Zagubiona

Nasza historia zaczęła się w grudniu 2016r., właśnie wtedy postanowiliśmy, że na 3. rocznicę ślubu zostaniemy rodzicami:) po początkowych trudach "docierania się" byliśmy szczęśliwi i gotowi na powiększenie rodziny. Oboje mieliśmy pracę w zawodzie, mieszkanie a w planach budowę domu... wszystko zaczęło układać się jak w bajce... kiedy przyszedł ten dzień byłam przeszczęśliwa, czułam, że na pewno się uda... kiedy pierwszy miesiąc starań nie przyniósł zamierzonych oczekiwań, staraliśmy się dalej. Wspólnie spędzone chwile były cudowne i niesamowicie przyjemne. Kiedy w marcu, moja dotychczas bardzo terminowa miesiączka zaczęła się spóźniać byłam w siódmym niebie do czasu... Tydzień po terminie przyszła miesiączka a wraz z nią pierwsze łzy i rozczarowanie. Historia powtórzyła się następnego miesiąca, wtedy moja intuicja mówiła mi, że coś jest nie w porządku. Postanowiłam umówić się na wizytę do ginekologa i w tym momencie mojego życia zaczęłam długą, krętą i wyboistą drogę poszukiwania swojego szczęścia...
Początkowo chodziłam systematycznie na wizyty, w tym czasie monitorowano mi cykl oraz wykonano podstawowe badania, co nie przynosiło żadnych efektów. Lekarz, który mnie wówczas prowadził wydawał mi się coraz mniej przyjemny. Miałam wrażenie, że nie słucha co do niego mówię i nie robi tego co trzeba, bo przecież wystarczy zrobić badania wziąć tabletki i już będzie dobrze... Wtedy jeszcze w to wierzyłam.
Po kilku miesiącach zmieniłam lekarza i zaczęłam ponownie tłumaczyć swoją sytuację, wykonano kolejne badania (nieco bardziej szczegółowe) i znowu zaczęły się systematyczne wizyty monitorujące cykl. W ocenie lekarza byłam zdrowa a owulacja przebiegała prawidłowo co sprawiało, że przestałam rozumieć co się dzieje. Po dwóch miesiącach lekarz zadecydował o wykonywaniu zastrzyków na pęknięcie pęcherzyka i wskazywał termin naszych starań. Było w nas tyle nadziei, wiary i miłości, które uciekały z każdym kolejnym miesiącem. Chęć posiadania potomstwa zdominował nasze życie. W każdym cyklu zaczęłam czuć objawy ciąży. Marzyłam o naszym maleństwie... żeby je przytulić, dotknąć, pocałować... od dawna czekały imiona dla naszego skarba oraz odnowiony pokój, na który już w głowie miałam cały plan... kochałam kogoś kogo nawet nie widziałam, nie znałam. Czułam, że całe moje życie kręci się wokół tej małej istoty. Codziennie żyłam wiarą w to, że w końcu zostanę mamą, każda miesiączka była dla mnie policzkiem. Upadałam na kolana i powoli się podnosiłam. Nie raz płakałam w poduszkę, odgradzałam się murami od otaczającego mnie świata. Ciężko było mi zebrać się, żeby wyjść z domu do ludzi, naklejałam wtedy swój sztuczny uśmiech, stroiłam się jak umiałam a w środku czułam, że krwawie. Nikomu nie mówiłam o swoich przeżyciach, tylko mąż był w tym ze mną. Rozmowa przywoływała we mnie przykre wspomnienia a to niesamowite cierpnie, przez które nie byłam gotowa z nikim na rozmowę.
Przyszedł wrzesień, badania nie wzbudzały niepokoju lekarzy a ja zaczynałam mieć dość. Czułam, że przyczyna jest inna. Mówiłam lekarzom o przebytym, ostrym zapaleniu, jednak zapewniali mnie, że to nie mogło mieć większego znaczenia. Aż poprosiłam a właściwie wymusiłam na lekarzu płatne sonoHSG. Na badanie przyszłam z mężem późnym wieczorem, z uwagi na dużą liczbę pacjentów czekałam na swój czas ponad godzinę... i byłam spokojna jak nigdy, do czasu... kiedy usiadłam na fotelu, nie czułam nic. Żadnego strachu ani bólu... po chwili zorientowałam się, że coś jest nie w porządku. DIAGNOZA: obustronna niedrożność jajowodów....................... to był dramat, nie byłam w stanie powstrzymać łez. Czułam, że mój świat legł w gruzach. Czułam wielką pustkę................
