zgoda na ciasteczka

Nie rozmnażajcie się - czyli jak polska debata bioetyczna stała się areną absurdu.

Temat: 
Pytania Podstawowe, Przemyślenia, Opinie
doktorLudzie korzystający z IV to ludzie, którzy chcą mieć dzieci. Nie zabijają zarodków, z których mogą się rozwinąć normalne ciąże. A te, z których nie mogą, nie rozwinęłyby się również po naturalnym poczęciu. Więc dlaczego ich śmierć w jajowodzie jest lepsza niż na szalce? Bo nie widać? Zasłanianie się tym, że o naturalnych wczesnych poronieniach nie wiedzą matki, jest hipokryzją. niewiedza o śmierci zarodka nie czyni tej śmierci mniej realną. A zarodki z IV niezdolne do rozwoju umierają nie dlatego, że ktoś je zabija, a dlatego, że są niezdolne do rozwoju.



Doktor Stefan, lekarz ginekolog z ponad trzydziestoletnią praktyką zawodową i zarazem zażywny sześćdziesięciolatek, bębnił nerwowo palcami po biurku. Z grafiku dostarczonego mu przez recepcjonistkę wynikało, że do pierwszej po południu miał zapisane aż trzy wizyty. "Więcej niż średnia -  pomyślał z niezadowoleniem, ale zaraz skierował myśli ku bardziej optymistycznym interpretacjom niedalekiej przyszłości - może to będą mięśniaki macicy albo przynajmniej cytologie?". W tej samej chwili drzwi gabinetu otworzyły się i stanęła w nich pierwsza pacjentka.
Trzydziestosześcioletnia Barbara od pewnego czasu myślała o dziecku. Do tej pory ciąża jakoś uciekała poza widnokrąg zainteresowań Barbary i Michała, jej męża. Wiadomo - najpierw jakaś praca, uzyskanie zdolności kredytowej, przede wszystkim zaś poznali się dopiero trzy lata wcześniej, więc rozmowy o ewentualnej ciąży zaczęli toczyć całkiem niedawno. No ale kości zostały rzucone, decyzja podjęta, koleżanki poinformowane o potrzebie odłożenia niemowlęcych ubranek. Wcześniej chcieli zrobić szereg badań prekoncepcyjnych, pogadać o suplementacji kwasu foliowego, takie tam wyzwania zaprzątające umysł odpowiedzialnych ludzi pragnących być rodzicami. Barbara pełna dobrych przeczuć wkroczyła w sterylną przestrzeń gabinetu ginekologicznego.
Ledwie przywitała się i objaśniła cel swojej wizyty, doktor Stefan poczuł, że oto sprawdzają się jego najgorsze prewizje. Kolejna nawiedzona kandydatka na matkę. Spojrzał krytycznie na pacjentkę i  - który to już raz w tym gabinecie? - rozpoczął od pytania zasadniczego:

- Ale w ogóle dlaczego chce pani być matką? Czy zdaje sobie pani sprawę z ryzyka wiążącego się z ciążą?

Barbara się stropiła. Nigdy dotąd nie myślała o tym w taki sposób. No ciąża i dziecko - normalna rzecz, prawda?
Doktor Stefan sięgnął jednak poza biurko po tabelkę estymacji ryzyka płodowego zespołu Downa w zależności od wieku matki i przesunął ją w kierunku Barbary oskarżycielskim gestem:

Tabela l. Ryzyko wystąpienia zespołu Downa w zależności od wieku matki
Wiek matki (w latach) Ryzyko urodzenia dziecka z zespołem Downa Ryzyko zespołu Downa u płodu w drugim trymestrze ciąży
16 1:1572 1:1257
20 1:1528 1:1222
25 1:1351 1:1081
30 1:909 1:727
31 1:796 1:637
32 1:683 1:546
33 1:574 1:459
34 1:474 1:379
35 1:384 1:307
36 1:307 1:246
37 1:242 1:194
38 1:189 1:151
39 1:146 1:117
40 1:112 1:90
41 1:85 1:68
42 1:65 1:52
43 1:49 1:39
44 1:37 1:30
45 1:28 1:22

- Zrozumiałbym jeszcze, gdyby przyszła tu pani w wieku szesnastu lat. Wprawdzie podejmowanie ryzyka jeden do tysiąca pięćset siedemdziesięciu dwóch jest co najmniej nierozsądne, ale w pani podeszłym wieku to ryzyko wzrasta prawie sześciokrotnie!

