Nasza droga do dziecka.

Jeszcze miesiąc temu szukałam w pamiętnikach historii par, którym się udało zajść w ciążę w wyniku przeprowadzenia procedury in vitro. Nie wierzyłam, że będę kiedyś należeć do tego szczęśliwego grona, ale odnajdywałam w nich pocieszenie.

O dziecko staraliśmy się 17 miesięcy. Najdłuższych i najsmutniejszych miesięcy w moim życiu. Wcześniej nie myśleliśmy poważnie o dziecku, choć poprosiłam męża, żebyśmy się nie zabezpieczali już 2 lata wcześniej. Nie brałam wtedy kwasu foliowego, nie wiedziałam kiedy występuje owulacja i nie unikałam ryzykownych zachowań w drugiej połowie cyklu. Ja miałam 29 lat, mąż 30. Bylismy 5 lat po ślubie. Rodzice już długo męczyli nas o wnuki - kiedyś wpadliśmy na pomysł, żeby im odpowiadać, że to niestosowne pytanie, bo przecież nie wiedzą, czy nie mamy problemów w tym zakresie. Taki żart. Który stał się rzeczywistością.

18 miesięcy temu w ciążę zaszli nasi bliscy znajomi. Znali się wtedy niespełna rok, ale ona bardzo chciała mieć dziecko. Po tej wiadomości nie spałam całą noc a rano płakałam mężowi, że coś z nami jest nie tak, że my po tylu latach od ślubu ani poważnie nie planujemy dziecka, ani nie przydarzyła nam się wpadka. Wtedy kupiłam testy owulacyjne i w czerwcu zeszlego roku zaczęliśmy pilnować dni płodnych.

Już po pierwszym miesiącu braku efektu zaczęłam się stresować. Po drugim miesiącu - szukałam odpowiedzi w Internecie. Po trzecim - byłam w rozpaczy. Przecież 60% par zachodzi w ciążę w pierwszych 3 miesiącach starań!

W sierpniu napisałam do koleżanki, z którą chodziłam do liceum, a która jest lekarzem ginekologii w szpitalu klinicznym. Powiedziała, że mamy próbować do listopada a jak nie wyjdzie to weźmie mnie na oddział zbadać hormony i zaczniemy monitorować cykl.

We wrześniu jadąc razem do pracy powiedziałam mężowi, że mielibyśmy prawdziwego pecha, gdyby okazało się, że spotka nas in vitro.

W październiku znów się nie udało, więc w połowie listopada poszłam na oddział. Efekt - hormony w porządku, poza prolaktyną i rozjechanym stosunkiem LH i estradiolu. Wtedy myślałam, że to koniec świata. Dostałam w policzek od losu. I trochę tabletek na zbicie prolaktyny i suplementację drugiej fazy cyklu.
Obraz USG pokazał owulację, PCOS raczej nie ma.

W grudniu obraz USG pokazał, że nie ma owulacji. Drugi policzek. Wtedy mąż zbadał nasienie - ilość trzykrotnie poniżej normy, ruchliwość dwukrotnie poniżej normy, morfologia 6%, ale przy niewielu plemnikach to i tak nie miało znaczenia. Trzeci policzek.

W styczniu miałam mieć badaną drożność jajowodów. Nie wiedziałam, co to znaczy. Bałam się, że będzie bolało...

0
Twoja ocena: Brak

Odpowiedzi

Portret użytkownika nynyny

:)

To już należy do przeszłości. Zobaczysz, jak łatwo o tym zapomnisz. Nie będzie czasu na pamiętanie, bo tyle pięknych chwil przed wami :-)

2014-2015 -> 3 pełne procedury, 5 x ET, 7 zarodków, aż w końcu...
02.2016 r. urodziła się nasza Kruszynka :love:

05.2017 r. - crio :-)
01.2018 r. urodził się Klusek :love: