Żegnaj bocianie, czyli koniec pewnego etapu.

Drogi Boćku, to mój ostatni posta pewnego rodzaju pożegnanie.

Piszę z nowo utworzonego konta, bo mimo wszystko nie mam zaufania do ludzi, a to co napiszę może się wielu z nich nie spodobać.

Nasza historia zaczęła się jakieś 9 lat temu, można by rzec "klasyk" - młode małżeństwo, po ślubie pragnie dziecka, najpierw starania naturalne, potem monitoring cyklu, na koniec badanie partnera i wyrok - azoospermia, pojedyncze plemniki w polu widzenia.
Szybka decyzja o in vitro i już za pierwszym razem sukces - mamy cudownego synka.
Oprócz synka 12 zamrożonych zarodków...

Po 2 latach postanowiliśmy wrócić po rodzeństwo, transfer umówiony i nagle bach, niespodzianka - jestem w ciąży, ciąży "naturalnej", mimo iż to niemożliwe.
Po kolejnych 3 latach powtórka - znowu ciąża, na pokładzie zatem znalazła się 3 dzieci, co dla nas stanowiło górną granicę szczęścia, ale też wytrzymałości oraz możliwości zarówno finansowych, ale też emocjonalnych, fizycznych itd.

Życie sobie płynęło, a gdzieś tam z tyłu głowy cały czas tliła się myśl, że mamy w klinice 12 zarodków, a więcej dzieci nie chcemy już mieć i co dalej? Oddać do adopcji, mrozić w nieskończoność? Nawet jeśli, to przecież w międzyczasie weszła ustawa określająca, że maksymalny okres mrożenia to 20 lat.

Osobiście nie wyobrażałam sobie oddania zarodków do adopcji. W kraju w którym żyjemy, nasze zaufanie do obecnej (a prawdopodobnie również przyszłej) władzy w kwestiach światopoglądowych równa się zero. Dzisiaj dawstwo może jest anonimowe, ale za chwilę, ktoś świętszy od papieża postanowi wprowadzić ustawę, która tę anonimowość zniesie i w moich drzwiach stanie moje biologiczne dziecko... Może przedstawi się moim dzieciom jako rodzeństwo? No i rozterki w drugą stronę, czy to w porządku być anonimowym dawcą? Przecież w razie chociażby choroby człowiek powinien znać swoje korzenie.
Masa pytań, ale przede wszystkim strach. Strach głównie z powodu oszołomów będących u władzy, którzy bardziej niż o obywateli dbają o relacje z kk.

Na ratunek przyszedł nam pewien artykuł, w którym przeczytałam o różnicach w ustawodawstwie dotyczącym in vitro w różnych krajach UE.
Okazało się, że są kraje, gdzie prawo jest dużo bezpieczniejsze oraz takie, gdzie zarodki można zniszczyć. Postanowiliśmy zatem nasze zarodki przenieść do jednego z takich krajów.
Cała procedura trwała około miesiąca i w tej chwili jesteśmy dużo bardziej spokojni.

Czy zniszczymy zarodki? Być może tak, być może nie, ciężko teraz powiedzieć.
Jednak świadomość, że mamy taką możliwość oraz to, że mamy je w kraju, który nie jest krajem katolickim, a prawo chroni dawców w dużo większym zakresie niż prawo polskie, daje nam bardzo dużo spokoju.

Wiem, że są osoby, które mogą nas za samą myśl o chęci zniszczenia nadliczbowych zarodków potępić, ale być może są też takie, którym ten wpis w jakiś sposób pomoże.
Tym wpisem chciałam pożegnać się z boćkiem, nasza przygoda się skończyła, ale bardzo Ci dziękuję, że jesteś...
Kciuki za wszystkich!

0
Twoja ocena: Brak