Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

Temat: 
Adopcja Dziecka

Muszę to napisać…

To jest moja spowiedź – w pewnym sensie…

Ja nie modlę się o poczęcie dziecka, ja modlę się o to, by mój mąż zechciał zaadoptować ze mną dziecko!!!
Myślę sobie, że to kara boża, że pogwałciłam sakrament Małżeństwa i teraz za to płacę, choć wmawiam sobie, że Bóg jest miłosierny i że mnie kocha, to wewnątrz siebie czuję, że to jest krzyż który muszę nieść, żeby odpokutować swoje winy…
Żeby było bardziej od początku, zacznę od tego, że jestem po rozwodzie (moje małżeństwo trwało 8 miesięcy i rozpadło się, ponieważ nikt nie walczył o jego przetrwanie – ani ja, ani on).
Znałam i kochałam innego mężczyznę, i to właśnie z nim związałam się po rozwodzie. Oboje czuliśmy całym sercem, że jesteśmy dla siebie przeznaczeni i że zawsze będziemy szczęśliwi, że zawsze będziemy się kochać.
Wyjechaliśmy do innego miasta, by tam, jak to się zwykło mówić, rozpocząć nowe życie i od początku (jeszcze przed ślubem) podjęliśmy starania o dziecko, które miało się zrodzić z wielkiej miłości i na zawsze nas połączyć.
Nie brakowało w naszym życiu trudnych chwil, związanych z przeszłością, nowym miejscem zamieszkania i pracy, niejednokrotnie z brakiem pieniędzy, i stresom z tym właśnie związanym, przypisywaliśmy trudności w zajściu w ciążę. Nie poddawaliśmy się jednak i wciąż co miesiąc, kiedy opóźniał się okres, ale test zawsze wychodził negatywny podnosiliśmy się i nadal próbowaliśmy.
Nie będę w tym miejscu rozwodzić się nad naszymi staraniami, ale były takie jak u większości par starających się o dziecko… mierzenie temperatury, staranne notatki, urywanie się z pracy bo to już, teraz, natychmiast!, często robienie TEGO bardziej z rozsądku niż w mistycznym akcie uniesienia… wiele było łez i nerwów, ale siłą naszego związku była miłość i wspólne rozmowy, które pomagały przezwyciężyć wszelkie problemy.

Pewne wydarzenie losowe sprawiło, że ponownie przeprowadziliśmy się do innego miasta, ponownie zmieniliśmy pracę i ponownie zaczynaliśmy wszystko od początku. Budowanie nowej stabilizacji – naszym zdaniem – miało wpływ na niemożność zajścia w ciążę, więc próbowaliśmy się wyciszyć, odstresować, i dać sobie trochę więcej czasu.
Wzięliśmy ślub i kiedy już poukładało się jakoś nasze życie - mieliśmy stałe prace i mieszkanie – niestety nadal nie mieliśmy dziecka (po w sumie 2,5 latach starań).
Udaliśmy się do lekarza, zrobiliśmy szczegółowe badania, a na potwierdzenie tego co usłyszeliśmy pojechaliśmy do Warszawy, by tam w bardzo znanej klinice leczenia niepłodności usłyszeć to, czego nigdy nie chcielibyśmy usłyszeć.
Pan doktor, bez większych emocji – przecież takich jak my ma tysiące – po spojrzeniu na wyniki zapytał kiedy chcemy podejść do in vitro… zamurowało mnie… jaka byłam naiwna, myślałam, że zechcą nas leczyć, operować, ale on wziął kalendarz i podał nam najbliższy wolny termin… nieśmiało zapytałam, czy mamy jakieś szanse na naturalne poczęcie, ale Pan doktor był zaskoczony moim pytaniem, stwierdził, że skoro tu jesteśmy to chyba po to, by poddać się sztucznemu zapłonieniu! – dodam że nasieniem dawcy, którym nie mógłby być mój mąż…
Wyszłam stamtąd nie pamiętam jak, tylko ten szum w uszach słyszę bardzo wyraźnie... Widzę wielki korytarz… ludzi w fartuchach oraz Panią która podnosi listek opadły z drzewa, które zajmuje centralną część owej kliniki… tylko to pamiętam…

