Moje małe wielkie szczęścia

Temat: 
Nasze historie

Hmmm... nie wiem czy to druga lampka czerwonego wina czy może coś innego spowodowało, że postanowiłam napisać parę słów... Nie będą to żadne "ochy" i "achy" ani użalanie się nad sobą, bo tego nie cierpię. Ot, zwykła proza dnia.
W zasadzie to nie wiem po co to piszę, bo nie ma tu niczego niezwykłego. Chyba mam zwyczajną potrzebę uzewnętrznienia swych myśli...
Adasia poznałam na balu, niczym Julia Romea. To był mój studencki półmetek, ja byłam z kimś innym, on też. Po paru godzinkach bawiliśmy się tylko we dwoje. Trzy tygodnie później byliśmy zaręczeni i mieliśmy ustaloną datę ślubu - dokładnie za 1,5 roku.

To była miłość od pierwszego wejrzenia - czysta, ekscytująca, po prostu piękna. Kiedy półtora roku później pobraliśmy się, ja studiowałam jeszcze, a mąż zarabiał 800 zł. Było ciężko, ale zarazem tak lekko, bo przecież nie wiedzieliśmy jakie piekło zacznie sie równo za rok.

Marzyliśmy o dzieciach - chcieliśmy urodzić czworo i adoptować dwoje, mieć duży dom z ogrodem i dwa wielkie psy. Kiedy skończyłam studia, decyzja zapadła: "za miesiąc będziemy w ciąży!!!". Jakież było nasze zdziwienie, gdy test wyszedł negatywny, a ja dostałam @. Pół roku później diagnoza: endometrioza IV stopnia!!! Pamiętam jak całą noc z soboty na niedzielę spędziliśmy przed komputerem czytając co to jest ta endometrioza. Czytaliśmy i płakaliśmy...

Pierwsza laparoskopia - na bloku operacyjnym spędziłam 5,5 godziny, bo konowały jedne nie potrafiły wybudzić mnie z narkozy. Wolę nie pamiętać o tym, co przeżywali mój mąż, mama i brat, czekający na mnie przed salą operacyjną - to przecież miał być rutynowy zabieg. Laparo nie powiodła się, dostałam hormony, dwa miesiące potem byliśmy w ośrodku adopcyjnym, złożyliśmy dokumenty.

Po drodze przeszłam kilka kuracji hormonalnych, drugą laparoskopię i cały czas słyszałam, że się uda tylko trzeba czasu...
No i udało się...ale nie wszystko... w ciągu 5 lat zmieniła się nasza sytuacja materialna - ja pracuję, a mąż nie zarabia już 800 zł, budujemy dom i przede wszystkim mamy cudownego, jedynego w swoim rodzaju syna - Maksymiliana Aleksandra, który jest adoptusiem najśliczniejszym pod słońcem. Kochamy się wszyscy bardzo mocno, mój mąż to ciepły, wyrozumiały facet, zapatrzony w swoją żonę...Mamy nawet dużego psa, na razie jednego, ale po przeprowadzce dołączy drugi....Jesteśmy też po dwóch nieudanych zabiegach in vitro i szykujemy się do trzeciego. Stoimy w miejscu, wszystko podporządkowujemy cholernemu pęcherzykowi - pęknie czy nie pęknie, będzie transfer czy nie będzie. Ja chcę zmienić pracę, ale na razie nie mogę, bo przecież jestem uwięziona przez swoje jajniki!!! Ale mam to gdzieś! Moje słoneczko śpi za ścianą, wcześniej solidnie wyćmokane przez mamusię, a drugie słoneczko za chwilę wróci z pracy. I mam też swoją codzienną odskocznię - bociana!!!
Adasiu i Maksiu bardzo Was kocham!

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (1 głos )

Odpowiedzi

Portret użytkownika jablonka

Re: Moje małe wielkie szczęścia

Bardzo Ci dziękuję za ten artykuł!
Dawno nie przeczytałam takiego "podnoszacza na duchu" ;-)
Jestem w sytuacji podobnej (pewnie jak wiele innych tu dziewczyn)...
"Uwięzienie przez jajniki" - haha, jak swojsko zabrzmiało!
Wszystkiego co najlepsze na Nowy Rok!

Portret użytkownika Adajadam

Re: Moje małe wielkie szczęścia

Bardzo mi miło, że podniosłam Cię na duchu. Również życzę szczęścia w Nowym Roku!

"Za dwadzieścia lat bar­dziej będziesz żałował te­go, cze­go nie zro­biłeś, niż te­go, co zro­biłeś. Więc od­wiąż li­ny, opuść bez­pie­czną przys­tań. Złap w żag­le po­myślne wiat­ry. Podróżuj, śnij, odkrywaj." (Mark Twain)