:
[b]Nela81[


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 25 cze 2018 17:12 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 paź 2015 15:10
Posty: 103
Dziewczyny, a ja się wstawię za Monikaa1982, bo po prostu zdecydowanie bliżej mi do jej przeżyć niż do Waszych. Wy jesteście zupełnie w innym momencie swojej walki. Bardziej pogodzone z sytuacją (rozumiem, że Miniula jest matką adopcyjną?). Ja i Monika nadal walczymy. I nie tylko o dziecko, ale i o nasze własne przetrwanie w tym niesprawiedliwym świecie. Nie zawsze jest łatwo powiedzieć wprost co się czuje, zwłaszcza osobie nam bliskiej. Niestety nie wszyscy rozumieją, a powiem nawet, że dla zdecydowanej większości nasze przeżycia to kosmos. Totalnie nie rozumieją o co chodzi, no bo przecież co to za problem, że się nie ma dziecka. A ona nie ma torebki od Gucciego, i co? Też musi to przeżyć. Najbliższa przyjaciółka nie potrafi mnie zrozumieć, mama mnie rozumie, nikt! Za tekst który zaproponowała Miniula - dla mnie bardzo konkretny i rzeczowy, kobiety-mamusie potrafią się śmiertelnie obrazić. Moja bliska koleżanka obraziła się, bo powiedziałam, że w mojej sytuacji trudno mi jest słuchać jak się ekscytuje swoją ciążą i poprosiłam, żebyśmy zmieniły temat rozmowy. Nie odzywa się od kilku miesięcy. Już pewnie dziecko na świecie. Taka jest nasza rzeczywistość. Fajnie, że macie wspierającą rodzinę, ale nie każdy ma tyle szczęścia. A słowa w jakich wyrażacie swoją opinię warto przemyśleć, bo takie osoby jak ja i Monika, wchodzą na to forum szukając wsparcia, a nie po to, by jeszcze tutaj usłyszeć co nieco od tych, co to wiedzą lepiej.

_________________
starania od 2011
5.2017 pierwsza wizyta w OA -> polecono nam zakończyć leczenie
23.03.18 transfer 2 zarodków - :(
27.04.18 transfer crio :(
11.2018 - druga wizyta w OA -> rozpoczęcie kursu adopcyjnego
aktualnie -> przygotowania do skanu domu...


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 25 cze 2018 18:20 
Offline

Rejestracja: 24 kwie 2018 10:12
Posty: 24
Imagnification, dziękuję :)
Faktycznie, inaczej jest podejść do tego gdy każdy o tym wszystkim wie, a otoczenie to rozumie, a nawet wspiera.
W moim przypadku tak nie jest i również nie będzie, bo moja rodzina ma proste myślenie o ile znajomi nas rozumieją (nie wszyscy) to umówmy się taka osoba mająca czwórkę dzieci, której splodznenie ich przyszło jak pstrykniecie palcem- nie zrouzmie. Taka osoba nie wie nawet jak wygląda klinika leczenia niepłodności, a co dopiero sama procedura in vitro. Dla takiej osoby to kosmos i samo powiedzenie jej "zmień temat bo ja nie mogę zająć w ciążę nawet po ivf" nic nie zmieni, bo ona tego po prostu nie zrozumie.

Ja dziś byłam na zakupach i odrazu dzień lepszy :)
Teraz muszę trochę usiąść do laptopa, popracować. Później zaplanowałam film i chipsy. Zdrowe jedzenie dziś sobie odpuszczam ;)

_________________
Starania od 2009r.diagniza-endometrioza
Styczen 2010-ciaza pozamaciczna usunięty lewy jajowód wraz z częścią jajnika,
Kwiecień 2011-ciaza pozmaciczna usunięty prawy jajowód
Marzec 2012-2015 IVF-bez rezultatów
Styczeń 2018 nowa droga, wizyta w OA


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 26 cze 2018 14:27 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 kwie 2012 19:38
Posty: 772
Imaginification owszem, jestem mamą ado, ale zanim nią zostałam byłam przez 11 lat bezpłodną kobietą, która po kokardę miała "mądrych tekstów".
Jeśli miałam do czynienia z idiotkami, które obrażały się na moje prośby (owszem, były takie), zostawiałam je za sobą jako jednostki niewarte mojej uwagi. Fakt, krąg znajomych mocno się zawęził, ale są w nim wyłącznie mądrzy, wartościowi ludzie, brak pustych lal patrzących na czubek swojego nosa. Żadna strata IMHO.
Nie miałam wspierającej rodziny, wręcz przeciwnie.
Mój ex mąż najpierw usiłował zmusić mnie do wynajęcia surogatki, a potem zrobił sobie dziecko na boku.
Moja matka w trakcie mojego rozwodu orzekła, że nie mam szans na ułożenie sobie życia (miałam 30 lat), chyba, że przyszłego kandydata na partnera życiowego okłamię i zataję przed nim, że nie mogę mieć dzieci, bo przecież żaden facet nie będzie chciał ze mną być wiedząc, że jestem bezpłodna (fantastyczne przekazanie córce, że tak naprawdę jedyne, co się liczy w jej osobie to możliwość urodzenia dziecka, a jak nie może, jest zerem...).
Moja teściowa jeszcze przed rozwodem stwierdziła, że najlepiej dla nas (sic!) byłoby gdyby mój ówczesny mąż wpadł z inną kobietą, która oddałaby mi to dziecko na wychowanie.
Słyszałam, że bezpłodni ludzie nie zasługują na życie, bo są nieproduktywnie, że bez sensu było moje leczenie (nowotwór), skoro w jego wyniku przestałam być kobietą.
Tak że tak...

Wypowiadam się tutaj właśnie dlatego, że wszystko to przechodziłam. 11 lat.
A i teraz zdarza mi się mieć do czynienia z imbecylami twierdzącymi, że będąc mamą ado tak naprawdę nie mam prawa myśleć o sobie "mama", bo jestem tylko tymczasową opiekunką, kiedyś pojawi się ta "prawdziwa mama" i dziecko do niej odejdzie.
Owszem, to ryje psychikę strasznie i cały czas walczę z takimi myślami.
I wiem, że najgorsze, co można zrobić to poddać się presji, spełniać oczekiwania innych kosztem siebie.
Wolę mieć jedną prawdziwą przyjaciółkę niż 10 koleżanek, które robią mi krzywdę.
A jeśli krzywdę robi rodzina ... ucinam kontakty z rodziną. Rodzina jest od tego żeby się wspierać, a jeśli nie wspiera... Ostatecznie więzi krwi nie są najważniejsze. Coś o tym wiem ;-)

_________________
Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
Miniek już Miniulowy :love:
[b]Nela81[


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 27 cze 2018 14:24 
Offline

Rejestracja: 24 kwie 2018 10:12
Posty: 24
Miniula, absolutnie nikt nie podważa tego że miałaś ciazko, oczywiście wiem że nie było łatwo zanim zostałaś mamą. Mi bardziej chodzi o to, że każda z nas jest na innym etapie.
Dziś mama mi powiedziała, że córka jej znajomej również nie może mieć dzieci, nie znam jej historii, ale ma 43 lata i kilka prób in vitro za sobą :( życie jest niesprawiedliwe, bo ją pamiętam i to była zawsze taka miła i wrażliwa dziewczyna. Chociaż z 12 lat jej nie widziałam...

A ja mam do Was takie inne pytanie-lubicie zajmować się dziećmi znajomych, rodziny? Czy drażni Was to? Ja bardzo lubię zajmować się cudzymi dziećmi :) a słyszałam, że nie powinnam tego lubić, tak jak nie lubię spędzać czasu z kobietami w ciąży...