Było chłodno, więc w drodze do auta owiało mnie rześkie powietrze, które podziałało na mnie zbawiennie… W aucie odwracałam głowę, żeby mój mąż nie widział moich łez, dławiłam się nimi, bo nie chciałam szlochać, tak bardzo nie chciałam, żeby poczuł się winny… W końcu powiedziałam, że adoptujemy dziecko, że to nie jest dla mnie żaden problem, że zawsze chciałam adoptować dziecko (taka jest prawda). Mąż się zgodził!!! Byłam szczęśliwa w moim nieszczęściu! Nie urodzę nam dziecka, ale i tak będziemy je mieli.
Mąż się załamał, długo tłumaczyłam mu, że nadal ogromnie go kocham, że gdyby było odwrotnie, to on też kochałby mnie, że nic się w naszym związku nie zmieniło, że kiedyś będziemy mieli adoptusia i będziemy szczęśliwi. Słuchał, ale nie słyszał… Miał w głowie swoje poczucie winy i zmienił się w stosunku do mnie. Nie chciał się ze mną kochać, mówił, że nie ma sensu się kochać, bo i tak mnie nie zapłodni… Łzy płynęły w tamtym czasie wielką rzeką, ale zawsze tak, żeby on tego nie widział, pod prysznicem, w nocy pod poduszką, w toalecie w pracy, itd…
Zadzwoniłam do Ośrodka Adopcyjnego w moim mieście z wielką euforią i entuzjazmem, który bardzo szybko został ugaszony… Mieliśmy wówczas niecały rok stażu małżeńskiego, no i jeszcze jesteśmy w kolejnych związkach, więc musimy wykazać trwałość naszego małżeństwa… Proszę zadzwonić jak będziecie mieli 2, a najlepiej jakieś 2 i pół roku stażu. Telefon do drugiego Ośrodka, bo przecież jak nie drzwiami to oknem, i dokładnie ten sam tekst… Boże!, pomyślałam, jeszcze tyle czasu musimy czekać… damy radę! Powiedziałam mężowi, nie wyglądał na zmartwionego. Zaczęliśmy jakoś od początku układać i przewartościowywać swoje życie, już nie było w nim miejsca na starania, na odliczanie kolejnych miesięcy i kupowanie testów. Wycofałam się ze staraniowych forów, przestałam czytać o tym jak inni się starają i jak im się udaje, bądź nie… Musiałam się oczyścić. Staliśmy się szczęśliwi we dwoje. Cały wolny czas poświęcamy tylko sobie, spotykamy się ze znajomymi, wyjeżdżamy na wakacje i prowadzimy w ocenie wielu KONSUMPCYJNY TRYB ŻYCIA.
Ja nie ukrywam przed innymi, że nie możemy mieć dzieci, głośno mówię o adopcji i nie boję się reakcji innych. Mój mąż przeciwnie – za każdym razem, kiedy poruszałam ten temat zmieniała mu się twarz, nie chciał rozmawiać, unikał tego tematu i denerwował się na mnie, mimo iż ja bardzo delikatnie traktowałam temat adopcji, zawsze tak żeby go nie urazić, żeby nie poczuł się winny. Kiedyś wykrzyczał mi, że koledzy w pracy się z niego śmieją, że nie ma dzieci – o mało mi serce nie pękło, jak sobie pomyślałam, co on musi czuć. On nie powiedział nikomu, nawet swojej rodzinie – u mnie wiedzą wszyscy – jednak nikt nie wie po czyjej stronie jest przyczyna. Powiedziałam mu, że jeśli chce mogę powiedzieć jego rodzinie, że to ja nie mogę mieć dzieci.
Ten męski honor i duma… Mój mąż zaproponował, żebym poddała się in vitro z nasieniem dawcy, że będzie szczęśliwy widząc mnie z brzuszkiem, że inni będą mnie widzieli w ciąży i wszystko będzie ok… że to będzie choć w połowie nasze dziecko i że takie pokocha, a adoptusia nie pokocha… nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam… im bliżej było tych 2 lat naszego stażu, tym bardziej on się wycofywał… Nigdy nie zdecyduję się na nasienie dawcy, nie mogę, jest mi niedobrze kiedy o tym myślę i w ogóle o tym nie mogę myśleć, nie mogę… On wiedział o tym, że nigdy bym tego nie zrobiła…

Przeprowadziliśmy poważną rozmowę i stanęło na tym, że w Nowym Roku, mając prawie 2 i pół roku stażu udamy się OA. Byłam szczęśliwa, przez chwilę nawet sam pytał mnie jaki on będzie – ten adoptuś? Ponownie łzy – tym razem wielkiego szczęścia, bo światełko w tunelu już tak blisko… Powiem szczerze, że odliczałam dni do końca 2007 r. Nie mogłam się doczekać tego Nowego… wszystkiego co w nim się ma wydarzyć, długo mogłabym pisać o swoich emocjach, odczuciach, snach…
Czułam jednak, jego strach, niechęć, pojawiającą się przy każdym moim planowaniu przyszłości z dzieckiem, nawet w kontekście wakacji itp. Nie podejmował tematu i uciekał od niego. Podsunęłam mu książkę „Bociany przylatują zimą… „ – przeczytał ale nie doznał, jak to powiedział nagłego olśnienia. Książka fajna, ale nic w jego podejściu nie zmieni…

