Jeszcze raz o AZW

Jestem mamą przez AZW. To nie tajemnica.
Moje dziecko trafiło do mnie, ponieważ jego MB wybrała mnie na jego mamę. To jest sytuacja z jednej strony bardzo komfortowa - mam legitymizację MB do bycia mamą, nie ma rzewnych historyjek o tym, że dziecko zostało jej zabrane z biedy, wręcz ukradzione bezprawnie. Sytuacja jest bardzo czytelna.
Z drugiej strony, ona zna nasze dane, teoretycznie może w każdej chwili stanąć w progu naszego domu i powiedzieć mojemu dziecku "to ja jestem twoją prawdziwą mamą".
No cóż...
W obliczu tego, co pisałam na temat danych dzieci adoptowanych fruwających po internecie, uważam, że zagrożenie wcale nie jest większe niż w przypadku adopcji przez OA. Ja przynajmniej jestem na to przygotowana i nie łudzę się, że jest jakaś "tajemnica adopcji" i cokolwiek nas chroni. A przy tym, właśnie, to była jej świadoma, przemyślana decyzja, nie "kradzież" - jaki wielu RB określa odebranie im dzieci przez opiekę społeczną.

AZW ma wady. Ale, poza tym, co wyżej, ma tę niezaprzeczalną zaletę, że można być z dzieckiem od samego początku. A to jest rzecz nie do przecenienia. Poza okresem ciąży nie straciłam ani minuty z życia mojego syna. Byłam przy porodzie, byłam z nim w szpitalu. Mogłam go tulić, kochać od momentu, kiedy się urodził. I, co najważniejsze, on NIGDY nie był niekochany, ani przez sekundę. On był tulony, uwielbiany od pierwszych chwil swojego życia. Miał mamę i tatę od samego początku.

Aktualnie AZW jest praktycznie niemożliwa do przeprowadzenia.
Powodami, dla których lobby OA żądało jej zakazu był fakt, że ludzie robili to z pominięciem OA.
To nie do końca jest prawda, ponieważ KAŻDA adopcja, w tym AZW, w jakiś sposób ocierała się o OA, wtedy jeszcze OAO, ponieważ zanim sąd ją orzekł, było chociażby badanie więzi albo w RODiK, albo właśnie w OAO, potem OA.
Ale faktycznie, był to jakiś sposób na ominięcie procedury, a kiedy już dziecko w rodzinie było, w większości przypadków sąd brał pod uwagę więzi i nie wnikał za bardzo w kompetencje RA.
Dlatego uregulowano te sprawy.

Pominięcie ośrodka stało się niemożliwe w wyniku zmiany przepisów z dnia 9 czerwca 2011 r.
Art. 172. 1. Ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej mówił jasno:
"Kandydaci do przysposobienia dziecka są obowiązani posiadać świadectwo ukończenia szkolenia organizowanego przez ośrodek adopcyjny."

I wydawać by się mogło, że to załatwia sprawę. Tj. KAŻDY, kto chce adoptować dziecko (pomijając adopcję wewnątrz rodziny bądź sytuację, kiedy adoptuje dotychczasowa RZ) MUSI przejść całą "ścieżkę zdrowia" w OA.
Rzecz, którą ja uważam za prawidłową. Sama tym trybem przeprowadzałam adopcję i dla mnie jest to jak najbardziej właściwe.

Jednak, z niezrozumiałych dla mnie powodów, lobby nadal działało i, w wyniku zmian skonstruowanych w 2015 roku, AZW możliwa jest wyłącznie w dwóch przypadkach - adopcja wewnątrz rodziny lub przez dotychczasową RZ.

