Nadzieja

Tytuł posta uważam za banalny, ale nie potrafię znaleźć lepszego słowa.

Jestem w 26 tygodniu ciąży. Czuję ruchy naszego dziecka i to wspaniałe i dziwne zarazem uczucie.

Dopiero teraz, gdy brzuszek jest już widoczny, gdy kolejne usg potwierdzają, że wszystko jest ok, mam odwagę by o tym napisać. A uważam, że skoro podzieliłam się z Wami moimi problemami, to szczęściem również powinnam:)

Rok temu o tej porze byłam załamana, prowadzący mnie lekarz nie widział innego rozwiązania jak in vitro. Ale w głębi serca nie do końca się z nim zgadzałam. W głowie mi się nie mieściło, żeby tak od razu rzucać się na ostateczność. W chwili obecnej cieszę się, że poszłam za głosem serca.

Gdy w zeszłe wakacje okazało się, że torbiel zniknęła podjęłam decyzję o rozstaniu z ówczesnym lekarzem. Z nowym cyklem przestałam łykać "profilaktyczne" tabletki hormonalne i zaplanowałam dalsze kroki.Oczywiście, byłam pełna obaw, że co jeśli się nie uda, co jeśli stracę kontakt do lekarza, który być może był moją ostatnią deską ratunku... Mimo wszystko, moja buntownicza natura wygrała.

Dałam sobie 3 cykle. Zastosowałam standardową procedurę, tzn. znalazłam lekarza, który mnie przez nią poprowadził:) W pierwszym cyklu obserwowaliśmy jak rosną pęcherzyki, dostałam pregnyl i niestety nic nie wyszło. W drugim cyklu włączyliśmy duphaston, też nic nie wyszło. Trzeci cykl też był z duphastonem i skończyłam prawie w szpitalu (tu nauczka dla mnie, ale i przestroga dla wszystkich- zawsze, obligatoryjnie upierajcie się przy monitorowaniu cyklu podczas takiej stymulacji). Pękła mi ogromna torbiel, ból był na tyle silny, że prawie zemdlałam. I na tym zakończyłam swoją stymulację. Nie udało się. Zgodnie z moim planem byłam już zdecydowana na ostateczność, czyli in vitro. Udaliśmy się do najbliższej kliniki, odbyłam jedno spotkanie z dr, który przedstawił nam dokładnie całą procedurę, z listą badań do wykonania (koszty były przerażające!!!) udałam się do domu.

Byłam przekonana, że nic z naszych naturalnych starań nie wyjdzie. Zajęłam się organizowaniem mojej 30tki, malowaniem ścian na budowie. Zwyczajnie wpadłam w wir zajęć, które całkowicie mnie pochłaniały. I pod koniec listopada nie dostałam okresu.

Następna wizyta w klinice okazała się potwierdzeniem mojej ciąży, a nie przygotowaniem do in vitro.

Na początku odczuwałam jedynie strach, że coś może pójść nie tak, że w pęcherzyku zabraknie zarodka, że nie jest mi pisane bycie mamą. Szczęśliwie doczekaliśmy się pierwszego badania prenatalnego w 12 tygodniu, potem badania połówkowego, dziś jestem w 26 tygodniu ciąży, czyli zostało mi jeszcze 3 miesiące do wielkiego dnia:)

Nie obyło się bez utrudnień (krótki pobyt w szpitalu, luteina w pierwszym trymestrze, ostatnio nawet spadłam ze schodów), pewnie nie jedne "górki" przede mną, ale w końcu jestem pełna nadziei na lepsze jutro. I tej nadziei życzę WSZYSTKIM TYM Z WAS, które ją tracą, bo życie i tak realizuje swój własny plan, niezależnie od naszych planów.

Trzymam za Was kciuki:)

0
Twoja ocena: Brak

Odpowiedzi

Portret użytkownika AgataTofik

:)

Super!
;)
Ja tez zaliczylam wizyte w szpitalu na poczatku ciazy.
A dzis Maluch spi w lozeczku.
Bedzie dobrze!

2010 r. 13 tc [*]
2011 r. 9 tc cp[*]
2013 r. 8 tc cp[*]
2015 r. IMSI :(
2016 r. IMSI :D

30.12.2016 r. Anastazja :D

Blastuś na zimowisku :)

Portret użytkownika Oriss

:)

Cieszę się i ze swojego szczęścia i z Twojej Anastazji:) Niech zdrowo rośnie i dokazuje:)

Portret użytkownika atkagfd

Gratulacje dla Was. Oby

Gratulacje dla Was. Oby kolejne tygodnie szybko zleciały już tylko w spokoju!

2 x IUI
3 IUI odowalna
pazdziernik 2016 ciąża biochemiczna, 5 tc :(
luty 2017 ICSI:(

Portret użytkownika Oriss

:)

Dzięki, mam nadzieję że będą spokojne:)

Trzymam kciuki za Twoje starania.