Barbara poczuła się nieszczególnie. Podjęła słabą próbę obrony:

- Nie rozumiem, większość moich znajomych zachodzi w ciążę po trzydziestce i to są zdrowe dzieci, nie dzieje się nic nadzwyczajnego....

- Szanowna pani! - żachnął się doktor Stefan - proszę mi oszczędzić osobistych anegdot,  ja pani przedstawiam twarde statystyki! Albo rozmawiamy o faktach albo o wyobrażeniach. Co więcej widzę z pani karty, że ma pani cukrzycę. Sądzę, że to kończy temat?

- Nie rozumiem - nie zrozumiała Barbara - co to ma w ogóle do rzeczy? Chce mi pan powiedzieć, ze kobiety z cukrzycą nie zachodzą w ciążę? Jestem pod opieką prof. Kowalskiej, pod stałą kontrolą metaboliczną....

- Nie, nie, nie - zaśmiał się posępnie doktor Stefan - pani zupełnie nic nie rozumie. Może opowiem pani o badaniach prospektywnych Miodovnika i Sutherlanda: u kobiet z cukrzycą ryzyko poronienia ciąży wzrasta do 29,5% w stosunku do grupy kontrolnej! Chce pani narazić życie poczęte na śmierć? Świadomie? Nie czuje pani ciężaru tej intencjonalnej zbrodni? Zakładając nawet, że pomogę pani w dokonaniu tego procederu, dam skierowania na badania i ustalimy, kiedy ma pani owulację, aby mogła pani zajść w ciążę; zakładając, że jakimś statystycznym cudem pani dziecko nie będzie mieć zespołu Downa - nadal narazi pani swoje dziecko na ryzyko wad wrodzonych, które dla pani grupy wzrasta dwu- trzykrotnie w porównaniu z grupą kobiet zdrowych. I to wykazał szereg badań począwszy od Greena w 1989, Becerry w 1990, Wender- Ożechowskiej z 1994 i wielu innych. Czy pani jest w ogóle świadoma faktu, że u noworodków matek z cukrzycą wady wrodzone są diagnozowane z częstością od 2,7% do 16,8% w zależności od badania i grupy?! I co mi pani na to powie?

- Pan mi tu opowiada jakieś bzdury! - zdenerwowała się Barbara - Ciąża i dziecko to nie są luksusy dostępne jedynie ludziom całkowicie zdrowym, w ogóle to nie ma takich ludzi, którzy nigdy by na nic nie zachorowali i nie mieli żadnej choroby w rodzinie. Pan ma chyba podejście eugeniczne!

Doktor Stefan westchnął głęboko. Ileż to razy toczył już w swoim gabinecie podobne rozmowy rozjaśniając maluczkim bezwzględne prawa medycyny i statystyki.  A przecież mógł ten czas przeznaczyć na rzeczy naprawdę wzniosłe: obserwację lęgu sikorek czubatek lub uczestnictwo w kolejnej konferencji rekolekcyjnej z cenionym genetykiem rekomendowanym przez sam Episkopat. Niestety, życie stawiało go wciąż przed trudem tłumaczenia pacjentom, jak rzeczy się naprawdę mają.

- Proszę pani - zaczął doktor Stefan specjalnym tonem zarezerwowanym dla naprawdę irytujących i upierdliwych pacjentek - nawet jeśli para jest całkowicie zdrowa, a to się czasem zdarza w przyrodzie, choć ja bym raczej użył poprawniejszej formy: "para niewystarczająco zdiagnozowana", to nadal pozostają nam badania Hertiga i Leridona, słyszała pani o nich?

- Nie- odpowiedziała skołowana Barbara - i nie wiem, czy chcę usłyszeć, pan mi może po prostu da skierowanie na badania w kierunku cytomegalii i różyczki, co?