_________________
Starania od 2009r.diagniza-endometrioza
Styczen 2010-ciaza pozamaciczna usunięty lewy jajowód wraz z częścią jajnika,
Kwiecień 2011-ciaza pozmaciczna usunięty prawy jajowód
Marzec 2012-2015 IVF-bez rezultatów
Styczeń 2018 nowa droga, wizyta w OA


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 27 cze 2018 15:25 
Offline
Awatar użytkownika
Członek Stowarzyszenia

Rejestracja: 13 kwie 2008 00:00
Posty: 10352
Nie mam za sobą takiej ścieżki, jak Miniula, ale nie też nie chcę się powoływać na doświadczenie leczenia/niepłodności w tym, co napiszę, bo moim zdaniem problem braku wsparcia czy wręcz niechęci otoczenia nie dotyczy jakiejś konkretnej sytuacji, a czegoś szerszego.
Akurat doświadczenie bezdzietności jest zakłóceniem biografii, która dla większości ludzi jest normą. To normalne, mówią, że ludzie rodzą się, dorastają, poznaja osobę przeciwnej płci, biorą z nią ślub, a potem mają dzieci.
Ale tak samo normalne jest to, ze ludzie są zdrowi, że mają jakąś pracę i ze potrafią rozwiązać krzyżówkę.
Jeśli przyjrzycie się temu uważnie to w każdym z tych prostych zdań kryje się grupa ludzi, którą właśnie wyeliminowaliśmy tak rozumianą normą. Wypadają wszyscy chorzy, szczególnie przewlekle. Wypadają osoby z niepełnosprawnością intelektualną. Ludzie o innej orientacji niż hetero. Ci, którzy nie chcą/nie mogą wziąć ślubu. Bezrobotni, trwale lub przejściowo. I tak dalej.
To jest pierwsza rzecz, którą chciałabym napisać: norma istnieje jedynie w podręcznikach i w wyobrażeniach. W życiu jest różnorodność.
To znaczy też, że prawdopodobnie żadna z nas nie zna osoby, która w taki lub inny sposób nie byłaby wykluczona.
Moim zdaniem ta ostatnia kwestia jest rewolucyjna, jeśli się ją naprawdę dobrze przemyśli: wszyscy jesteśmy w jakiś sposób odmienni. Doświadczamy różnych wykluczeń.
Część z nas przyjmuje to i buduje jakoś własną tożsamość: ok, mam cukrzycę, to mnie odróżnia, wielu rzeczy nie mogę, mam swoje ograniczenia, więc zobaczę, dokąd mnie to doprowadzi.
A część z nas albo nie chce swojej odmienności zobaczyć albo nawet jeśli ją widzi, mimo to ma potrzebę piętnowania cudzej odmienności: ok, mam cukrzycę, ALE PRZYNAJMNIEJ nie jestem bezrobotna, więc będę pogardzac bezrobotnymi. Ok, żyję w związku partnerskim, ALE PRZYNAJMNIEJ mam dzieci, więc nie będę się zastanawiać nad bólem ludzi niepłodnych, mam ich gdzieś.

To jest moim zdaniem pierwszy moment, w którym niezaleznie od tego, co nas spotkało i na co najczęściej nie mieliśmy większego albo wręcz żadnego wpływu, wciąż możemy zdecydować, co z tym zrobimy dalej. I część z nas niestety wybiera bycie larwami, które utopiłyby innych w łyżce wody z powodu cudzej odmienności. Ale nie musi tak być, to jest naprawdę kwestia decyzji. Choroba nie jest decyzją, ale postawa życiowa - już tak.

