Dziecko głuche na żądanie

Temat: 
InVitro

Gazeta.pl, Artur Włodarski (23-04-02 16:51) Zaraz, zaraz - upewniano się w banku nasienia. - Chcecie mieć niesłyszące dziecko? - Tak, bo obie jesteśmy niesłyszące
Zaraz, zaraz - upewniano się w banku nasienia. - Chcecie mieć niesłyszące dziecko? - Tak, bo obie jesteśmy niesłyszące Ledwie tylko ukazała się główka dziecka, Sharon spytała położną: - Jakie ma włosy - jasne czy ciemne? Nie było to łatwe, bo pytającą była rodząca, pytanie zostało zadane w języku migowym, a położna nigdy dotąd nie miała do czynienia z osobą niesłyszącą. Na szczęście obecna na sali Risa - przyjaciółka rodzącej - znała i ją, i Ameslan (Amerykański Język Migowy) na tyle dobrze, by ubrać w słowa to, co - jak mniemała - Sharon chciała wyrazić rękami. - Lepiej przyj! - położna upomniała rodzącą, uznając, że na pogawędki będzie czas, gdy dziecko całkiem przyjdzie na świat. Dawcę znajdziemy sobie same Po kilku minutach Gauvin Hughes McCullough był już noworodkiem. Krzepkim i dorodnym. Nim wylądował na obolałym brzuchu Sharon, pielęgniarka przyznała mu dziewiątkę w dziesięciopunktowej skali Apgar. - Czy on płacze? - niepokoiła się matka. - Kwili - "odmigała" przyjaciółka. Obie pomyślały o tym samym. Dopiero po chwili Sharon spytała? - Myślisz, że on jest doskonały? - Hm. Chciał zdążyć na Święto Dziękczynienia, więc pewnie tak - odpowiedziała Risa. Nim nastał wieczór, całą salę wypełniła ciżba znajomych i zapach pieczonego indyka. Powodów do świętowania było więcej - na urodzonego dwa tygodnie przed terminem Gauvina jego matka Sharon Duchesneau i jej partnerka Candace McCullough czekały kilka długich lat. Ich płeć nie była tu problemem. W końcu od czego jest sztuczne zapłodnienie? Kłopoty zaczęły się, gdy postanowiły, że dziecko ma być... głuche. - Zaraz, zaraz - upewniano się w Banku Nasienia w North Bethesda. - Chcecie mieć niesłyszące dziecko? - Tak, bo obie jesteśmy niesłyszące - odpowiadały. - To niemożliwe. Żaden bank nie przyjmuje nasienia od niesłyszącego dawcy. - Więc same musimy go znaleźć. Uznały, że najlepszym kandydatem będzie mężczyzna z rodziny dotkniętej głuchotą od pięciu pokoleń. 38 tygodni przed Świętem Dziękczynienia kilka jego plemników zapłodniło kilka komórek jajowych Sharon (Candy jest bezpłodna). Z powstałych zarodków wybrano dwa - według testów genetycznych - najbardziej "głuche". Gauvin rozwinął się z jednego z nich. Dlaczego? Dlaczego? Alta Charo, profesor bioetyki z University of Wisconsin, przyznaje, że pierwszy raz spotyka się z czymś podobnym. - Zwykle osoby dotknięte jakąś chorobą genetyczną robią wszystko, by uwolnić od niej swoje dzieci. Te kobiety - przeciwnie. Wykorzystują najnowsze zdobycze techniki, by mieć potomstwo obarczone taką samą wadą. Dlaczego? - pyta retorycznie na łamach "Washington Post". No właśnie, dlaczego? Są wystarczająco dojrzałe (przekroczyły trzydziestkę) i inteligentne (obie skończyły psychologię, Candy przymierza się do doktoratu), by dostrzec wszystkie konsekwencje swej decyzji. Jednak spytane wprost - uciekają w eufemizmy. - Nie uważamy głuchoty za wadę - argumentują. - To raczej kulturowy wyróżnik. Cecha określająca naszą tożsamość w podobny sposób jak w mniejszościach etnicznych język. Ona nas definiuje, wzbogaca i scala. To coś, czego słyszący nigdy nie zrozumie. To wartość, którą trzeba pielęgnować. Oto powód. Alta Charo się krzywi. - Powód? Chyba próba usprawiedliwienia. Czują, że sprzeniewierzyły się rodzicielskiemu obowiązkowi zapewnienia potomstwu jak najlepszych szans w rywalizacji z innymi. Arbitralnie zdecydowały, że ich dziecku słuch nie