… i tak to, nie dalej jak wczoraj, dowiedziałam się, że mój mąż nie jest gotowy na adopcję, że „chce mieć dziecko, ale swoje, a skoro nie może mieć swojego, to nie wie, czy chce mieć adoptowane”. Długo rozmawialiśmy, mówiłam mu o wszystkich swoich uczuciach, o tym, że pragnę być matką, o tym, że pewne decyzje płynął z serca, nie z rozumu… to wszystko na nic… Jest zatwardziały w swojej decyzji, nie pójdzie ze mną do Ośrodka, nie chce z nikim porozmawiać, nie chce czytać książek, nie chce czytać forum, nic nie chce, czeka tylko na jakieś olśnienie, które ma nadejść nie wiadomo skąd…
Boi się, że nie pokocha dziecka, że będzie głupie, albo chore, że będzie z patologicznej rodziny z ukrytymi wadami genetycznymi, wciąż myśli co powiedzą inni i patrzy na to swoim narcystycznym spojrzeniem.

Już nie potrafię ukrywać emocji, płakałam, bardzo płakałam, nadal płaczę… dziś cały dzień przesiedziałam na forum, próbowałam znaleźć jakąś receptę, może ktoś przeszedł przez podobną drogę, ale nic nie znalazłam oprócz tego, że czekają na dzieci, że już mają dzieci, że są szczęśliwi z małymi adoptusiami…

Bardzo kocham mojego męża i chciałabym mieć z nim dzieci – nie muszę urodzić mu dzieci – chcę aby dojrzał do decyzji adopcji, bo wiem, że wtedy dopiero staniemy się pełną i szczęśliwą rodziną… Ja mam 30, mój mąż 34 lata, ucieka nam czas, a ja bardzo drastycznie to czuję...
Na koniec wczorajszej rozmowy usłyszałam to czego tak bardzo nie chciałam usłyszeć... "że naciskam i że wzbudziłam w moim mężu poczucie winy, że jestem nieszczęśliwa, bo nie mamy dziecka przez niego"...

Jak długo mam czekać, co mam robić, jak pomóc mu w pokonaniu jego obiekcji, by móc w końcu poczuć na swojej szyi te malutkie rączki i usłyszeć wypowiadane szeptem KOCHAM CIĘ MAMO! ???

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (2 votes)

Odpowiedzi

Portret użytkownika Nastii

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

kilka miesięcy temu też przechodziłam przez to co Ty teraz przechodzisz. Współczuję Ci serdecznie. Reakcja mojego mężą była zupełnie inna. Może Twój mąż musi dojrzeć do tej decyzji? Daj mu jeszcze trochę czasu.
Zresztą mace mały staż małżeński - ośrodki wymagają stażu 5 letniego (czasami 3 letniego). Fakt, że jesteś tak krótko po rozwodzie też nie działa na Twoją korzyść. NIe możesz go do niczego zmuszać bo to i tak wyjdzie podczas testów . Uzbrój się w cierpliwość. Pozowdzenia.

Portret użytkownika mikalek

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

Tak mi przykro, że tak cierpicie. Wiem, że taka decyzja jest trudna, ja też myślę o adopcji, ale mój mąż nie chce o tym słyszeć najgorsze jest to, że nie myśli o nas tylko o tym co inni powiedzą. Życzę Wam z całego serca, aby wszystko się w końcu ułożyło, żebyście byli szczęśliwą rodziną

2 razy IUI :-(
6.11.2008 - Igunia. Dziękuje dr M :-)
20.04.2012...zdarzył się cud..:-)
17.01.2013 - Majcik. Dziękuje dr J :-)

