Dwie kliniki - dwa drastycznie różne doświadczenia

Nasza historia jest jedną z wielu, ale odmieniła nasze spojrzenie na medycynę i podejście różnych lekarzy do problemu bezpłodności. Nietrafne wybory czasem mogą pozostawić ranę w sercu, która znika gdy człowiek odkrywa, że można inaczej, choć żal pozostaje.

Pierwsza klinika w Łodzi to nasze pierwsze doświadczenie z in vitro, które było dramatyczne i nie dlatego, że procedura się nie udała, tylko dlatego, że nie byliśmy świadomi jak bardzo lekceważy się tam pacjentów i ich problemy. W Łodzi, a dokładnie w Salve Medica doświadczyliśmy jak można taśmowo podejść do pacjenta. Indywidualny problem został potraktowany w sposób nieprofesjonalny. Lekarz prowadzący przyjmował w biegu co 5 minut, wydawało się, że podchodzi indywidualnie, ale z perspektywy czasu okazało się, że procedury oklepane, a leki dla każdego te same, jakby klinika miała podpisane porozumienia z firmami farmaceutycznymi.

Druga klinika w Warszawie dwa lata później (bo tyle czasu zajęło nam pozbieranie się po horrorze w Łodzi). Trafiliśmy tam, aby nie mieć do siebie żalu, że nie daliśmy sobie szansy spróbować in vitro jeszcze raz. Była to bardziej formalność niż wiara w sukces, ponieważ w Łodzi tak nam podcięto skrzydła, że tak jakby uwierzyliśmy w prawdziwość oceny specjalistów. Z Łodzi wyjechaliśmy też w przeświadczeniu, że tak właśnie wyglądają procedury in vitro, że jest to nieludzka procedura na człowieku, wręcz eksperyment medyczny. Klinika w Warszawie pokazała nam zupełnie coś innego.

A więc do konkretów. W Łodzi przyjmowałam tyle zastrzyków, że spokojnie można to określić jako końskie dawki. Byłam przestymulowana, o czym doktor mnie nie informował, tylko sugerował, że jest dobrze. Wizyty były częste, zastrzyków nie ubywało, a wszystko działo się w zwariowanym tempie-lekarz mało rozmawiał z pacjentem. Do tego mój partner miał problem. Wyniki nasienia pokazały, że są plemniki, ale bardzo mała ilość. Po spotkaniu z andrologiem zostały mu przepisane leki. Mój lekarz przed samą procedurą in vitro nie poprosił o najnowsze wyniki badania nasienia po przyjmowaniu tych leków. My pierwszy raz zderzeni z procedurą in vitro nie mieliśmy pojęcia jak wszystko w tym wszystkim ma znaczenie. W momencie punkcji pobrano mi osiem pęcherzyków, z których spokojnie można było zapłodnić pięć. Mój mąż oddał nasienie i to było wszystko z jego strony. In vitro to problem pary a nie jednej osoby, ale w klinice w Łodzi nie miało to znaczenia. Po pięciu dniach, na transferze podano mi jedną zapłodnioną komórkę w stadium moruli, po czym pani w laboratorium poinformowała mnie, że mój mąż ma bardzo słabe plemniki. Jak się okazało, leki przepisane przez androloga wybiły wszystkie potencjalnie dobre plemniki doprowadzając kondycję plemników partnera praktycznie do stanu zerowego. Był to dla nas szok. Nikt nie zaproponował nam zamrożenia plemników przed podaniem leków, tak na wszelki wypadek, nikt nie zaproponował alternatyw dla mojego partnera w trakcie procedury, aby moje poświęcenie nie poszło na marne. To in vitro to była istna parodia, i szczerze mówiąc, nawet nie wiem czy jakikolwiek zapłodniony zarodek został mi wprowadzony, ponieważ czułam się oszukana. Bardzo przeżyłam to in vitro i jak już wspomniałam, nie dlatego, że się nie udało, ale dlatego, że widziałam jawne błędy lekarzy, dzięki którym czułam się jakbym wydała ponad 10 tysięcy złotych w błoto, bo miałam taki kaprys. Czułam się bardzo oszukana, a gdy partner odwiedził ponownie panią androlog w tej klinice to usłyszał, że jest bezpłodny i że nie ma sensu próbować jeszcze raz. Proponowano mu rozważenie dawcy nasienia. I gdybyśmy zaprzestali na tym, żylibyśmy w przekonaniu, że może taka właśnie jest prawda, ale dopiero druga klinika potwierdziła moje przypuszczenia, że to nie my, a klinika w Łodzi nas oszukała.