będzie potrzebny. Że i bez niego może być szczęśliwe. Nie przeczę. Ale zamknięcie przed nim świata dźwiękowych wzruszeń, tylko dlatego że same nigdy nie miały do niego wstępu, jest karygodne. - Ale właśnie takie dziecko jesteśmy w stanie wychować najlepiej - replikują obie matki. Ich postawa to - zdaniem Charo - skrajny przejaw gloryfikowania głuchoty datującego się gdzieś od połowy 1980 r. Wtedy na jedynym w USA uniwersytecie nauk wyzwolonych dla głuchych w Gallaudet (stan Waszyngton) po raz pierwszy pojawiły się hasła, że "głuchota to nie wada, ale cnota", a wyznający je członkowie akademickiej społeczności z dumą zaczęli nazywać siebie "Głuchymi". Ale nawet oni dziwią się dziś postawie Sharon i Candy. - Urodzenie się dziecka niesłyszącego jest w rodzinach niesłyszących czymś zupełnie innym niż w słyszących. Choćby dlatego, że te pierwsze są na to przygotowane, a te drugie nie - mówi Nancy Rarus z Narodowego Stowarzyszenia Niesłyszących. - Co nie oznacza, że z głuchego dziecka cieszymy się bardziej. I ja, i moja matka ze smutkiem przyjęłyśmy fakt, że nasze dzieci będą głuche. Dlaczego? Bo jak wszyscy ludzie jesteśmy istotami stadnymi i mamy naturalną potrzebę komunikowania się z innymi - sąsiadami, przechodniami, sprzedawcami... Tymczasem głuchota stawia nas w sytuacji emigrantów przybyłych do egzotycznego kraju. Poza progiem własnego domu wszystko jest dla nich obce. Po prostu gorzej słyszysz!!! Sharon i Candy nie szczędziły trudu, by przygotować swe mieszkanie na przyjęcie Gauvina. Odnowiły kuchnię, uporządkowały ogródek, wszędzie kazały rozmieścić lampki migające z różną częstotliwością, zależnie od tego, czy dzwoni telefon, dzwonek u drzwi, czy też płacze dziecko. - To ma być dom tylko dla niesłyszących - powiedziały dziennikarce, która jako pierwsza przestąpiła ich odnowione progi. - A czy wasze rodzinne domy też takimi były? - podjęła Liza Mundy z "Washington Post". Trop okazał się dobry. Przeżycia z dzieciństwa najpełniej chyba tłumaczą kontrowersyjną decyzję obu lesbijek. Sharon - podobnie jak jej matka - co nieco słyszała w pierwszych latach życia (dlatego - choć z dużym trudem - to jednak mówi). Tuż przed ósmymi urodzinami badający ją lekarz stwierdził całkowitą utratę słuchu. Jej ojciec - profesor ekonomii na prestiżowej uczelni - nie przyjął tego do wiadomości. - Nie jesteś głucha. Po prostu gorzej słyszysz - wmawiał Sharon. Choć w szkole, do której uczęszczała, była klasa dla niesłyszących, ojciec - głuchy na rady terapeuty - nie chciał jej tam przepisać. Jego postawa udzieliła się samej Sharon - kiedy nauczyciele proponowali jej udział w potajemnych spotkaniach z niesłyszącymi dziećmi, odmawiała. - Nie chciałam być z nimi identyfikowana - wyjaśnia. W miarę dorastania dostrzegała, że jest mniej samodzielna niż jej sporo młodsza, lecz słysząca siostra. Żądania ojca, by mówiła jak najwięcej, pogłębiały rodzący się kompleks niższości. Do dziś wzdraga się na wspomnienie swych 11. urodzin. Siedzieli w restauracji, a kiedy zjawił się kelner, ojciec kazał jej złożyć zamówienie. "- Szklanka mleka - powiedziałam najwyraźniej, jak mogłam, lecz kelner tylko wybałuszył oczy. Powtórzyłam - cofnął się o krok. Spojrzałam na ojca błagalnie: - Pomóż... - prosiłam. Nie róbmy widowiska. Bez skutku. - No, dalej, nie rezygnuj! - nalegał. Czułam się bardzo upokorzona" - zapisała w pamiętniku. Gdy podrosła, poradził jej, że jeśli kiedykolwiek zapragnie mieć dziecko, powinna zrobić sobie badania genetyczne. - By potem nie żałować - przestrzegał. Dopiero studia pozwoliły jej się otworzyć. - To dzięki fortelowi promotora - wspomina. - Widząc, jak bardzo stronię od niesłyszących, polecił, bym w ramach ćwiczeń z bioetyki spędziła z nimi parę dni. Chcąc nie chcąc - poszłam. I żałowałam, że... tak późno. Wszyscy mnie tam rozumieli. Nic nie musiałam wyjaśniać. Wystarczyło być sobą... Chcemy mieć dziecko. Takie jak my - A Candy? - Zaraz tu będzie - "powiedziała" Sharon i kilka razy mocno tupnęła nogą. W przeciwieństwie do Sharon Candy niemal od urodzenia jest kompletnie głucha. Pewnie dlatego nic nie mówi. Próbowała, ale że nikt jej nie rozumiał - przestała. Nikt też nie nalegał - cała rodzina była głucha jak pień i w niczym nie odbiegała od większości "głuchych" rodzin - tata pracował jako drukarz, a mama prowadziła dom. W klasie dla głuchych, do której z miejsca ją zakwalifikowano, nie czuła się dobrze. Przyczyną był niski poziom nauczania dostosowany raczej do dzieci opóźnionych w rozwoju niż tylko niesłyszących (oba rodzaje upośledzenia często chodzą w parze). Odkryła, że najbardziej odpowiada jej senna atmosfera bibliotek - w nich też spędzała większość czasu. I co prawda nie miała najmniejszych problemów z nauką, ale i żadnych przyjaciół. W jej wspomnieniem z tamtych lat dominuje przejmująca samotność. - Szczęście przyszło wraz z Sharon - uśmiecha się Candy. - Nie, wraz z Candy! - upiera się Sharon. Po chwili obie poważnieją: - Czułyśmy, że jego ukoronowaniem będzie dziecko. Nasze dziecko. Takie jak ona i ja. Uśmiech matek 27 lutego z pewnością zajmie więcej miejsca w pamiętniku Sharon. Dzień wcześniej napisała w nim: "Wreszcie okaże się, jak bardzo nasz synek nie słyszy". Rano cała trójka melduje się w Children's National Medical Center. Liczący sobie już trzy miesiące chłopiec obserwuje obecnych z intensywnością właściwą niesłyszącym niemowlętom. I jak one jest spokojny. Nie protestuje, gdy lekarka smaruje mu głowę przewodzącym prąd żelem. A kiedy zaczyna przyklejać do niej elektrody - nawet się uśmiecha. - To niedobrze - kobieta kręci głową - musi spać, bo z testu nici. Sharon podaje mu pierś. Pomaga. W lewe ucho Gauvina zostaje wetknięty miniaturowy głośniczek. Wszyscy wbijają wzrok w monitor. Technik stopniowo podkręca głośność, lecz pozioma linia pozostaje nieruchoma. Przy 75 decybelach jednak ożywa. - Hm - zamyśla się lekarka. - Za mało, by nazwać go głuchym, za dużo, by słyszącym. Wszystko zależy od drugiego ucha. Sharon i Candy wstrzymują oddech. Wpatrują się w linię tak, jakby chciały zahipnotyzować ją wzrokiem. 70, 80, 90 decybeli - ani drgnie. W tej chwili hałas atakujący prawe ucho Gauvina postawiłby na nogi umarłego. Chłopiec jednak śpi dalej. Dopiero przy 95 linia zaczyna podrygiwać. Lekarka kiwa głową ze smutkiem. - Nie słyszy praktycznie nic. Jest głuchy. Zupełnie nie wie, dlaczego na twarzach kobiet rozkwita uśmiech. Większość matek w tej sytuacji reaguje płaczem. A te obejmują się, śmieją i coś sobie pokazują. Gdyby wiedziała co, zdumiałaby się jeszcze bardziej: - A nie mówiłam? On jest doskonały!

0
Twoja ocena: Brak

Odpowiedzi

Portret użytkownika admin

Re: Dziecko głuche na żądanie

Nie potepiam innych ze pragna miec dziecko, choc jestesm szczesliwa ze mam mame i tate, choc moi rodzice rozwiedli sie gdy mialam 16 lat. Staram sie nie oceniac "kochajacych inaczej", ale artykuly takie jak ten wywoluja u mnie smutek i ...... zazdrosc. I zal nad dzieckiem, ktore powstaje nie z milosci a z programowania. Moje dziecko nie musi byc idealne, cokolwiek to by znaczylo, wystarczyloby aby tylko bylo. Mnie niestety nie pomagaja "zwykle" techniki wspomagania rozrodu, ivf jak dotad byl bezradny. A przeciez moje dziecko nie musi byc idealne!