Druga rzecz jest więc taka, ze jesli już rozpoznaliśmy własną inność, ciężko nam z nią, uważamy ją za niesprawiedliwą itd. to wciąż nie znaczy, że mamy się dać ud.upić ludziom - larwom, którzy pod różnymi względami są dokładnie tak samo poza normą, jak my, ale wmawiają nam, że to właśnie nam w sposób szczególny należy się nieczułość, bezwzględność i ostre słowo, bo nasza 'nie-norma' jest bardziej nienormalna niż ich 'nie-norma'.
I moim zdaniem do tego nawiązała Miniula:
nie macie totalnie żadnego wpływu na to, czy drugi człowiek zdecyduje się być wobec Was podły, złośliwy czy choć obojętny.
Ale nie macie też totalnie żadnego obowiązku, aby po pierwsze uwierzyć, że takie już jest życie i trzeba się dostosować do larw, i - po drugie - aby uznać siebie same za bardziej nienormalne, gorsze i zasługujące na pokorne znoszenie policzków, bo 'to przecież koleżanka/mama/wujek'.
Otóż nie.

W jakimś sensie każde przemilczenie cudzej nieczułości, cudzego przekroczenia Waszych granic, a czasem wręcz cudzego chamstwa utwierdza tylko larwy w ich poczuciu, że to, co uznali za normę i za jej brak jest prawdą. Bo skoro się na to godzicie to znaczy, że ten porządek świata jest właściwy. I to jest komunikat, który dostają larwy.
Ja wiem, że odwaga jest trudna, a kiedy się myśli o wypowiedzeniu posłuszeństwa to to się wydaje wręcz niemożliwe. Ale pomyślcie:

- jeśli Wasza ścieżka skończy się bezdzietnością, Wasze życie dalej będzie upływać w otoczeniu larw, którym daliście przyzwolenie na ich pogardę dla Waszej sytuacji. Sądzicie, ze z czasem dojdą do zrozumienia i szacunku? Czy może z latami pojawi się po prostu więcej fałszywego współczucia i obrabiania czterech liter za Waszymi plecami? Jak czujecie się z obrazem siebie starszej o 20 lat, o której ludzi z Waszego otoczenia mówią z boleściwym uśmiechem "och, X. Tej to się nawet nie udało urodzić dziecka. Na szczęście ja mam aż czworo"? Przecież wiecie, że własnie to będą mówić;

- jeśli Wasza ścieżka skończy się adopcją, życie Wasze i Waszego dziecka/dzieci będzie upływać w otoczeniu ludzi, którzy nie okazali Wam ani szacunku ani zrozumienia, a będą mieć bliską styczność z kimś, kto będzie dla Was najważniejszy i najbardziej kochany. Serio chcecie mu/jej to zrobić?

- a jeśli Wasza ścieżka zakończy się porodem, czy to dzięki medycynie, czy dzięki cudowi, ludzie - larwy nie zmienią swojej mentalności. Przecież dobrze to wiecie. Jeśli dziecko urodzi się dzięki IVF będą toczyły się pasjonujące dyskusje bez Waszej obecności: ma bruzdę czy nie? Ile wydaliście na leczenie? Czy jest równie zdolne, jak dziecko larwy? A jeśli dziecko urodzi się bez medycyny - te szepty i tak będą trwały dalej, bo oczywiście nikt Wam nie uwierzy, że udało sie tak po prostu.


Z tego klinczu jest wyjście. Nie karzcie siebie samych spędzaniem życia w otoczeniu ludzi, którzy nie tylko na to nie zasługują, ale którzy jeszcze Was aktywnie ranią.
Rodzina to nie zawsze jest krew - rodzina to są relacje oparte na wzajemnym zaspokajaniu swoich potrzeb emocjonalnych. Szacunku. Potrzebie zaufania. Bezpieczeństwie. Wiele osób znajduje to poza rodziną krwi: u przyjaciół, u znajomych. U ludzi, których sami wybrali nie kierując się tym, że łączy ich to samo DNA, ale łączą ich podobne wartości. I to serio jest uwalniające, i to naprawdę działa, i przysięgam, że tysiące ludzi tak robią.
Nie dokładajcie sobie ciężaru - już i tak niesiecie wielki ciężar. Kto nie jest gotów nieść go z Wami albo przynajmniej wysłuchać Was, tego naprawdę lepiej wykreślić z kręgu, bo jego/jej obecność i tak na nic się Wam już teraz nie przydaje.