Portret użytkownika Paulka

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

Tak mi przykro, wiem przez co przechodzicie. Napiszę coś co trudno Ci na pewno przyjąć, bo mnie było trudno: MUSISZ DAĆ CZAS SWOJEMU MĘŻOWI, bez naciskania i przyśpieszania. 4 lata temu, po poronieniach, badaniach podjęłam decyzję o adopcji. Mój mąż powiedział, że jeszcze chce, żebyśmy dalej próbowali i leczyli się. Powiedział, że potrzebuje jeszcze co najmniej roku. Było to dla mnie bardzo trudne bo nie miałam już sił do dalszych prób (i tego o czym i Ty pisałaś). Nie wiem skąd wzięłam cierpliwość i postanowiłam zamilknąć w temacie: adopcja. Po mniej więcej roku usłyszałam, że możemy wstępnie pójść do ośrodka i się powypytywać o szczegóły dotyczące adopcji. Dostałam skrzydeł, jeszcze tego samego dnia byliśmy w ośrodku :-)
Od 1,5 roku mamy nasz największy SKARB - naszą córeńkę!!
A wczoraj, przed snem usłyszałam od męża, że trochę żałuje, że nie zdecydował się wcześniej. Z drugiej jednak strony zdaje sobie sprawę, że mielibyśmy wówczas inne dziecko, a to TA nasza córeńka jest wyjątkowa i najwspanialsza.
Życzę Ci cierpliwości, zewnętrznego wyciszenia i trwania w podjętej decyzji. Niebawem i Twój mąż do niej dojrzeje - tylko mężczyźni nie lubią naciskania - to ich ta duma i chęć samodzielnego podejmowania decyzji.
Daj znać jak pójdziecie razem do OA. Aaaa i nie odczytuj tego doświadczenia jako kary itp. bo "złoto próbuje się w ogniu".
Trzymam kciuki i pozdrawiam

Moja córeńka -
nie krew z mojej krwi, nie kość z mojej kości, nie rosłaś pod sercem mym
ale każdego dnia byłaś w nim...

Portret użytkownika Tereska26

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

... bardzo poruszył mnie ten list. Zaczęłam przypominać sobie jak to było z nami. Od początku małżeństwa (7 lat temu braliśmy ślub) probowaliśmy być w ciąży i nic. Na początku mój mąż nie był tak całkiem otwarty na adopcję, ale rozmawialiśmy o tym, że bardzo chcemy mieć dzieci, chcemy sie dzielić naszą miłością. Przed naszym ślubem zetknęłam sie z ośrodkiem adopcyjnym i wiedziałam, że zanim dojdzie do adopcji trzeba odbyć kurs (w tym ośrodku). Więc jak mąż miał wątpliwości to postanowiliśmy na początek odbyć kurs przygotowujący do adopcji, który do niczego nie zobowiązuje. Spotkania odbywały się raz w miesiącu po 4-5 godzin, przez 6-7 miesięcy, było nas ok. 8 małżeństw. I powiem szczerze to był "strzał w dziesiątkę". gdyż tam na żywo przekonaliśmy sie że większość małżeństw ma podobne problemy i pytania co my. Czas tam spędzony wiele uporządkował w naszych głowach i sercach, mieliśmy czas na przemyślenie, zadanie pytań i uzyskanie odpowiedzi. Po jego zakończeniu jeszcze kilka miesięcy nie podejmowaliśmy tematu adopcji. Dojrzewaliśmy do decyzji na TAK, kiedy już decyzja zapadła wspólnie udaliśmy się do ośrodka i złożyliśmy swą deklarację o adopcję. Obecnie od 3 lat jest z nami cudowna dziewczynka i nie wyobrażamy sobie życia bez niej. Pozdrawiam i życzę dużo wiary, nadziei i miłości.

Gosia

Portret użytkownika irenka444

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

Witaj, Twój list mnie bardzo wzruszył. Mamy podobne problemy, mój mąż również nie może się pogodzić z tą sytuacją. Jesteśmy po ślubie prawie 7 lat, od początku staralismy się o dziecko ale bardzo szybko okazało się że to nie będzie możliwe, miałam 25lat i to było dla mnie straszne, zawsze kochałam dzieci. Całe moje życie legło w gruzach, mąż stara się jak może skompensować mi brak dziecka , ale nigdy nie podejmuje tematu ani adopcji ani nawet leczenia. Mówi mi że chce mieć dziecko, ale nie jest w stanie powiedzieć skąd. Więc uzbroiłam się w cierpliwość i czekam, czekam... W tej chwili mam 32lata, mąż 36lat. Nie wiem jak długo będę czekała. Nie mogę już tak dalej żyć, teraz już nie płaczę, tylko wyję z bólu, rozpaczy i beznadziejności. Cóż mogę Ci poradzić? Uzbroić się w cierpliwość - tak, daj mu czas, ale nie czekaj w nieskończoność, bo się wykończysz i psychicznie i fizycznie, wtedy nie będzie z Ciebie żadnego pożytku.