Długo nie mogłam się pozbierać, codziennie płakałam w poduszkę, nie jadłam, nie spałam. Nie umiałam sobie odpowiedzieć na pytanie co dalej... wiedziałam już, że nie mogę być mamą, tylko co dalej... sens i cel mojego życia pękł jak bańka mydlana. Gdyby nie mąż i praca, w której spędzałam wiele czasu długo nie stanęłabym na nogi. Zaczęłam szukać porad na forach internetowych i czytać o in vitro. Tak bardzo chciałam być mamą.... W październiku zebrałam się na odwagę i umówiłam się na kolejną wizytę. Załamana zapytałam lekarza co teraz??? Lekarz zaproponował HSG w szpitalu, gdzie byłam już 2 tygodnie później. Kiedyś nienawidziłam szpitali, dziś byłam gotowana wszystko. W wyznaczonym terminie stawiłam się w szpitalu. Ponownie nie czułam nic, mogli mnie kłuć i kroić bylebym została mamą. Badanie nie było mocno bolesne, albo moje emocje były tak silne. Lekarz wykonujący zabieg powiedział z uśmiechem, że już po wszystkim i udało się częściowo udrożnić jeden jajowód, iskierka nadziei zabłysnęła ponownie. Mąż był ze mną cały czas, widział w moich oczach radość. Wróciliśmy do domu szczęśliwi...
Po tygodniu zgłosiłam się na wizytę kontrolną do lekarza prowadzącego. Tym razem nie dostałam w policzek, czułam jakby ktoś wyrywał mi serce. Czułam złość, żal, strach, niepewność i wielki ból.... Lekarz widząc moje wyniki pokiwał głową i powiedział przykro mi. Czułam, że to już koniec mojej drogi. Nigdy nie zapomnę, gdy lekarz moje szanse na zajście w ciąże określił jako bliskie 0% a w gratisie dodał żeby się decydować na in vitro póki nie skończyłam 30 lat, bo potem będzie trudnej a przecież tyle par się rozstaje przez brak dziecka, że chyba ja bym tego nie chciała.... Tak właśnie, tak mi powiedział lekarz.... Nie zalecał laparoskopii, bo tyle powikłań, bo ciąża pozamaciczna i wszystkie jej najstraszniejsze skutki uboczne. Ten scenariusz miał najciemniejsze odcienie czerni. Kolejne tygodnie płakałam w poduszkę z przerwą na wyjście do pracy, czułam że dzieje się ze mną coś złego. W głowie miałam tysiące myśli i pytań. Byłam przerażona tym, że mogę stracić wszystko co mam a wraz z tym to o czym marze. Uwierzyłam, że mój mąż w końcu mnie zostawi, bo przecież to moja wina. Jego wyniki są świetne, przecież mógłby mieć dziecko z każdą inną kobietą. Poddałam się....
Minęło kilka tygodni kiedy zaczęłam wracać do życia. Powiedziałam sobie trudno, mąż może mnie zostawić nawet jeśli urodzę mu całą drużynę piłkarską a przecież wcale nie musi, przecież się kochamy, jest przy mnie zawsze. Zaczęłam walczyć. Obiecałam sobie, że się nie poddam a na in vitro jest jeszcze czas. Szukałam, pytałam, dzwoniłam aż w końcu znalazłam Szpital w Lublinie, gdzie na Oddziale Radiologii słynny już dr Pyra wykonywał selektywne HSG... Po kilku dniach zbierania informacji i kilkudziesięciu telefonach trafiłam do dr Zycha - ginekologa współpracującego z tym świetnym radiologiem. Po wykonaniu wielu badań lekarz zgodził się, abym w grudniu przyjechała do szpitala. Tak bardzo się cieszyła, wiedziałam że będzie dobrze. Czułam, że ten fatalny rok zakończy się dobrze... Po przyjeździe do Lublina wieczorem stawiłam się w gabinecie ginekologicznym, gdzie przeszłam ostatnie badania i ostatecznie zostałam zakwalifikowana do zabiegu. Tym razem się bałam. Nie spałam całą noc, rano opuściłam z mężem hotel i udała się na Izbę Przyjęć, gdzie cudowni lekarze i pielęgniarki przywrócili mi wiarę w ludzi. Kilka godzin później było po wszystkim. DIAGNOZA: obydwa jajowody drożne. Lekarz prowadzący poinformował mnie, że jajowody są drożne jednak poskręcane co jest wynikiem przebytego stanu zapalnego w związku z czym nie można wykluczyć jeszcze laparoskopii, jednak teraz trzeba mieć nadzieję i się starać...
Właśnie mija 14 m-c naszych starań, dziś wiem że styczeń również nie przyniósł mi upragnionego dziecka, ale obiecałam sobie, że się nie poddam. Będę walczyła do ostatniej kropli krwi, bo przecież co nas nie zabije to nas wzmocni. W końcu zostanę mamą i będę kochała swoje dziecko najmocniej na świcie. Czasem przychodzą łzy i chwile zwątpienia, ale trzeba dalej żyć. Ta historia nauczyła mi jednego, że ludzie - nawet lekarze - czasem się mylą i warto iść za głosem serca a przede wszystkim kierować się własną intuicją...