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 27 cze 2018 21:04 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 paź 2005 00:00
Posty: 2026
Jakby się dało kliknąć lubię to :-) to bym kliknęła. Trafiłaś w punkt.


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 28 cze 2018 00:14 
Offline
Awatar użytkownika
Dokarmiam bociana ;)

Rejestracja: 14 wrz 2009 00:00
Posty: 585
Lokalizacja: śląsk
Dziewczyny dziękuję Wam za Wasze historie,Wasze wypowiedzi jesteście wsparciem dla wielu z nas, a dla mnie jesteście po prostu Wielkie :caluje

U mnie dopiero początkowy etap pt : przestań działać wbrew sobie, zacznij żyć, bez względu na to co będzie, pogódź się z ograniczeniami, idź do przodu, ciesz się życiem.....
Mimo,że leczymy się już ponad 10 lat, to to co napisałam powyżej , dotarło do mnie naprawdę niedawno......teraz próbuję poukładać sobie to życie tak, aby się nim naprawdę zacząć cieszyć, nie oglądać się za siebie, a iść z uśmiechem przed siebie...
przede mną dużo zmian....ale wierzę,że będę jeszcze szczęśliwa...i Wam tego też życzę Kochane :)

_________________
14 lat leczenia.....
cdn ... ???
nie złożyliśmy jeszcze broni.....boże daj nam siłę [-o<


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 28 cze 2018 07:13 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 kwie 2012 19:38
Posty: 772
Bloo dokładnie o tym pisałam i o to mi chodziło. My nie mamy wpływu na zachowanie ludzi-larw. Oni są jacy są i choćbyśmy stanęły na rzęsach i klaskały uszami, zawsze znajdą się powody żeby obrobić nam 4 litery, żeby dodać sobie fajności upokarzając nas.
Po co, z racji czego pozwalać, by nas niszczyli inni ludzie? Mamy mnóstwo bólu do przerobienia. Po co dodawać kolejny?
Moje dziecko nie jest ze mną spokrewnione. Mój mąż też nie. Moi pasierbowie również nie. To moja Rodzina.
Mam się stresować jakąś kuzynką czy ciotką, bo mamy wspólne geny? Z myszami mamy jakieś 97% wspólnych genów, z szympansami jeszcze więcej :roll:
Jeśli ktoś zamiast nas wspierać, niszczy nas, dokopuje, dokłada cierpienia, trzeba taką osobę zostawić za sobą. Po prostu. Bo znoszenie w cichości jej zachowania, jak napisała Bloo, będzie miało skutek taki, że ta osoba utwierdzi się w przekonaniu, że postępuje właściwie.

Monikaa1982
Cytuj:
a słyszałam, że nie powinnam tego lubić

O dżizys :roll: Ja słyszałam, że powinnam ex mężowi pozwolić na zrobienie dziecka z inną kobietą, skoro sama nie mogę mu dać. Słyszałam, że powinnam była zrezygnować z leczenia i nie zabierać środków z NFZ, które mogły posłużyć jakiejś kobiecie-matce, bo moje życie nic nie jest warte. Teraz słyszę, że nie mam prawa czuć się "mamą", bo nie urodziłam swojego dziecka.
Serio miałam się przejmować?
Lubisz dzieci, lubisz z nimi przebywać? To olej idiotów i rób to, co lubisz.
Nie lubisz kobiet w ciąży, irytuje Cię ich widok? To ich unikaj.
Dziewczyny, no naprawdę, DBAJCIE O SIEBIE, o SWÓJ komfort, nie o dobre samopoczucie kretynów, którzy Was ciągną w dół. Przestańcie zastanawiać się nad tym co ktoś mówi/myśli o Waszej niepłodności/bezpłodności. Przecież wystarczająco Wam ciężko z Waszymi własnymi myślami. Bądźcie dla siebie DOBRE.
Zbuntujcie się, tupnijcie nogą. Że będzie mniej ludzi wokół Was... No będzie. I co? To takie super otaczać się głupimi, wrednymi ludźmi, którzy podkopują Wasze poczucie własnej wartości? Lepiej spędzić ten czas na spacerze z psem, czytaniu książki, w kinie z mężem, kawie z jedną, ale mądrą przyjaciółką.
No nie dawajcie się topić w bagnie emocjonalnym, błagam Was!