- zaraz do tego dojdziemy - odparł cierpliwie doktor Stefan- Więc wracając do Hertiga oraz Frencha i Biermana - tu doktor Stefan sięgnął po kolejny wydruk i wręczył go pani Barbarze:
wykres Henriego Leridona

  - dzięki temu wykresowi opracowanemu przez niejakiego Henriego Leridona na podstawie dwóch wspomnianych, największych badań nad poronieniem, możemy zobaczyć, że w początkowym okresie rozwoju ludzkiego zarodka, a więc między 8-10 dniem od zapłodnienia, ponad 50% embrionów ulegnie unicestwieniu. Nazwijmy rzeczy po imieniu: ulegnie Holokaustowi. Ponad 50% ludzkiej populacji zginie jeszcze przed narodzinami! Zostaną wydalone wraz z, proszę mi wybaczyć użycie tego terminu, miesiączką kobiety. Urodzi się jedynie ponad 30% embrionów.  Każdego roku ponad 200 milionów ludzi zginie tylko dlatego, ponieważ ich nieodpowiedzialni rodzice zdecydowali się współżyć.

Barbara poruszyła się na krześle niespokojnie.
- pan próbuje mi powiedzieć, że ludzie nie powinni się w ogóle rozmnażać, ponieważ mogą poronić wczesną ciążę? - spytała z niedowierzaniem

- Ja tylko przedstawiam pani fakty - odparł skromnie doktor Stefan - Wnioski może pani wyciągnąć samodzielnie.

- To jakieś niedorzeczności! Gdybyśmy przestali rodzić dzieci uleglibyśmy zagładzie jako gatunek! - krzyknęła ze złością pani Barbara -  Chciałby pan, aby wszyscy zaczęli stosować teraz antykoncepcję, aby nie dopuścić do zapłodnienia i ewentualnego ryzyka poronienia?

- Nie "ewentualnego" tylko w ponad połowie przypadków - skorygował doktor Stefan stanowczo - I nie, nie uważam, aby antykoncepcja była właściwym rozwiązaniem. Przede wszystkim nie ma antykoncepcji stuprocentowo skutecznej, więc zawsze istnieje ryzyko, że nowy człowiek jednak się pocznie, a więc również że umrze. Poza tym antykoncepcja obciąża zdrowotnie kobietę i czyni ją seksualną niewolnicą mężczyzny, dostępną każdego dnia w roku. Nie, to nie jest odpowiednie wyjście.

- To co, powinnam adoptować, tak? - zawołała pani Barbara doprowadzona do ostateczności - Bo pewnie mi pan teraz powie o tysiącach sierotek w domach dziecka, które trzeba stamtąd zabrać zamiast zachodzić w ciążę!

- niekoniecznie, proszę pani - powiedział doktor Stefan  i potarł czoło zmęczonym gestem - Adopcja również niczego tu nie rozwiązuje. Po pierwsze wskutek ciągłej kopulacji dzieci nadal giną w łonach swoich matek, a te które przeżyją pierwsze tygodnie nadal są narażane na wady wrodzone. Tak więc zasadniczy problem etyczny wcale nie zostaje rozwiązany. Po drugie czy pani wie, o ile częściej takie ciąże są powikłane? Zachodzące przypadkowo w ciążę kobiety nie dbają o swoje zdrowie, nie rzucają nałogów, ponad połowa dzieci oddawanych do adopcji ma alkoholowy zespół płodowy, jak wykazują raporty towarzystw naukowych, a jeśli nawet nie jest to pełnoobjawowy FAS to zostają przecież FAE, PAE, ARND i inne zaburzenia rozwojowe związane ze spożywaniem alkoholu przez ciężarną... Wspieranie adopcji prowadzi niestety do wspierania niekontrolowanego rozrodu i trwałego unieszczęśliwiania społeczeństwa. Tak, tę ścieżkę również bym pani odradzał.

- To co ja mam zrobić?- spytała zdezorientowana Barbara - Jakie ma niby być to odpowiednie wyjście?