Byłaby możliwa, gdyby podjął się jej OA. Ale żaden OA nie chce tego przeprowadzić.
Dlaczego? Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie.
Pracownicy zasłaniają się patologicznymi historiami o kupowaniu dzieci, sytuacją sprzed co najmniej 6 lat, kiedy możliwe było ominięcie OA.
Na temat aktualnego stanu prawnego, na temat przeprowadzenia AZW przez ludzi, którzy MAJĄ glejt wydany prze OA ... cisza...
Nie, bo nie. Bo oni wiedzą, że to zły pomysł.
- A dlaczego zły?
- Bo kiedyś ludzie omijali OA.
- No dobrze, ale teraz nie mogą ominąć.
- Ale my mamy złe doświadczenia.
- Z osobami mającymi kwalifikacje na RA?
- Nie, z tymi, którzy omijali procedury.
- Ale mówimy o ludziach, którzy przeszli szkolenie, mają pozytywną opinię OA i chcą przeprowadzić AZW.
- Ale z naszej praktyki wynika, że to się nie sprawdza.
- A ile AZW przeprowadził państwa OA?
- Nooo... ŻADNEJ, my nie przeprowadzamy AZW!
- To skąd państwo wiedzą, że to się nie sprawdza?
- Bo z naszego doświadczenia wynika...

Czy tylko mnie się wydaje, że ta rozmowa (autentyczna) jest pozbawiona sensu?

A Polak potrafi, więc ludzie kombinują. I wcale nie jest mniej AZW tylko zeszły zupełnie do podziemia. I nie ma nad nimi ŻADNEJ kontroli.
Najczęściej stosuje się metodę "na ojca".
Czyli facet idzie z MB do sądu, mówi, że jest ojcem biologicznym, MB zrzeka się praw, on wychowuje dziecko, a po pewnym czasie jego żona wspaniałomyślnie wybacza zdradę i przysposabia dziecko.
Druga metoda to "doszukanie się" pokrewieństwa z MB. Kuzynka ciotki brata męża jest w ciąży, nie może / nie chce wychować dziecka, więc "rodzina" przejmie na siebie ten obowiązek.
Czasem oszustwo wychodzi na jaw. Najczęściej nie.

A przecież wystarczyłoby gdyby pracownicy OA przestali się głupio upierać i pozwolili przeszkolonym przez siebie, zweryfikowanym pozytywnie ludziom podjąć decyzję czy chcą zaryzykować, czy grzecznie czekają na "przydział".

Część osób nigdy się na to nie zdecyduje, bo to jednak spore obciążenie.
Ale część zaryzykowałoby.
Z tej części część sparzyłaby się - MB zmieniają czasem zdanie.
Ale część wygrałaby los na loterii.
Tak jak ja...
Dlaczego nie?

Dlaczego, zamiast otwarcia na inną opcję, która jest tak naprawdę tylko zdjęciem maski tajności (fikcyjnej tajności w dobie wszechobecnego Facebooka, Twittera czy innego badziewia), OA stoją na stanowisku, że tylko one mają kompetencje żeby dobrać rodziców do konkretnego dziecka (dobiera się rodziców do niemowlaka, o którym nic nie wiadomo? serio? wg jakich kryteriów)?

Dlaczego zamiast promować odpowiedzialne rodzicielstwo przez AZW, kontrolować tę formę adopcji, tworzy się obraz rodziców adopcyjnych decydujących się na AZW jako kombinatorów, mających głębokie problemy (w tym alkoholizm), niezdolnych do przejścia przez sito OA, wręcz naruszających prawo, traktujących dzieci przedmiotowo?

Pytam pracowników OA od lat.
Do dnia dzisiejszego nikt nie był w stanie udzielić mi odpowiedzi poza schematycznym "mamy złe doświadczenia".

A mnie się marzy, że będzie możliwość - idę do OA, mówię uczciwie, że jestem skłonna zaryzykować procedurę AZW i proszę o pomoc. A pracownik OA z uśmiechem mówi - jeśli tylko ma pani kwalifikacje, nie widzę problemu.

No i w czym problem? Poza mentalnością ludzi?