Mlimonka powodzenia :flowers:

_________________
Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
Miniek już Miniulowy :love:
[b]Nela81[


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 29 cze 2018 15:22 
Offline

Rejestracja: 29 lut 2004 01:00
Posty: 247
Lokalizacja: GOP
Dziewczyny, to wszystko co piszecie, to bardzo mądre rzeczy i świetne rady. Właśnie tak by należało żyć. Wtedy pewnie człowiek miałby więcej spokoju i radości z życia nawet w tym trudnym okresie. Ale...
Doskonale pamiętam siebie z okresu leczenia niepłodności. Mam poczucie, że zawiedli mnie wtedy prawie wszyscy. Rodzina i przyjaciele. Umiałam ograniczyć/zakończyć te relacje DOPIERO, gdy poczułam się dobrze. Po adopcji. Do dziś ostało się z tamtego okresu troje przyjaciół i tylko najbliższa rodzina (rodzice). Dwie najbliższe przyjaciółki, które miały satysfakcję, że coś mi w życiu nie wyszło, były przyjaciółkami do końca mojej bezdzietności. Żałuję tego, ale wtedy potrzebowałam jakiegokolwiek wsparcia i cały czas miałam nadzieję, że je dostanę. Gdzie miałam je znaleźć, jeśli nie wśród ludzi, których znałam? Nie dostrzegałam, że i tak nie dostaję, a tylko dodakowo się męczę. Panicznie bałam się stracić tamtych ludzi, bo wydawało mi się, że bez nich już zupełnie nie dam sobie rady. Nie miałam siły na kolejną utratę. Irracjonalne, teraz to wiem. Pewnie byłoby łatwiej bez nich. Ale w tamtym momencie byłam już tak zmęczona cierpieniem, że myliło mi się kto wróg, kto przyjaciel. Jeśli mówiłam, że coś mi się nie podoba i jest dla mnie raniące, to słyszałam, że przesadzam, że jestem przewrażliwiona. I wierzyłam w to, bo czułam się, jakbym miała układ nerwowy w całości na wierzchu, czasem bolało mnie wszystko i cokolwiek. Wydawało mi się, że może rzeczywiście nic takiego się nie stało, że może nic złego nie zostało powiedziane… Umiem osądzić tamtem czas i tamte relacje dopiero teraz. I oczywiście kopnęłabym tych ludzi w d..ę. Jak najszybciej. Ale dlaczego tego nie umiałam zrobić wtedy? Nie wiem, nie rozumiem. Rady „dlaczego nie ograniczysz kontaktów?” odbierałam jak rady „poleć na księżyc”. Wydawało mi się to niemożliwe. Ciągle tylko usprawiedliwiałam „oni nie rozumieją, nie wiedzą jak to jest” itp.
Myślę, że dziewczyny tutaj mają podobnie. Dlaczego nie powiedzą rodzinie jak się czują i z czym się zmagajają? Bo pewnie czują, że to nic nie da, że może jedynie doprowadzić do jeszcze trudniejszych sytuacji. Ja mówiłam, myślałam, że dana osoba stanie się przez to bardziej uważna. A często działo się odwrotnie.
Miniula, Ty wiesz, że jesteś moją idolką od zarania forumowych dziejów, za Twoją mądrość i siłę. Jednak nie wszyscy mają taką siłę w sobie, nie wszyscy potrafią tak jasno widzieć sprawy, pewne proste dla Ciebie sprawy, dla innych są nie do przeskoczenia.
Miniula pisze:
Po co, z racji czego pozwalać, by nas niszczyli inni ludzie? Mamy mnóstwo bólu do przerobienia. Po co dodawać kolejny?

Ja dodwałam sobie bólu, bo tych ludzi kiedyś lubiłam, czułam się z nimi dobrze, kochałam ich, byli dla mnie ważni. A w momencie, kiedy powinno zacząć do mnie docierać, że te relacje są niewiele warte, bałam się kolejnych trudnych dla mnie rzeczy. Bo tak, utrata kogoś, kogo znałam 20 lat, z kim się wychowywałam, kto był dla mnie jak siostra (a przynajmniej ja tak myślałam) była trudna. Cholernie trudne rozstanie! I kolejna żałoba do przeżycia. Relacja była super, jak wszystko szło świetnie i to ja dawałam zawsze wsparcie. I za tą świetną wcześniejszą relacją tęskniłam.
Jak Monikaa1982 ma przestać jeździć na zakupy z kuzynką? Przecież pewnie robiły to od wielu lat, obie nie mają rodzeństwa, więc pewnie taką rolę dla siebie pełniły. Oczywiście Monika się teraz wścieka na Asię z powodu własnego cierpienia. Ale gdyby miała dzieci, to pewnie miałyby świetny wspólny czas. Dzieci Moniki szłyby w orszaku na ślubie Asi, itp. Dla mnie to nie jest czarno-białe. Monice pewnie nie przeszkadzałoby ani duże mieszkanie, ani dwa samochody, ani nawet 4 dzieci, gdyby tylko sama mogła mieć własne. Pewnie wtedy nawet wspólne robienie testu byłoby ok. No dobra, teraz nie jest, ale czy z powodu własnego bólu ma zerwać relację, która w innym kontekście była dobrą relacją? (o ile oczywiście dla Moniki ona taka faktycznie by była). Czy utrata relacji z Asią i jej rodziną nie jest stratą dla Moniki? Czy za tym oprócz spokoju i braku wkurzających konfrontacji różnych losów ludzkich nie idzie przypadkiem ból rozstania? Czy to nie jest zamiana jednego bólu na inny?
Sama napisałam, że większość dawnych relacji zerwałam. Ale czy naprawdę w tak wielkim bólu jakim jest niepłodność osąd, które relacje zrywać jest łatwy?
Sorry, rozpisałam się :)

_________________
starania od 04.2008 (mutacja MTHFR, MAR-test 40%, 4xIUI, 1xIMSI, 3 cb)
2013:adoptowałam moją pierwszą córeczkę
2015:urodziła się moja druga córeczka
2018: 7tc, drugiego cudu nie będzie...


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 02 lip 2018 07:55 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 kwie 2012 19:38
Posty: 772
Ignis pisze:
Ja dodwałam sobie bólu, bo tych ludzi kiedyś lubiłam, czułam się z nimi dobrze, kochałam ich, byli dla mnie ważni. A w momencie, kiedy powinno zacząć do mnie docierać, że te relacje są niewiele warte, bałam się kolejnych trudnych dla mnie rzeczy. Bo tak, utrata kogoś, kogo znałam 20 lat, z kim się wychowywałam, kto był dla mnie jak siostra (a przynajmniej ja tak myślałam) była trudna. Cholernie trudne rozstanie! I kolejna żałoba do przeżycia. Relacja była super, jak wszystko szło świetnie i to ja dawałam zawsze wsparcie. I za tą świetną wcześniejszą relacją tęskniłam.