Portret użytkownika madpiotr

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

witaj
nie wiem czy moje rady ci pomoga ale warto sie zastanowic.
postaraj sie delikatnie wplywac na meza aby poczul ze to ON jest odpowiedzialny za wasze szczesie, przyszlosc i dziecko. to ON musi sie okreslic co dalej - jednoznacznie (podjac meska decyje) - i dzialac. najlebiej zeby widzial ze bycie ojcem to kolejmy etap walki (wyzwanie), ktoremu musi stawic czolo.
wiem ze to moze byc ciezkie i wymaga czasu.
nie atakuj go swoimi decyzjami raczej wskazuj kierunek (wymagana dyplomacja).
i jeszcze jedno BARDZO WAZNE musicie powiedziec rodzine ze macie problemy ON MUSI to zaakceptowac - powinno mu to ulatwic akceptacje wlasnej niedoskonalosci

On ciagle nie zakceptowal waszego (w tym i swojego) problemu.

Bylem (jestem) w podobnej sytuacji. Tylko walka moze cos zmienic (walka nie znaczy otwarta wojna). ciezko jest przyjac do siebie (do serca) pewne fakty, ciezko jest podjac decyzje (lenistwo, odsuwanie wszystkiego na przyszlosc - wygoda), a czas plynie. mam nadzieje ze obudzilem sie jeszcze w pore i bede w stanie walczyc aby wygrac wojne.

pozdrawim
zycze sily i wytrwalosci

Portret użytkownika beata321975

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

jestem w podobnej sytuacji ale z pierwszego malzenstwa mam dziecko 13 letnie z drugim mezem wychowujemy mojego syna lecz od 5 lat bezskutecznie staramy sie o dziecko - u nas zapadla narazie decyzja o invitro nasieniem meza slabym ale musi sie udac w przeciwnym razie moj maz tez sie nie zgodzi na adopcje - twierdzi ze juz jednego syna ma prawie jak adoptowanego i drugie dziecko chce swoje - lub jak mowi chodz niech mysla ze jego wiec wchodzi w gre invitro nasieniem dawcy - mam tyle lat co ty i wiem ze czas szybko ucieka i wiem jedno ze adopcja to jedna z drog ale pomysl o inseminaci nasieniem dawcy bo dzidzia w brzuchu to milosc ktora kazda matka powina przezyc!!!

nikola 25.09.2008

Portret użytkownika omilka

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

Po operacji, w wyniku której urodzenie dziecka nie było już dla mnie możliwe zapragnęłam adopcji, wydawało mi się, że mam puste ręce. Trwało to ok. 6 lat. Temat ten poruszałam tylko od czasu do czasu. W końcu mąż zgodził się na zgłoszenie się do ośrodka adopcyjnego, ze względu na moje uczucia. Byłam już po czterdziestce.
Po roku otrzymaliśmy kontakt z niespełna dwuletnią dziewczynką z Domu Dziecka. Po pierwszym spotkaniu mąż powiedział, "żeby jak najszybciej ją nam dali".Dzięki pomocy Ośrodka, życzliwości sędziny i dla dobra dziecka mała już po 10 dniach była u nas.
Za miesiąc odbyła się rozprawa w sądzie. Kiedyś naciskałam na męża, sądziłam, że sama ze wszystkim poradzę, byle tylko się zgodził. Po 11 latach wiem, że udział obojga rodziców jest konieczny. Mała miała schorzenia, trzeba było chodzić do specjalistów, robić często wyniki. Teraz też bywa trudno. Dziecko dojrzewa, żąda dużo więcej wolności, niż może uzyskać , często nam ubliży. Co powie w takiej sytuacji mąż, który adopcji nie chciał?
Dziś, gdy córka ma jakieś problemy z lekcjami, lub powtórzyć materiał, woli zrobić to z mężem, niż ze mną.Z jednej strony myślę, że byłoby nam łatwiej, gdybyśmy dziecko adoptowali wcześniej, gdy byliśmy młodsi, z drugiej strony, dobrze, że mąż miał czas dojrzećł do takiej decyzji.