Doprawdy, to nigdy nie były łatwe rozmowy. Nie lubił ich przeprowadzać. Pacjenci z reguły nie myśleli racjonalnie, a najgorsze były właśnie kobiety po trzydziestce. Cechowały się wysoką emocjonalnością, która na doktorze Stefanie wywierała jak najgorsze wrażenie. To było wręcz wulgarne, ta ich energia i determinacja, aby zachodzić w ciążę bez brania pod uwagę wszystkich czynników ryzyka począwszy od groźby wewnątrzmacicznego morderstwa, a skończywszy na ryzyku obarczenia potomstwa wadami wrodzonymi i genetycznymi.
Częstotliwość wad wrodzonych w populacji polskiej wynosiła 40 na 1000 porodów, więc aż 16 tysięcy noworodków rodziło się każdego roku z tym piętnem. Częstotliwość wystąpienia Zespołu Beckwitha Wiedemanna wynosiła 1 na 30 tysięcy porodów, każdego roku aż 13 noworodków miało taką diagnozę. I to wszystko u ludzi wyłącznie płodnych! Z niepłodnymi było jeszcze gorzej - raz na cztery lata rodził się jeden noworodek z zespołem Beckwitha Wiedemanna urodzony w wyniku in vitro (ok. 2500 porodów rocznie). Nie mówiąc już o zespole Downa, najczęstszej populacyjnie przyczynie upośledzenia. A do tego przecież dochodziły powikłania ciążowe, niektóre kobiety wciąż jeszcze miały kaprys rodzić przez cesarskie cięcie zwiększające ryzyko zakażeń pooperacyjnych. Chorowały poza tym na cukrzycę ciężarnych, gestozę, zdarzały się łożyska przodujące i porody wcześniacze wymagające późniejszej rehabilitacji na oddziale neonatologicznym. Jeszcze w roku 2010 r. w Polsce urodziło się przedwcześnie ponad 27 000 dzieci, co stanowiło 6,7% wszystkich żywych urodzeń. Większość z nich wymagała opieki medycznej, niektóre zmagały się z retinopatią i porażeniem mózgowym. Kobietom w ciąży sypało się zdrowie, pogarszała kondycja stawów, pogarszał się stan obciążonego organizmu. I to wszystko z jakiego powodu? Ponieważ ludzie nie potrafili powstrzymać się od ruchów frykcyjnych! Ludzki egoizm porażał go i zasmucał. Cywilizacja śmierci pozbawiała tych ludzi moralnych kompasów, obserwował to każdego dnia swojej praktyki zawodowej.
Szczęśliwie był rok 2020 i coraz więcej profesjonalistów  budziło się z etycznego letargu odmawiając ludziom pomocy ginekologicznej, aby powstrzymać ich od zachodzenia w ciążę.
Początki nie były łatwe.
Po tym, kiedy zwolennicy, tfu! metody in vitro zaczęli podnosić głowę i wskazywać, że ciąża jako taka jest gigantycznym czynnikiem ryzyka, więc nieuprawnione jest ciągłe wyciąganie argumentów przeciwko prokreacji niepłodnych, skoro sama biologia ludzkiego rozrodu działa przeciwko człowiekowi, również ludzie prawicy, nieulękli synowie i córy polskiego Kościoła musieli się w końcu zmierzyć ze statystykami.
Badania Hertiga były gorzką pigułką. Trzeba było ją przełknąć i porzucić w końcu ten tchórzliwy argument o tym, że "natura nie zna moralności, poronienia naturalne to coś zupełnie innego". Nie, ludzie ginęli! Codziennie ginęły zygoty, ponieważ dopuszczono do ich powstania w łonach matek. Codziennie rodziły się chore dzieci, ponieważ ich rodzice przekazywali im wadliwe geny lub zwyczajnie - i jakże nieodpowiedzialnie!- stawali w złych miejscach szeregu statystycznego.
Nie można było dłużej chować głowy w piasek i uciekać w argument o "naturze". Czyż nie próbujemy ratować tych, których zaatakowała natura w postaci powodzi czy nowotworu? Czyż nie wynaleźliśmy antybiotyków i szczepień, aby chronić ludzi przed naturą? Dlaczego więc embriony miałyby być mniej cenne i mniej chronione przed naturą, skoro chronimy ich starszych braci? Przecież zarodki to ludzie od momentu poczęcia! Trzeba było zmierzyć się z problemem i przyjąć odważnie Wnioski wynikające z Twierdzenia.
Potem odezwali się pozostali chorzy sądząc, że zastraszą moralną większość: kobiety z cukrzycą, kobiety po 35 roku życia, ludzie z nowotworami w rodzinie usiłowali szachować lekarzy i etyków argumentami, że potencjalne, teoretyczne ryzyko urodzenia chorego dziecka nie może być powodem odbierania im prawa do bycia rodzicami.
Właściwie dobrze, że się wtedy odezwali, myślał refleksyjnie doktor Stefan, popchnęło to debatę do przodu i skłoniło do zwrócenia uwagi na fakt, że problem jest szerszy. Nie dotyczył tylko in vitro i niepłodnych, dotyczył wszystkich.
Sytuacja wymagała drastycznych kroków. Aby przeciwdziałać moralnej Pladze i zgonom blastocyst należało powstrzymać polską populację przed rozmnażaniem. Polska na razie była pionierem, ale należało się spodziewać, że pozostałe kraje Europy wezmą w przyszłości przykład z Chrystusa Narodów i zauważą, jak szalenie niebezpiecznym przedsięwzięciem jest ludzka ciąża i jak straszliwe konsekwencje ma każdorazowe zapłodnienie.

