Zastrzyki

Znów przyjmuję zastrzyki. Trzy już za mną. Dziwne, ale tym razem mam wrażenie, że bardziej boli. A przecież powinno być odwrotnie, w końcu mąż już zaprawiony w bojach. Nie cierpię tego zapachu. Takie skondensowane siuśki… Nawet jak się nie dotyka płynu bezpośrednio, tylko np. przykłada wacik do miejsca ukłucia, to i tak potem palce śmierdzą przez kilkanaście minut i nie pomaga woda z mydłem.

Codziennie o 21.00 musimy być w domu gotowi do zastrzyku. To wyklucza wszelkie dłuższe posiadówki przy grillu ze znajomymi, bo przecież nie znikniemy nagle we dwójkę w kiblu, a sama boję się to robić. Zresztą i tak już nie ma zbyt często tych grillów. Ci znajomi, którzy mają dzieci, już dawno odpadli z gry, a ci, którzy jeszcze nie mają, też dziadzieją i zajmują się swoim życiem. To chyba normalna kolej rzeczy po trzydziestce. Może to i lepiej, bo przynajmniej nie muszę wymyślać wymówek, dlaczego nie piję alkoholu.

Za pierwszym razem szalałam. Byłam cała w nerwach i ekscytacji. Teraz jestem spokojniejsza, bo wiem, czego się spodziewać. Ale w głębi duszy chyba jeszcze bardziej się boję, że się nie uda. W końcu mówi się, że IVF najskuteczniejsze jest do 3 prób, więc jakby nie patrzeć, znajduję się na półmetku. Potem ostatnia szansa, a potem… Co potem?

0
Twoja ocena: Brak