Portret użytkownika Meri

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

witaj
Bardzo mnie przejęła Twoja historia. Pamiętam jak ja bardzo czekałam na decyzję mojego męża ....też byłam zdenerowana , naciskałam ......a teraz wiem że nie powinnam była każdy musi dojrzeć sam do pewnych spraw....Twój mąż też . Do tego dochodzi jeszcze to ze on zapewne bardzo przeżywa że problem jest po jego stronie.....może udaj się po poradę do psychologa . To pomaga po co czasem błądzić po omacku jak są specjaliści ..... .
POwiem Ci, że u nas ja podjęłam temat adopcji jeszcze przed tym jak okazało się że nie będziemy mieli biologicznego dziecka ....ja byłam motorem tego wszystkiego a w konsekwencji to mnie dopadła depresja poadopcyjna i to mój mąż ten którego reakcji tak sie obawiałam pierwszy powiedział że nie wyobraża sobie zycia bez naszej córeczki ........ Więc kochana daj czas mężowi....matką i ojcem nie stajemy się ot tak, ze swojego przykładu wiem, że do tego trzeba dojrzeć i tego się nauczyć.....
Będę trzymała kciuki !!!!!!

Portret użytkownika niezapominajka55

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

Kochanie, nie możesz siebie i męża terroryzować waszym dramatem, tak nie wolno, to nic nie da. Pamiętaj to nie jest żadna kara niebios itp.tak nieraz bywa w życiu, jesteście wartosciowym kochajacym się małżeństwem. Uważam, że musisz niestety trochę się wyciszyć, nie możesz zadręczać siebie i męża, nie prowokuj wzajemnego poczucia winy, nie jesteście temu winni.
Moja rada, a jestem już babcia - dajcie sobie wiecej czasu, omijaj ten drażliwy temat. Twój mąż nie jest do tego gotowy, wiem, że to jest trudne sama czekałam na syna ponad 2 lata a wydawało mi sie wieki. Dziecko musi być kochane, oczekiwane a Twój mąż zachowuje się naprawdę racjonalnie, jestem przekonana że sam zacznie z Tobą na ten temat rozmawiać, nie znam waszych upodobań ale np.film o takiej tematyce. Swoją drogą to jest b.ważna decyzja w życiu, on musi zdecydować sam czy jest w stanie pokochać adoptowane dziecko bez względu na mogące w przyszłości wyniknać problemy. Kobieta jest inaczej skonstruowana, łatwiej adoptuje sie się do sytuacji a kiedy jest matką bezgranicznie i często ślepo kocha. Pozdrawiam serdecznie!

Portret użytkownika ewuniami

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

WITAJ....ja mam 32 lata i mam 2 letnia coreczke ...urodziłam ja ...ale to to woli informacji nie o tym chcialam ci napisac...3 lata temu po 6 latach prob zaszlam w ciaze i w 6 tyg pornilam...moj maz nie chcial nawet wlasnego dziecka miec bo..wlasnie bo...nie czuje sie gotowy tak mowil aby zostac ojcem....jak poronilam powiedzial ze dobrze iz tak sie stalo bo to zly moment dla niego i odetchnal....moglam znosic fakt ze przez lata sprzeciwial sie decyzji o dziecku ale jak sie pojawila realna szansa tak mnie zranic?facet 29 letni?po tylu latach malzenstwa?kochalam go zawsze strasznie mocno...ale wtedy cos peklo..i wykrzyczalam mu ze to koniec..ze ja kochalam to dziecko nienarodzone a on jest bydlakiem ze jest egoista i draniem i ze to koniec naszego malzenstwa malo tego powiedzial ze znajde mezczyzne ktory zapragnie miec ze mna dziecko urodzone adoptowane ...niewazne poprostu nasze..i ze odchodze....miesiac milczenia ...potem cicho zaproponowal wakacje ostatnie..pod koniec urlopu zaproponowal abym dala mu szansa jedna raz i na rok jesli przez rok nie uporzadkuje swoich spraw i postawy wobec mnie sam poprosi o rozstanie...zgodzilam sie...8 miesiecy pozniej mial prace zaczal studia i poprosil aby odstawila pigulki ktore mam po poronieniu...zgodzilam sie tym razem nie zalezalo mi ....tym razem bralam co mi dal i bylam bierna ..bez entuzjazmu bez nacisku....pierwszy cykl...ciaza...bylam bardziej w szoku niz w stanie euforii balam sie...potem plamienie szpital...tym razem byl czuly opiekunczy byc moze nadal nie chcial dziecka byc moze nadal sie bal ale nie chcial mnie stracic ...poczulam sie kochana i ze przez pryzmat milosci do mnie oczekuje ze mna tego dziecka ..przelom nastapil podczas 1 usg w 5 miesiacu ...byly wczesniejsze ale w szpitalu on tego nie widzial...podczas usg ....on zaczal walczyc o dziecko o jego zycia ...to tez czulam ze on juz nie troszczy sie tylko o mnie ..czy na pokaz ..zaczelo mu zalezec..potem czul pierwsze ruchy..jak bylo kolejne krwawienie i strach plakal...w szpitalu za szyba....urodzilam...widzial dziecko ale ja nie wodzialam jego reakcji to bylo c/c czlowiek jest otumaniony...pierwsza reakcja i jego slowa jak przywiozlam wozeczek z zawiniatkiem i odchodzilam z mala na sale..."..pilnuj tego szkrabka malego bo to taki maly skarbek.."wtedy czulam..on ja kocha ...bylam nawet zazdrosna...minelo 2 lata ..on do niej wstaje on ja kapie on ja ubiera teraz jak to pisze on sklada komputer do pracy dyplomowej a ona ulada z nim srubki i jest dumny ze dzielnie mu pomaga ..nauczyl sie milosci nauczyl sie byc ojcem ...jestesmy szczesliwi:)...przemysl moja historie ...moze warto czasami poszantazowac .....bo oze twoj maz sie boi...wielu ale ....pozdrawiam