***

09 kwietnia 2015 roku odbyło się w polskim Sejmie pierwsze czytanie czterech projektów ustaw dotyczących prawnej regulacji zapłodnienia pozaustrojowego. Posłowie Prawa i Sprawiedliwości oraz posłowie niezrzeszeni, ale o proweniencji ultraprawicowej, przez pięć godzin dzielili się z wysokości sejmowej mównicy obawami związanymi ze zdrowiem dzieci urodzonych in vitro.  Relację możecie przeczytać tutaj. Statystyki latały niczym wróbelki, wielokrotności ryzyka ciążowego były szacowane z nonszalancją nastolatka opowiadającego o długości swojego prącia. Pytano o obywatelstwo zarodka i wskazywano, że zygota jest człowiekiem (to niepodważalny fakt naukowy!). Dowodzono, że zdrowy noworodek urodzony dzięki in vitro jest w zasadzie aberracją. Nie wyjaśniono wprawdzie, w jaki sposób postulat ochrony zarodka i jego "przyrodzona godność ludzka" ma się do wystąpienia pustego jaja płodowego czy zaśniadu groniastego, ale nie bądźmy nazbyt dociekliwi. 

Takie debaty pokazują, iż grupa ludzi niepłodnych traktowana zaczyna być jako społeczna subkategoria będąca rozsadnikiem nieracjonalnych żądań (chcą mieć dzieci) i nazwanych zagrożeń (ich dzieci są chore ponieważ rodzice są niepłodni i dopuścili do zajścia w ciążę). Tymczasem ciąża sama w sobie jest czynnikiem ryzyka dla każdej kobiety i dla każdego płodu. Dotyczy to zarówno ciąż osób płodnych, ale będących jednocześnie osobami cierpiącymi z powodu innych schorzeń, jak również ciąż osób płodnych i w pełni zdrowych. Wziąwszy pod uwagę, iż każdy Polak jest przeciętnie nosicielem 3 mutacji autosomalnie recesywnych oraz fakt, że ponad 90% ciąż z zespołem Downa wykrywanych jest u kobiet poniżej 35 roku życia (bo to najbardziej aktywna prokreacyjnie grupa) żadna ciężarna i żaden przyszły ojciec nie powinni czuć się bezpiecznie. Ogniskowanie problemu wad wrodzonych i powikłań w grupie niepłodnych czyni ich być może pożądanymi w społeczeństwie kozłami ofiarnymi, którzy wynoszą na swoich grzbietach poza miasto zbiorowe lęki dotyczące kondycji zdrowotnej populacji, ale nie przybliża nas w żaden sposób do prawdy: wszyscy jesteśmy zagrożeni, każdy w innym stopniu, ale z drugiej strony wystarczy spotkać drugiego nosiciela mutacji w tym samym genie, aby ryzyko urodzenia chorego dziecka wyniosło 25%. A to dużo, dużo więcej niż najbardziej konserwatywne wyliczenia dotyczące wystąpienia syndromu Beckwitha Wiedemanna u dzieci urodzonych w wyniku in vitro ( OR: 3,0).