0
Twoja ocena: Brak

Odpowiedzi

Portret użytkownika bloo

problem leży moim zdaniem w

problem leży moim zdaniem w trzech kwestiach.
po pierwsze w tym, że kontakt między kandydatami na RA i MB odbywa się poza kontrolą ośrodka, co nasila lęk i buduje podejrzenia o nielegalne 'dogadanie się'
po drugie w tym, że te złe doświadczenia są faktem i są już zgromadzone, więc przedarcie się przez uprzedzenia jest jednoczesnie walką ze statystyką
i po trzecie w tym, że siła 'tajemnicy adopcji' jest potęgą, choć - jak słusznie zauważasz - jest ona najczęsciej fikcją.
Oglądam książeczki zdrowia 'moich' dzieci i próbuję sobie wyobrazić ten moment, w którym poznam być może kandydatów na ich rodziców (zakładając, że sprawa skończy sie odebraniem praw ich rodzicom biologicznym). Jakaś kobieta i jakiś mężczyzna usiądą pewnego dnia przy moim stole i obejrzą te książeczki, w których jak byk widnieją dane dzieci i ich RB. Przecież ich nie zasłonię ręką ani nie zamażę korektorem, a oglądanie dokumentów jest elementem procedury i rodzice mają do tego prawo.
W moim przypadku znalezienie obojga ma facebooku zajęło parę sekund. Nawet gdybym miała jakiekolwiek wątpliwości, rozwiały się w momencie najechania na profil, w którym oboje umieścili zdjęcia swoich dzieciaków.
Ile czasu zajmie to znalezisko RA?
A więc jawność adopcji polega na tym, ze RA mają łatwość zidentyfikowania RB, natomiast w drugą stronę jest to trudniejsze (RB raczej nie poznają danych RA), zaś w przypadku dzieci niemal niemożliwe aż do pełnoletniości.
Czyli nie mówimy o tajnej adopcji, a o tajności jedynie wobec dzieci i wobec RB.
Zdaję sobie sprawę, że wchodzenie w perspektywę RB nie jest najpopularniejszym podejściem na naszym bocianie, ale ja jednak pociągnę ten wątek. Oni stają się w tym układzie ludźmi wtórnie wykluczonymi. Zabrano im dzieci, z reguły wbrew ich woli (co nie oznacza, że niesłusznie), a w zamian dano im mglistą obietnicę, że być może za x lat dorosłe dzieci się do nich odezwą. Zazwyczaj nie mają pojęcia, że ich dane nie są żadną tajemnicą dla RA, chyba że mowa o adopcji maleństwa i jest to typowa blankietówka. Jesli jednak dzieci spędziły w rodzinie biologicznej choć trochę czasu i doszło do wyrobienia dokumentów to kwestia identyfikacji RB jest banalna - pomijając fakt, że ja te dane i tak znam, bo jestem RZ, zdarzyło się już kilka sytuacji, w których z łatwością je uzyskałam bez żadnego wysiłku ze swojej strony: rejestracja dziecka w ośrodku wczesnej interwencji i odczytanie mi ich nazwiska, rejestracja na izbie przyjęć i odczytanie danych rodziców.
Wskażcie mi RA, który nie skorzysta z okazji - zupełnie tego nie potępiam, to ludzkie, każdy rodzic chciałby wiedzieć coś więcej o swoim dziecku i jego pochodzeniu, więc sprawdzenie tropów na FB i w google jest oczywiste.
No ale to wciąż pogłębia tę asymetrię, gdzie z jednej strony mamy instytucję mającą dostęp do wszystkich danych; z drugiej strony mamy RA mających dostęp do najwazniejszych danych (plus nieograniczone możliwości śledztwa za pośrednictwem mediów społecznościowych), a z trzeciej strony mamy RB, których wiedza ucina się w momencie ostatniej rozprawy w sądzie rodzinnym.
A teraz rozważmy inny wariant.
RB oczywiście nie wyobrażają sobie przekazania dzieci do adopcji, co jest faktem dla 99% takich spraw, w które zaangażowany został już sąd i jakaś procedura interwencyjna. Dla ich to spotkanie raz na ruski rok z dziećmi jest kwintesencją rodzicielstwa - dzieciaki są zaopiekowane w RZ albo w DD, raz w tygodniu czy miesiącu widzą zadbane dzieci i mogą się z nimi pobawić, obowiązków żadnych, przyjemności dużo, po co to przerywać? Walczy się do końca, wiadomo, bo zerwanie tej ciągłości oznacza całkowity koniec, bez aneksów.
A gdyby powiedzieć tym rodzicom "ok, będzie adopcja, ale raz w roku dostaniecie zdjęcia dziecka/dzieci i list od rodziców adopcyjnych o tym, jak się dzieci miewają. Będziecie mogli przed adopcją pożegnać z dziećmi, przekazać im pamiątki, zdjęcia. Zostaniecie w życiu tych dzieci jako wazne figury, bez spotkań wprawdzie, ale też bez wymazywania. Jeśli będziecie chcieli kontaktu, ośrodek adopcyjny przekaże informację od was rodzicom i postara się przekazać wam odpowiedź zwrotną".
Co by bylo gdyby tę adopcję nieco rozszczelnić? Kto by na tym stracił? Ile dzieci mogłoby zyskać bezcenny czas, bo ich RB zaproponowano by coś więcej niż wkroczenie instytucji w ich życie i ucięcie relacji nożem?
Ile adopcji mogłoby się wydarzyć, gdyby RB mieli wpływ na wybór rodzicow adopcyjnych dla swoich dzieci, a przynajmniej na podanie jakichkolwiek preferencji - może możliwość wybrania np. wierzących rodziców albo rodziny mieszkajacej pod miastem, mogłaby uśmierzyć ich lęki na tyle, że nie decydowaliby się na apelację i wydłużenie procesu o kolejne miesiące i lata, aż do czasu praktycznej nieadoptowalności dzieci?
Ile dzieci straciło szanse na adopcję przeciągane latami między sądami, RB i instytucjami?
Adopcja zamknięta ma sens, ale tam, gdzie RB od początku decydują się na zrzeczenie. Tyle, że to nie jest większość. Resztę sytuacji uparcie wciska się w schemat, który zwyczajnie nie działa, bo nie odpowiada na szczegolne potrzebny rodzin po dwoch stronach - te potrzeby są po prostu ignorowane.
Uważam, że AZW powinna być legalna i zaopatrzona procedurami, ale wciąż legalna.
Zgadzam się z Tobą, Miniula, w pełni.