Portret użytkownika ciocia77

Re: Chcę być mamą... ADOPCYJNą!

Mamy z mężem po 30 lat. Trzy lata jesteśmy małżeństwem. Nie mamy swoich dzieci. Natura odmawia nam posłuszeństwa. Dwa lata temu zaczęliśmy walkę z niepłodnością u łódzkich specjalistów i... jeden odsyłał nas do drugiego. Nowe badania i stawiane diagnozy przynosiły kolejne łzy. Też myślałam o mężu, jak mnie odbiera taką smutną, szlochającą po kątach. Rozmawialiśmy, że musimy coś robić, żeby nie stać w miejscu w tym temacie. Nowe kuracje i...nowe nadzieje. Nadchodził Nowy Rok 2007 a my nie mieliśmy ochoty na zabawę. Sylwestra spędziliśmy w gronie rodzinnym. Była tam też 17-letnia dziewczyna z Domu Dziecka. Wtedy dowiedziałam się o Rodzinach Zaprzyjaźnionych. Od roku mamy status takiej rodziny Ośrodka Opiekuńczo - Wychowawczego w naszej miejscowości. Mój mąż był bardzo zdystansowany do tego pomysłu. Mówił:dziecko to nie książka, którą można otworzyć i zamknąć. Bardziej się bał ode mnie tej współpracy. Sama więc poszłam do Ośrodka na spotkanie z panią Dyrektor, była życzliwa, ale zdystansowana. Następnie przeszłam rozmowy z panią psycholog tego Ośrodka i dopiero mogłam spędzać wspólne chwile z dzieckiem w domu. Dzisiaj uważam, że to co robimy jest bardzo dobre dla dwóch stron. Spotykamy się w każdy weekend z dziewczynką 4,5 letnią (dziecko nie ma uregulowanej sytuacji prawnej). Dom tętni życiem. Oliwia jest bardzo radosnym, dynamicznym dzieckiem. Moi rodzice, z którymi mieszkamy akceptują małą Oliwkę. To co robimy daje nam dużo radości, nadaje sens. Mąż przyzwyczaja się do obecności dziecka w domu. Pół roku temu złożyliśmy papiery w Ośrodku Adopcyjnym. Uważam, że trzeba podejmować decyzje teraz, kiedy mamy dużo siły, wiary, odporności, dużo pomysłów i "zdrowia". Nie ma co czekać do 40-ki, do momentu wypalenia. Nadmienię tylko, że to co robimy jest trudne. Musimy pamiętać, że najważniejsze jest dobro tego dziecka i świat jej emocji. Zabierając Oliwkę możemy pokazać jej normalny dom, zdrowe relacje międzyludzkie, spędzić wspólnie czas na zabawie u 4-tniej sąsiadki, pokazać kaczki, kury, a nawet większe i mniejsze zwierzątka w ZOO, zabrać do cukierni na ciacho, pokazać to czego może jeszcze nie widziała i opowiedzieć o tym, czego jeszcze nie słyszała. Lubię być - tylko - ciocią, ciocią do której mała dziewczynka lubi mówić: "ciociu Kocham Cię ", a ja mogę zawsze uśmiechnięta odpowiedzieć:"ja Ciebie też".