Jeżeli jednak Twierdzenie o tym, iż zarodek jest człowiekiem jest prawdziwe, unieśmy ciężar finalnego Wniosku: każda kopulacja zakończona zapłodnieniem jest potencjalnie zabójcza dla zygoty. Nieliczni ocaleńcy będą narażeni na wystąpienie wad wrodzonych, zakażeń wewnątrzmacicznych, porodu wcześniaczego. 
Jeżeli Twierdzenie o tym, iż ciąża u pary niepłodnej wiąże się z podwyższonym ryzykiem dla dziecka jest prawdziwe, unieśmy ciężar Wniosku dla każdej pozostałej grupy chorych:  kopulacja ludzi niebędących bezwzględnie zdrowymi wiąże się z podniesionym ryzykiem wystąpienia wad wrodzonych u płodu.
Więcej, wystarczy starać się o ciążę dłużej niż rok i zajść w nią spontanicznie po tym czasie, aby od razu wskoczyć do grupy podwyższonego ryzyka:
ciąża naturalna po co najmniej rocznym okresie oczekiwania

I wcale nie potrzebujemy do tego wyciągać z rękawa in vitro, nespa.
Każdą grupę - w tym grupę ludzi doskonale płodnych - można w ten sposób udupić począwszy od ryzyka ZD wzrastającego z wiekiem matki, przez ryzyko wad wrodzonych w populacji ogólnej, przez nosicielstwo mutacji, wreszcie dochodząc do określonych jednostek chorobowych (cukrzyca, niepłodność, epilepsja, schizofrenia etc.) i wskazując na ich korelację z poronieniami, zagrożeniem okołociążowym i okołoporodowym oraz z ryzykiem dla dalszego rozwoju dzieci.
Ale o tym wcale w Sejmie nie mówiono.

Co z tym teraz zrobimy, drogi Szerloku?

***

Doktor Stefan zapatrzył się w okno. Kobieta wciąż czekała na odpowiedź, a przecież powinna się jej domyśleć. Czyżby była aż taką idiotką? Zerknął ponownie w papiery: 36 lat, cukrzyca. Sprawa była najzupełniej oczywista.
- Proszę pani - zaczął życzliwie - Proszę mnie nie posądzać o brak uczuć. Doskonale zdaję sobie sprawę z potrzeby rodzicielstwa u dwójki kochających się ludzi. Są przecież inne wyjścia, równie piękne w swoich założeniach, a niewiążące się z ryzykiem dla dzieci.

Śmiałym ruchem wyciągnął z segregatora ostatnią ulotkę, którą zwykł wręczać swoim pacjentkom:
duchowa adopcja dziecka poczętego


- I zalecam celibat - dodał ciepło - Szczęść Boże!


***


bibliografia dla ciekawych:
Zacznijcie od Toby'ego Orda i jego wspaniałego eseju filozoficznego "Plaga". Znajdziecie go tu:
http://pbc.biaman.pl/Content/15564/archeus10-srodek.pdf
 Poza tym:
 Miodovnik M., Mimouni F., Siddiqi T. A., Khoury J., Berk M. A., Spontaneous abortions in repeat diabetic pregnancies: a relationship with glycemic control. Obstet Gynecol 1990;75(1):75-78.
Sutherland H. W., Pritchard C. W., Increased incidence of spontaneous abortion in pregnancies complicated by maternal diabetes mellitus. Am. J. Obstet. Gynecol. 1987;156(1):135-138.
F. E. French, J. E. Bierman, Probabilities of fetal mortality, Public Health Report, 77 (10), 1962, 835-837.
A. T. Hertig, The overall problem with man, W: K. Bernischke (red.) Comparative aspect of reproduction failure, Springer-Verlag, New York 1967, 11-41.
H. Leridon, Human fertility: the basic components, University of Chicago Press, Chicago 1977.

http://www.rejestrwad.pl/
http://www.biol.uw.edu.pl/sknn/pliki/archiwum0910/fas.pdf
http://ciaza.mp.pl/porod/show.html?id=75436
http://diabetologiaonline.pl/lekarz_diabeto_adoz,info,64,0.html
http://www.libramed.pl/wpg/NumeryArchiwalne/05/06.html
http://www.ndss.org/Down-Syndrome/What-Is-Down-Syndrome/

***
Tekst pochodzi z bloga lemingi i inne żyjątka
Pierwsze zdjęcie Alex Proimos na licencji (CC BY-NC 2.0)
4
Twoja ocena: Brak Średnia: 4 (8 głosów )