0
Twoja ocena: Brak

Odpowiedzi

Portret użytkownika fanita

Nadzieja i intuicja jest

Nadzieja i intuicja jest bardzo ważna, jednak w leczeniu niepłodności najlepiej kierować się algorytmami leczenia niepłodności stworzonymi przez PTMRiE
http://www.ptmrie.org.pl/pliki/akty-prawne-i-rekomendacje/rekomentacje/a...
Od strony 98 masz informacje na temat leczenia operacyjnego jajowodów. Warto sprawdzić, czy Twój lekarz się nimi kieruje czy też improwizuje.
I wreszcie ważne też jest to, ile macie sił na czekanie... I czy wykorzystać energię na przełykanie łez czy na bieganie z wózkiem.
Pozdrawiam!

synek T
synek F

[url=http://www.nasz-bocian.pl/phpbbforum/viewtopic.php?f=67&t=85582]KOCHAM JEŚĆ wątek zdrowojedzeniowy[/u

Portret użytkownika Margherita_15

Dziękuję za Twoją odpowiedź i

Dziękuję za Twoją odpowiedź i link. Dokładnie wszystko przeczytałam i nadal nie wiem czy kontynuować stymulację i czekać, poddać się laparoskopii czy zdecydować na in vitro. Obecnie czekam na wizytę u profesora, którego poznałam podczas jednego z pobytów w szpitalu i mam nadzieję, że dostanę jakąś podpowiedz co do dalszego postępowania. Przyznam szczerze, że póki lekarze dają mi szansę na naturalną ciążę odsuwam czasowo myśl o in vitro... choć wciąż nie mam pewności czy postępuje właściwie. Po złych doświadczeniach z lekarzami i ilości niespojnych informacji mam problem z zaufaniem do lekarzy przez co nie do końca wiem co robić.

Margherita_15

Portret użytkownika bloo

no cóż, powodem podjęcia prac

no cóż, powodem podjęcia prac nad zapłodnieniem in vitro w latach 70tych były właśnie kobiety z niedrożnymi jajowodami, którym nie udawało się pomóc z wykorzystaniem dostępnych wtedy i dziś metod innych niż ivf, czyli laparoskopowego udrażniania jajowodów. Każda laparoskopia naprawcza powoduje zrosty (stąd 'okienko' zajścia w ciążę po laparoskopii wynosi ok. do 6 miesięcy, póki nowe zrosty się nie pojawią: Ty czekasz już ponad rok, z każdym miesiącem szansa na spontaniczną ciążę jest coraz mniejsza, więc albo kolejna laparoskopia i znów pół roku starań, albo in vitro) oraz każda zwiększa ryzyko ciąży pozamacicznej (stąd jesli jajowody są niedrozne obustronnie, za dobrą praktykę uznaje się ich usunięcie i robienie in vitro, co eliminuje ryzyko ciąży pozamacicznej).

Prawdę mówiąc to dla mnie lekarze, którzy bawią się w laparoskopowe udrażnianie jajowodów i dają nadzieję na spontaniczną ciążę, postępują wbrew rekomendacjom: nie po to istnieje optymalna ściezka postępowania przy niedrożnych jajowodach, którą jest in vitro, by udawać, ze wciąż mamy lata 70te i ryzyko ciąży pozamacicznej można lekceważyć. Ostatecznie to nie ginekolog będzie dilować z usuwaniem ciąży jajowodowej, a kobieta, dla której będzie to prawdopodobnie dramatycznym doświadczeniem emocjonalnym.
Jasne, że decyzja nalezy do pacjentki i jej partnera - te laparoskopie można robić, można je ponawiać, z każdym razem ingerując w jajowody coraz bardziej i generując kolejne zrosty, ale w tym czasie przecież rezerwa jajnikowa się zmniejsza, a czas płynie.
Nadzieja to dobra rzecz, ale warto ją inwestować w sensowne leczenie. IMO pierwszy lekarz powiedział brutalną, ale prawdę: robić in vitro i wykorzystać czas na zachodzenie w ciążę oraz staranie się kolejne dzieci, jeśli je planujecie, skupić się na życiu, a nie marnować go na przedłużające się leczenie laparoskopowe.
Ale to Wasza decyzja.

Portret użytkownika Margherita_15

Chyba nie do końca udało mi

Chyba nie do końca udało mi się wyjaśnić moją sytuację. Nie miałam wykonywanej laparoskopii a jedynie HSG. Po zwykłym HSG udało się udrożnić częściowo jeden jajowód a z kolei w grudniu poddałam się selektywnemuHSG, które jest dość innowacyjną metodą w Polsce i z tego co mi wiadomo wykonywane jedynie w Lublinie i jakiejś prywatnej klinice w Łodzi. Po sHSG udało się udrożnić obydwa jajowody a od stycznia br. mam stymulowany cykl w związku z czym prof., do którego obecnie chodzę daje mi szansę na naturalną ciążę więc mam zamiar jeszcze spróbować.

Margherita_15

Portret użytkownika kasiucha_m

Ile ja bym dała, żeby tak

Ile ja bym dała, żeby tak szybko poznać „problem”, przez który nie mogłam zajść w ciąże. Patrząc optymistycznie Ty wiesz w czym jest problem i jakie masz możliwości, wiele dziewczyn z tego forum dużo by dało, żeby poznać przyczynę swoich niepowodzeń.. Ja przez 5 lat szukałam i dopiero badania przed IVF dały odpowiedź. Trzymam za Was kciuki, obyś jak najszybciej zobaczyła dwie kreseczki na teście

12/2016 ICSI, 11dpt beta 253, 13dpt 446, 20dpt 5534, PRG 255
32dpt mamy dwa serduszka <3<3
TP 15.09.2017

Portret użytkownika Margherita_15

Dziękuję Ci serdecznie za

Dziękuję Ci serdecznie za miłe słowa każdy taki gest wiele dla mnie znaczy.
Po kilku miesiącach nieudanych starań zaczęłam dużo czytać o możliwych przeszkodach i dość szybko zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Wiedziałam, że przeszłam rozległe zapalenie kilka lat wcześniej i zaczęłam naciskać lekarzy na badania drożności jajowodów. W innym przypadku może i ja wciąż bym nie znała przyczyny swoich niepowodzeń. Bardzo podziwiam wszystkie pary, które dzielnie walczą latami i mam nadzieję, że my też znajdziemy tyle siły.

