łzy nad niczym

Potrzebuję łez. Nie mam komu wypłakać się na ramieniu. Mój partner pragnie mojego szczęścia. Nie ma musu na dziecko. Oczywiście zależy mu, ale nie tak jak mnie, to jasne. A ja nie mogę nauczyć się żyć z czekaniem. Jakoś trzeba normalnie egzystować, pracować, czytać książki, żyć. Troszczyć się o związek. Ze mną dziej się coś strasznego. Śnią mi się dzieci, szukam ich podświadomie na ulicy po to żeby się zdołować.Tak, właśnie tego chcę...płakać. Tego potrzebuję, wyrzucić z siebie żal do siebie samej. Bo to moja wina. Chodzę po sklepach z ubrankami dla niemowląt. Ostatnio znowu zaczęłam rysować. Nie z chęci rysowania, ale po to aby pieścić ołówkiem te małe rączki nad którymi pracuję od kilku dni. Nigdy nie myślałam, że świadomość problemów z zajściem w ciążę będzie taka straszna. Niby wiedziałam o tym od 12 lat ale chyba łudziłam się, że po odstawieniu tabletek anty mój organizm cudownie zaskoczy. Mój ginekolog mówił,ze odstawić, odczekać trzy miesiące i zachodzić. Wiedziałam,że tak to nie zadziała. Wiedziałam, że jak przestanę je brać to przestanę miesiączkować. I tak też się stało. Jestem dopiero na początku drogi a już nie mam siły. Chce mi się ryczeć z bezsilności. Nie mam się kogo poradzić, nie wiem który lekarz będzie lepszy. Czy czekać na termin w poradni czy iść prywatnie...i do kogo? W styczniu mam termin u Pawelczyka. Nie wiem czy po wyjściu ze szpitala na Polnej dostanę leki czy będę musiała z wypisem czekać na termin w poradni, czyli tracić kolejne trzy miesiące podczas których mogłabym już się leczyć. Ale nie o tym miał być ten wpis. Miał być o tym, co mnie boli. Boli mnie pustka. Świadomość, że nie mam o co się starać, nie mam po co czekać, że nie będzie miesiączki, żeby zrobić test ciążowy. Ja czekam na miesiączkę jako na znak, że może coś jest ze mną lepiej i może kiedyś....chociaż wiem, że tej miesiączki nie będzie. Tak mi mówi moja własna analiza dotychczasowego leczenia.
Na Polnej mam mieć test z GnRH. No i pewnie wyjdzie, że podwzgórze nie wytwarza gonadoliberyny. A po podaniu jej pewnie okaże się, że przysadka i tak nie produkuje gonadotropin. Wreszcie wg opinii jednego z lekarzy u których byłam moje jajniki nie mają receptorów dla FSH i dlatego nie odpowiadają na gonadotropiny. Ogólnie porażka na całej linii. Bo jeśli jajniki nie odpowiadają na FSH to jak je stymulować? Najbardziej chyba denerwuje mnie fakt, że lekarze nie tłumaczą pacjentkom o co chodzi, zawsze traktuje się mnie jak idiotkę, która nie zna podstaw działania układu dokrewnego. Mam wykształcenie przyrodnicze i coś tam wiem, irytuje mnie, kiedy tłumaczą mi, ze "głowa wysyła sygnał do jajników".
Chociaż ostatnio zobaczyłam dobrotliwy uśmieszek pani doktor, która robiła mi USG na moją wzmiankę, że wysokie FSH świadczy o przedwczesnym wygasaniu czynności jajników. Wyjaśniłam, że przez ostatnie 10 lat przeczytałam mnóstwo publikacji naukowych o hormonalnych skutkach anoreksji i że gdybym nie chciała dla siebie czegoś innego, zdążyłabym skończyć medycynę. Tak czy inaczej nikt nie zakłada, że pacjentka może wiedzieć cokolwiek. Tym bardziej wnerwia ponawianie przez kolejnego lekarza jeszcze raz tego samego schematu leczenia, który był stosowany mimo moich uwag, że to na mnie nie działa.
jestem też strasznie rozgoryczona faktem, że mój gin nie skierował mnie do poradni endokrynologii ginekologicznej kilka lat wcześniej, czyli jak już wiedział, że nie umie mi pomóc. Zamiast tego przez sześć lat brałam antykoncepcję, która ponoć tak wyciszyła moje jajniki, że tylko pogłębiła problem. Może gdyby wcześniej zastosowano odpowiednie leczenie, dzisiaj nie byłabym prawie łysa ( jak sama wnioskuję, to skutek przewlekłego hipoestrogenizmu) i może byłabym już w ciąży. Tak, tak, anyki odstawiłam w grudniu 2017 r. Gdybym była zdrowa, mogłabym właśnie oczekiwać na naszego noworoda. To boli, to, że w moim brzuchu są tylko wrzody a jedyne moje dzieci to Anoreksja i Bulimia. Te dwa demony zabrały moje maleństwo jeszcze zanim poczułam je w sobie. Boję się, żeby nie zabiły mnie zanim przyjdzie ten szczęśliwy dzień kiedy usłyszę płacz naszego maleństwa i ten uśmiech mojego partnera (a może już męża?) to szczęście. Boże, zmiłuj się

0
Twoja ocena: Brak

Odpowiedzi

Portret użytkownika MalaMi87

Może na pociechę powiem Ci,

Może na pociechę powiem Ci, że dla mnie najtrudniejszy był początek drogi.

Portret użytkownika goplana89

Dziękuję

Dziękuję, za uśmiech MalaMi