Klinika w Warszawie to było zupełnie inne doświadczenie. Po pierwsze lekarz nie chciał zastąpić natury, ale ją wspomóc, przez co ilość przyjmowanych zastrzyków była przeze mnie o ponad połowę mniejsza. Byłam tym mile zaskoczona, bo wskazywało to na to, że lekarz podszedł do mnie indywidualnie, a nie taśmowo. Mój partner chodził wcześniej w tej klinice do androloga, który pomógł mu przywrócić stan plemników do odpowiedniej normy, aby je później zamrozić i móc w razie problemów wykorzystać przy zapłodnieniu. Gdy rozpoczął się okres stymulacji, wszystko odbywało się spokojnie, bez stresu, lekarz był dostępny również na konsultacje wyników krwi telefoniczne. Wizyt było mniej, ale czułam, że jestem pod kontrolą. Nagle okazało się, że in vitro może być pozytywnym przeżyciem i nie doszło do przestymulowania. Czułam się spokojna, zrozumiana, atmosfera w klinice była przyjemna. Szczerze mówiąc, wszystko nas zaskakiwało pozytywnie po tym co przeżyliśmy w Łodzi. Ale najlepsze nadeszło podczas punkcji. Gdy mnie pobrano 5 pęcherzyków, mój partner również miał zaplanowany schemat działania. Dla mojego partnera były przygotowane cztery sposoby działania: pierwsze oddanie nasienia, gdy bez sukcesu po przebadaniu to drugie oddanie nasienia po półtorej godziny, gdy bez sukcesu to partner miał mieć punkcję/biopsję jądra - bezpośrednie pobranie plemników, a gdyby to zawiodło to ostatnim etapem byłoby użycie wcześniej zamrożonych plemników. Nie mogliśmy uwierzyć, że plan był nie tylko dla mnie, ale również dla mojego partnera, co w Łodzi zostało zupełnie "olane". Okazało się, że po drugim pobraniu nasienia mój partner posiadał ponad 6 milionów plemników z czego 30% ruchliwych. Zapłodnienie się udało, a po trzech dniach został wprowadzony zapłodniony pęcherzyk. Sala, w której odbył się transfer była salą indywidualną, a ja z partnerem mogłam obserwować proces podawania zapłodnionego pęcherzyka przez doktora na ekranie, więc miałam dowód, że istotnie coś się wydarzyło. Po transferze nie miałam żadnych zastrzyków, a tylko progesteron w formie tabletek i czopków dopochwowych. W Łodzi miałam po transferze kolejne zastrzyki i leki, nawet Acard, dlatego czułam się tam jak królik doświadczalny, którego lekarz za bardzo nie zna i nie potrafi podejść indywidualnie.

Te dwa tak różne doświadczenia dały nam do zrozumienia bardzo wiele. Zauważyliśmy jak ważne jest finansowanie in vitro przez państwo, ponieważ daje to możliwość wyboru kliniki w całej Polsce. Teraz w momencie, gdy ktoś nie ma pieniędzy i mieszka np. w Łodzi to ma IVF opłacane z miasta Łodzi i zapewne siłą rzeczy musi trafić do kliniki w Łodzi, bo nie może wybrać sobie np. Warszawy. Gdybyśmy mieli tylko takie możliwości nigdy nie zaznalibyśmy innej formy podejścia do naszego problemu i miasto wydałoby np. trzy razy pieniądze w błoto, bo klinika w Łodzi nie jest kompetentna i nie radzi sobie z problemem w naszym przypadku. A problem okazał się jednak bardzo prosty do rozwiązania, o czym byśmy się nigdy nie dowiedzieli, gdyby nie nasza niezależność finansowa i prawo wyboru. Istotną rzeczą jest podejście do problemu pary, a nie do jednej osoby zaniedbując drugą. W Łodzi nie było przepływu informacji pomiędzy lekarzami, absolutna ignorancja. Nie wiedzieliśmy jak jest w Łodzi, dlatego to było naszym dużym błędem. W Warszawie lekarze konsultowali się między sobą i mieli na uwadze oboje partnerów, co powinno być normą w każdej klinice, a jednak nie wszędzie tak jest. Lekarz powinien wspomagać naturę, a nie ją wyręczać lub zastępować, bo nie sztuką jest nafaszerować chemią pacjenta, o którym się niewiele wie, a który może mógłby sobie idealnie poradzić z mniejszą dawką zastrzyków czy leków.

Czasem mam wrażenie, że powinnam ubiegać się o odszkodowanie od kliniki w Łodzi za zignorowanie prawidłowej procedury in vitro, za pominięcie partnera w staraniach o dziecko, za powierzchowne zbadanie tematu i brak profesjonalizmu, bo to uderzyło nas w tym wszystkim najbardziej. Płacąc tyle pieniędzy otrzymaliśmy w zamian nic co można uznać za profesjonalizm. To była taśmowa procedura kliniki, która wypaliła się zawodowo i zabrakło w ty wszystkim pasji, ale parcie na pieniądz pozostało.

Jednocześnie pragnę podziękować klinice NOVUM za profesjonalizm, ponieważ to dzięki tej klinice uwierzyliśmy w czyste intencje programu in vitro. Poznaliśmy ludzi z pasją i duże podziękowania dla doktora Lewandowskiego za indywidualne podejście i wspomaganie natury, a nie jej wyręczanie. Pragnę również podziękować zespołowi Laboratorium Embriologicznego pod kierownictwem dr Katarzyny Kozioł za doskonałe podejście i wykorzystanie wszelkich możliwości badania pacjenta. Klinika NOVUM, niezależnie od rezultatów, oferuje podejście do pacjenta na bardzo wysokim, indywidualnym poziomie. In Vitro jest trudną procedurą bez gwarancji powodzenia, ponieważ nie wszystko zależy od medycyny, ale będąc w klinice, która profesjonalnie podchodzi do pacjentów, człowiek wie, że nie zostanie oszukany ani wykorzystany. I wszystkim życzymy tak pozytywnych doświadczeń z pobytu w klinice, która wie, co robi i traktuje pacjenta profesjonalnie.

4
Twoja ocena: Brak Średnia: 4 (1 głos )