Margherita_15

Portret użytkownika bloo

jeśli wciąż Jesteś 'w

jeśli wciąż Jesteś 'w okienku' to jasne, że warto czekać i próbować, póki czas. Ale laparoskopia lub sHSG nie różnią się specjalnie technicznie, bo obie metody ingerują w jajowód i niosą ryzyko uszkodzenia rzęsek oraz późniejszych zrostów. Zrosty niestety towarzyszą każdej interwencji mechanicznej.
Niezaleznie od wszystkiego życzę Ci, aby Twoje 'okienko' okazało się otwartym oknem do macierzyństwa :)

Btw. zanim dotarłam do publikacji dra Pyry (26% ciąż w okresie do pół roku po zabiegu, choć nie są podane dane longitudinalne: ile ciąż przetrwało pierwszy trymestr, ile porodów, czy były ciąże ektopowe; wreszcie brakuje informacji o tym, czy liczono ciąże kliniczne czy biochemiczne) internet skierował mnie na blog Wiewiórkowo, którego autorka entuzjastycznie pisze o sHSG w 2014 roku i cudownym lekarzu wykonującym sHSG (bo inni namawiali ją na ivf, kłamczuszki). Obecnie mamy 2018 rok i autorka w ciązy nie jest. Mam poczucie, że ludzie naprawdę nie kminią podstawowych informacji statystycznych i medycznych :(

Portret użytkownika Margherita_15

Z informacji jakie uzyskałam

Z informacji jakie uzyskałam od lekarzy wynika, że różnica między sHSG a laparoskopią jest znaczącą. sHSG jest badaniem o wiele bezpieczniejszym a w przypadku udrożnienia kontrastem wprowadzanym pod ciśnieniem do danego jajowodu nie używa się mikronarzędzi co minimalizuje uszkodzenie mikrorzęsek zaś w przypadku laparoskopii cięcia są częścią zabiegu. Ponadto dane odnośnie 26% ciąż są z roku 2015 a autorka Wiewiórkowo wyraźnie wskazuje na dodatkowe przeszkody. A jeśli chodzi o ilość ciąż ektopowych to wszystkie dane są w artykule dr Pyry.
"...Obecnie brakuje randomizowanych badań oceniających bezpieczeństwo i skuteczność opisywanej metody leczenia niedrożności jajowodów. Dostępne
badania obserwacyjne są trudne do jednoznacznego porównania a wieloczynnikowy charakter niepłodności żeńskiej stawia pod znakiem zapytania porównywanie punktu końcowego leczenia, jakim jest odsetek
sukcesu prokreacyjnego. Wartości te raportowane są w przedziale 9-56% (około 30%) (...) Do powikłań udrażniania jajowodów zalicza się: perforację narządu (2%), ciąża ektopowa (3-9%) i zakażenie (1%). Chirurgiczna rekonstrukcja bliższej niedrożności jajowodów cechuje się
niższą skutecznością i znaczącym ryzykiem ciąży ektopowej, sięgającym 20%"

Nikt nie daje gwarancji powodzenia, ale jest to alternatywa o której nie wie nawet część wykwalifikowanych lekarzy, mimo że jest to metoda leczenia niepłodności stosowana od wielu lat na świecie. Nie wiem czy pomoże, ale znam kobietę której pomogło więc czemu by nie.
A do danych statystycznych i medycznych mam dość duży dystans, ponieważ Polski rynek farmaceutyczny aktualnie generuje miliardowe zyski dla Państwa i jest jedynym z największych w Europie za co lekarze dostają duże profity. Nie neguje in vitro, sama rozważam tą opcję, jednak przeraża mnie szybkość kierowania ludzi do procedury zwłaszcza kiedy jest szansa i nie wszystkie możliwości zostały wykorzystane.