Widzisz, nie patrzyłam od tej strony... Ale po tym, jak przeczytałam, pomyślałam, że właśnie tak jest. Kiedy człowiek zawodzi, tkwimy w relacji z nim, bo tęsknimy za tym, co było dobre, bo boimy się straty, bo mamy nadzieję, że jednak mylimy się i ten człowiek jest OK, a to nasze widzenie rzeczy jest błędne / zaburzone. Też przecież tak postępowałam :roll:
Ciężko, strasznie ciężko pogodzić się z tym, że w relacji, która nas cieszyła, nastąpiło coś, po czym nie ma powrotu do poprzedniego komfortu. Nie ma znaczenia czy dotyczy to męża, przyjaciółki, rodzica, czy szefa w pracy.
To bardzo przykre, łamie serce i rozumiem opór, bo sama go miałam.
Z drugiej strony to jak z bólem zęba. Czasem trzeba go po prostu wyrwać. I przychodzi taki moment, że ciągły ból jest tak męczący, że wolimy nawet silniejszy, ale taki, który w perspektywie daje szansę na długotrwałą ulgę.

Ja po prostu nie chciałabym żeby dziewczyny przechodzące piekło otaczały się osobami, które im dokopują :cry2: Bo nie warto tracić siły na podtrzymywanie relacji jednostronnie korzystnej, takiej, która rani.
Bo OK, jeśli urodzą dziecko, być może relacja wróci do normy. A jeśli nie urodzą? Albo adoptują? W tej ostatniej opcji pojawia się też pytanie, czy mają prawo narażać swoje dziecko na kontakt z osobami, które mogą je skrzywdzić durnym komentarzem?

W każdym razie, trzymajcie się. I pamiętajcie, że jesteście tak samo wartościowymi ludźmi, jak cała reszta ludzkości :flowers:

P.S. Ignis dziękuję za miłe słowa. Ale widzisz, ja myślę bardzo schematycznie, zero-jedynkowo, im jestem starsza, tym bardziej ze mnie to wychodzi. Chyba przez to wszystko, co się w moim życiu działo, straciłam pewną wrażliwość, stwardniałam, zrobiłam się pragmatyczna, a wręcz cyniczna. Działam zadaniowo. Nie wiem czy to jest dobre. Czasem brakuje mi dawnej mnie :?

_________________
Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
Miniek już Miniulowy :love:
[b]Nela81[


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 02 lip 2018 12:56 
Offline

Rejestracja: 23 cze 2018 18:29
Posty: 6
Monikaa1982 pisze:
Miniula, absolutnie nikt nie podważa tego że miałaś ciazko, oczywiście wiem że nie było łatwo zanim zostałaś mamą. Mi bardziej chodzi o to, że każda z nas jest na innym etapie.
Dziś mama mi powiedziała, że córka jej znajomej również nie może mieć dzieci, nie znam jej historii, ale ma 43 lata i kilka prób in vitro za sobą :( życie jest niesprawiedliwe, bo ją pamiętam i to była zawsze taka miła i wrażliwa dziewczyna. Chociaż z 12 lat jej nie widziałam...

A ja mam do Was takie inne pytanie-lubicie zajmować się dziećmi znajomych, rodziny? Czy drażni Was to? Ja bardzo lubię zajmować się cudzymi dziećmi :) a słyszałam, że nie powinnam tego lubić, tak jak nie lubię spędzać czasu z kobietami w ciąży...


Nie mam dużej rodziny, obecnie w mojej rodzinie jest tylko jedno małe dziecko (reszta ma duże dzieci lub nastolatki). Rzadko się widzimy ze względu na odległość, ale lubię się nią zajmować, obserwować.
Gdy poszłyśmy na pierwszy spacer nie mogłam oderwać wzroku od wózka.


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostZamieszczono: 20 sie 2018 13:31 
Offline

Rejestracja: 08 lip 2018 20:40
Posty: 30
ja kocham wszystkie dzieci w rodzinie, ale jednak zawsze jakas lza w oku się kreci, ze to nie moje. Szczegolnie jak patrze na corke mojej siostry – moje dziecko byloby w jej wieku, bo mialysmy termin porodu w odstepie 2 dni – ona urodzila, a ja poronilam


Na górę
 Wyświetl profil  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 317 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 18, 19, 20, 21, 22  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Przejdź do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group