Portret użytkownika studenttt

Mala Magda szuka rodzicow

zien dobry. Jestesmy studentkami V roku wydz.lekarskiego. Na zajeciach z pediatrii spotkalysmy mala Magde i od razu ja pokochalysmy :) Magda ma uregulowana sytuacje prawna i wlasciwie "od jutra" moze zostac adoptowana. Dziewczynka urodzila sie z wada ktora zagrazala tym ze nie bedzie chodzic.. Zostala zoperowana i swietnie sie rozwija, ma bardzo duze szanse na to aby chodzic. Mala ma teraz 4 miesiace. Jesli jest ktos kto chcialby blizej poznac cala sytuacje prosze o kontakt mailowy na adres

magda21.01.10@gmail.com

Zamieszczamy rowniez zdjecia :)

http://picasaweb.google.pl/116178740607925646388/Malamagda?authkey=Gv1sR...

Portret użytkownika stempniakk

...

Tak mi przykro ;-( że tak czekasz, życzę Ci żeby zmienił zdanie. żebyś jeszcze zdążyła. My dopiero zaczynamy a mój mąż zdecydował się praktycznie niedawno. najpierw zasiałam ziarno. Później podsunęłam lektury, opowiadałam jeśli nie miał ochoty czytać. Starałam się rozumieć dlaczego nie chce, czego się boi i na te pytania szukać odpowiedzi i w rozmowach kolejnych wyjaśniać mu czego się na ten temat dowiedziałam. Nie nachalnie, ale zawsze zaznaczałam mu że to dla nas ważna sprawa i warto wszystko przedyskutować na co jesteśmy gotowi. Czego się boimy, bo ja też się boję a każdy boi się nieznanego. Zaskakiwał mnie swoim podejściem i pytaniami, martwił się o mnie, o nas i o to dziecko którego nie znamy. Teraz zbieramy papiery, wszystko przed nami a oni mogą nawet zdecydować ze się nie nadajemy. Teraz tego boimy się najbardziej, bo nie wystarczy chcieć...trzeba się również nadawać a o tym zadecydują inni, co jak odmówią? pozdrawiam

Portret użytkownika kater88

Ralph Lauren offers tasteful

Ralph Lauren offers tasteful customers the very best in men’s and women’s apparel and accessories, children’s wear Ralph Lauren Polo , home furnishings and fine fragrances. Whether I’m looking for sporty weekend wear, a classic suit, or a timeless bag, I can find it in their exclusive collections. What I love most though is that Ralph Lauren MEN exceptional service lets me shop at home without sacrificing the special touches that make a wardrobe extraordinary. Here’s what makes Ralph Lauren so exceptional:

Personal Shopping From the Comfort of Home:

Ralph Lauren’s customer service is Ralph Lauren WOMEN on call by phone or email to assist you in selecting just the right thing for yourself or as a gift. Whether you have questions about fit, fabric or just want to explore all your choices with their knowledgeable staff, Ralph Lauren’s personal Ralph Lauren CHILDREN will help you make the perfect selection.

The Perfect Fit, For Free:

Build a wardrobe to last a lifetime with made-to-measure menswear, complimentary alterations on many suits and Collection apparel Ralph Lauren ACCESSORIES , and the personalized color and style of create-your-own Collection monograms.

Portret użytkownika kater88

Ray Ban's iconic collection

Ray Ban's iconic collection of sunglasses are the ultimate cool accessories Ray Ban Sunglasses . Whether you're looking for the rock 'n' roll flair of a Wayfarer, or the laid back attitude of an Aviator, Ray Ban is a brand with a long heritage in eyewear Ray Ban Tech - and they've learned a few things along the way.

Beginning in 1936, Ray Ban's innovation spawned the classic Aviator Ray Ban Wayfarer . The tear-drop shape being the most efficient way to block light from entering the eye, it was issued to US pilots. General MacArthurs's aviators, worn landing on the beach during World War 2, furthered civilian demand of Ray Ban RB3362 the frame and a classic was born. It wasn't until 1952 that Ray Ban developed the Wayfarer, with plastic frames seen as the material of the future. More recently, the brand has seen a huge resurgence with Ray Bans becoming a 'wardrobe staple' for fashionistas Ray Ban RB3422Q ; as well as having universal appeal amongst, well, just about everybody. We have seen the re-invention of classic styles, such as wooden and aluminium clubmasters Ray Ban RB3460 , 'distressed' aviators and wayfarers, and the use of leather on several frames in the collection Ray Ban RB3466 .

Ray Ban's image has led to Ray Ban RB3467 the brand being seen in countless films and on the faces of rock stars all over the world - usually without any official Ray Ban input. From the classic Blues Brothers catapulting the Wayfarer into being the musician's sunglass of choice, to the 80s excess of The Wolf of Wall St Ray Ban RB3475Q , Ray Bans are still seen as a way for a character to be portrayed as cool.