Margherita_15

Portret użytkownika Nela2016

Czesc,Bardzo dobrze,ze

Czesc,Bardzo dobrze,ze walczysz I zycze Ci jak najlepiej.Jednak nie rozumiem dlaczego nie poddasz sie In Vitro.?Bylam w bardzo podbnej sytuacji jak Ty....tylko ze u nas to trwalo ponad 3 lata!.Wierzylam,ze tez obejde sie bez in vitro...Zrobilam laparoskopie diagnostyczna ( okazalo sie ze mam zrosty na jajowodach,ktore zostaly usuniete)...po kilku miesiacach zaszlam w ciaze,ale niestety pozamacziczna :(..Po 3 miesiacach decydowalismy sie na in vitro ,ktore po pierwszej probie przynioslo oczekiwane skutki w postaci dwoch kreseczek.Szkoda mi dzisiaj wszytkich wylanych lez z bezsilnosci,szkoda mi odizolowania od ludzi I straconych dni na czekanie.
In vitro to nic zlego!! Mozemy sie cieszyc ,ze zyjemy w takich czasach.Moja Helenka urodzi sie w kwietniu,i jestem najszczesliwsza na Swiecie!! opowiem Jej ze jest z in vitro,na pewno nie bedzie mi miala za zle,ze jej rodzice mieli gdzies Kosciol,istutucje czy innych ludzi!
Powodzenia kochana!

3 IUI
1 CIAZA POZAMACZICZNA
1 x IN VITRO - 7 SIERPIEN 2017
JESTEM W CIAZY!!! Termin kwiecien 2018

Portret użytkownika Margherita_15

Dziękuję serdecznie za ciepłe

Dziękuję serdecznie za ciepłe słowa, dodajesz mi wiary w to, że i ja zostanę niedługo mamą. Nie neguje in vitro, chyba zostawiam je raczej jako ostateczność ze świadomością, że też nie daje 100% gwarancji a myśl, że nigdy nie zostanę mamą jest dla mnie nie do zniesienia.
Gratuluje Ci i życzę dużo szczęścia, oby mała Helenka zdrowo się chowała.

Margherita_15

Portret użytkownika bloo

nie, dane w art Pyry, które

nie, dane w art Pyry, które zacytowałaś, odnoszą się do referowania stanu literatury przedmiotowej, a nie do jego badań i uzyskanych wyników.
Podobnie nie jest prawdą, ze sHSG jest alternatywą dla terapii konwencjonalnej - jak sam autor stwierdza, brak jest badań randomizowanych i na dużych próbach, co oznacza, że ta metoda nie jest metodą uznaną i nie wejdzie do żadnych rekomendacji, dopóki jej działanie nie zostanie dowiedzione.
Myslę, że niesłusznie masz dystans do statystyki, bo to własnie na niej opiera się Evidence Based Medicine, a brak umiejętności poruszania się w statystycznej matni (o czym za moment) odpowiada właśnie za takie fenomeny jak blog Wiewiórkowa: kilka lat czekania na dziecko, brak dziecka i niepoliczalne koszty: emocjonalne, społeczne, wreszcie finansowe.
In vitro nie dlatego jest metodą pierwszego rzutu w niedrożności (w innych przypadkach też, ale zawęźmy to już do niedrożności jajowodów), bo ktoś trzepie na tym grubą kasę i postanowił sfałszować rzeczywistość medyczną, a dlatego, bo ta metoda jest metodą najbardziej ekonomiczną z dostępnych postępowań medycznych. Na jej ekonomię składa się kilka czynników, które zawsze rozpatruje się łącznie (w Polsce zajmuje się tym AOTMiT, za granicą analogiczne instytucje naukowe, które mają ocenić daną terapię i wydać werdykt: czy powinna być standardowa i czy opłaca się pacjentom oraz państwu, jesli ma być zarekomendowana do refundacji): jest to koszt tej metody; jest to czas, jaki zajmuje osiągnięcie zamierzonego efektu (tu: ciąża i poród); jest to bilans szans i skutków ubocznych; jest to analiza skutków społecznych przy stosowaniu tej metody i przy niezastosowaniu tej metody.

No więc in vitro jest drogie, bo kosztuje ok. 12 tysięcy. ALE jego skuteczność jest wysoka i szybka do osiągnięcia, bo szanse ciązowe liczy się w cyklach (1-2 miesiące, na porównania cyklem podstawowym naprotechnologii są 24 miesiące). Oznacza to zarazem, że pacjentki mogą osiągnąć ciążę i poród szybciej, co oszczędza im np. zachorowania na depresję leczona farmakologicznie (po 2 latach nieskutecznych starań ryzyko depresji przekracza 70% -> również koszty finansowe z tytułu leczenia), oszczędza im negatywnych skutków społecznych (degradacja zawodowa z tytułu przewlekłego leczenia, hamowanie awansu, rozpad relacji społecznych i towarzyskich, w tym niestety zwiększa się odsetek rozpadu związków).
Na to nalezy nałożyć czynnik czasu - im dłużej trwa leczenie niepłodności tym wyższe są odsetki komplikacji (rezerwa jajnikowa - znów zwiększony koszt leczenia), wystąpienia chorób skojarzonych (depresje), wreszcie ryzyko zdrowotne dla samej pacjentki długotrwale stymulowanej hormonalnie oraz zwiększone ryzyko wad wrodzonych płodu.
To są wszystko dobrze opisane w literaturze relacje i korelacje i piszę o nich po to, aby pokazac, że niepłodność i dana terapia niepłodności nie sprowadzają się jedynie do nominalnego kosztu zabiegu X, a wychodzą daleko poza ten koszt i generują kolejne.
Dlatego własnie in vitro jest metodą pierwszego rzutu - bo paradoksalnie i patrząc globalnie jest tańsza oraz skuteczniejsza niż wieloletnie leczenie tańszymi metodami.

Szybkość kierowania na in vitro jest sumą tego, co napisałam wyżej. Wiem, że kiedy sami się leczymy mamy tendencję szukania spisku, sama odwlekałam własne leczenie 4 lata z podobnych powodów i szukałam mniej zaawansowanych metod. Nie ukrywam tez, ze są kliniki i kliniki - nie każda jest dobra, nie każda jest skuteczna, etyki też się różnią, a na pewno różni się kultura podejścia do pacjenta.
Ale to wszystko nie zmienia faktu, ze rekomendacje powstają na bazie badań randomizowanych, z podwójnie ślepymi próbami (jesli to możliwe), na bardzo dużych grupach, a do tego jeszcze te badania ocenia się tzw. flagami - najwyzszą flagę mają metaanalizy, najmniejszą pojedyncze badania na wzór tego robionego przed dra Pyrę (z całym szacunkiem ofc, takie badania też są potrzebne).
Sumując: tak, nauce należy ufać, bo nie powstaje przypadkiem i nie jest prawdą, że manipulują nią firmy farmaceutyczne. Brałam udział w tworzeniu wytycznych przez światową organizacje zdrowia i mogę Cię zapewnić, że firm farmaceutycznych tam nie było, bo analizą zajmowali sie badacze i badaczki.
Mozna też ufać naprotechnologom, jak robi autorka Wiewiórkowa (btw, naprotechnologia ma negatywne oceny AOTMiT). Różnica jest taka, ze ja mam dwoje dzieci (plus dwójkę zastepczych), a ona nie ma żadnego (choć życzę jej powodzenia i bez ironii: nikt nie powinien padać ofiarą manipulacji ideologicznej).

Portret użytkownika Margherita_15

Bardzo pouczające i

Bardzo pouczające i merytoryczne są Twoje wypowiedzi, naprawdę jestem pod wrażeniem. Problem chyba w tym, że ja nie pogodziłam się jeszcze z diagnozą niepłodności. Od tego czasu minęło kilka miesięcy a ja wciąż się miotam i kieruje się emocjami. Potrzebuje chyba jeszcze trochę czasu żeby się z tym pogodzić i dopuścić do głosu zdrowy rozsądek, bo narazie żyję w kompletnym chaosie. Dziękuję za Twoją wypowiedź, bo sprowadziłaś mnie na ziemię. To było dość twarde lądowanie, ale chyba niezbędne.

Margherita_15