Portret użytkownika Miniula

Bloo, kwestia doświadczeń

Bloo, kwestia doświadczeń negatywnych i przypadków patologicznych jest ważnym aspektem, ale imho, przeważyć powinny kompetencje pracowników OA, ich myślenie "do przodu" oraz perspektywa dobra dziecka.
To, o czym piszesz odnośnie RB jest bardzo prawdziwe. Ja tylko dodam, bo ostatnio często się z tym spotykam, że ich poczucie krzywdy (zabrano mi dzieci ZA NIC) graniczy z nienawiścią do wszystkich zaangażowanych - pracowników DD, OA, MOPS/PCPR, a także do rodziców adopcyjnych. To, co ci ludzie myślą na temat RA jest porażające. A w kontekście coraz mniejszego dzięki internetowi świata, może stanowić realne zagrożenie dla dzieciaków. Jad sączony im w ucho, zwłaszcza w momencie typu "rodzice dali szlaban na coś" może mieć przeogromne konsekwencje.
Wiem jak wyglądał u MB mojego dziecka proces dochodzenia do decyzji. Wiem, że mimo, że ona tego dziecka nie chciała, presja społeczna, hormony, sprawiały, że mimo wszystko było to dla niej koszmarnie trudne. I z jej słów - nie zdecydowałabym się oddać w ciemno.
Ona musiał poznać, mieć świadomość, że ludzie, którzy będą rodzicami są "dobrymi ludźmi". Czym innym jest zaufać urzędnikom (kto ufa urzędnikom?!), a czym innym jest porozmawiać. Czasami to wystarczy - zobaczyć kobietę, którą dziecko będzie nazywało MAMĄ, doświadczyć z jej strony ... choćby braku potępienia. Bo to kolejny potężny lęk RB - co ci "obcy ludzie" mówią "mojemu dziecku" o mnie, pewnie same najgorsze rzeczy, bo chcą mnie umniejszyć w jego (dziecka) oczach.
Bardzo chciałaby żeby rozpoczął się jakiś dialog w tym temacie.
Ostatecznie - my podejmujemy decyzje (my, tj. RB, RA, OA, system opieki społecznej), ale konsekwencje ZAWSZE ponoszą dzieci...

Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
Miniek już Miniulowy :love:
[b]Nela81[