trzeba czasem płakać, ale nigdy nie wolno rozpaczać

Temat: 
Nasze historie

Nasze historiePrzez ponad 3 lata (a każda starająca się para wie, jak długo potrafią trwać trzy lata)staraliśmy się z mężem o dziecko. Najpierw tłumaczyliśmy sobie, że przecież nie warto panikować i czasem droga do rodzicielstwa trwa dłużej, potem w duszy rodził się coraz większy strach, do którego nie chciałam się nawet głośno przyznać, że coś musi być nie tak. Aż w końcu oboje musieliśmy przyznać, że nasze największe życiowe marzenie będzie wymagać prawdziwej walki i może nigdy się nie spełnić.

Pamiętam jak po odebraniu wyników nasienia męża (asthenoteratozoospermia) oblał mnie zimny pot i ogarnął mnie strach, którego nie można porównać do niczego. Postanowiliśmy walczyć, zaczęła się droga przez mękę - badania, witaminy, ćwiczenia, zmiana nawyków etc.. - jednym słowem cały arsenał środków, za które zabierają się "pary z problemem". Co miesiąc nowa nadzieja i co miesiąc straszny płacz wraz z nadejściem miesiączki. Nasze wspaniałe dotychczas współżycie zmieniło się w niemal mechaniczny, obowiązkowy rytuał - określonych pór i pozycji. Zawsze uwielbiałam oglądać w sklepach dziecięce ubranka i "obgadywać" mijające mnie na ulicy wózki. Wraz z moją prywatną walką wszystko to stało się dowodem mojego nieszczęście i wywoływało tylko skurcze żołądka.
Po dwóch latach zapada decyzja - profesjonalna klinika leczenia niepłodności. I znowu wielkie nadzieje i niestety jeszcze większe wydatki. Masa hormonów, 5 inseminacji, bolesne badania, ciągła dieta - a to na wzrost komórek, a to na zagnieżdżanie, a to na jakość endometrium - i tak w koło. Wspólne wieczory, które zawsze były dla nas wspaniałym czasem we dwoje, zmieniły się w naukowo medyczne dywagacje na temat możliwych opcji działania, omawiania wyników, oceniania wielkości gamet...I WCIĄŻ NIC!!! Kolejne koleżanki cieszyły się brzuszkami. Rodzina maltretowała nas pytaniami, jak to 7 lat po ślubie i wciąż bez dziecka? nikomu nie powiedzieliśmy o naszym problemie - wymyślaliśmy historie o studiach, wykończeniu domu, stabilizacji w pracy. Jedynym wsparciem był dla nas Bocian i historie, porady i wskazówki Bocianowiczów. To był dla nas azyl, tylko tu czuliśmy się zrozumiani i bezpieczni z naszym problemem, bez ryzyka ocen, sztucznego współczucia i głupich pytań.
Mąż z pewnego siebie przystojniaka zmieniał się w kłębek nerwów, poczucie winy go zjadało i choć wyniki nasienia z czasem się poprawiły, wyczekiwanych efektów nadal nie było, za to środków na koncie coraz mniej. Zmieniła się tylko diagnoza - niepłodność idiopatyczna, a sytuacja nie zmieniała się wcale.
Czasem czułam w duszy tak przytłaczający ból, że chciałam krzyczeć z rozpaczy. Z przerażeniem odkryłam, że wraz z pojawiającą się miesiączką (a więc kolejna porażka), najlepiej smutek zabija duuużo czerwonego wina. Sama siebie nie poznawałam.
Pewnego dnia trafiłam na rutynowe badanie do ginekologa, który zaniepokojony moimi wynikami zaproponował mi histeroskopię, a wiedząc już o moim problemie zdecydował się także na laparoskopię. Kolejne dni bólu fizycznego i psychicznego, pobyt w szpitalu i komplikacje po zabiegu - i oczywiście NIC!
Zbliżał się koniec 2011 roku, postanowiłam, że niema na co czekać. Zapadła decyzja - in vitro. Byłam już tak bardzo psychicznie i fizycznie wyczerpana walką i ciągłymi zawiedzionymi nadziejami, że chciałam spróbować tego co ostateczne. Wiedziałam, że jeśli w ten sposób się nie uda to wyczerpałam już limit możliwych posunięć.
Szybkie przygotowanie, seria badań, stymulacja - pamiętam Sylwester 2012- całą noc tuliłam się do męża i płakałam, życząc sobie, by kolejny Nowy Rok spędzić jako "prawdziwa rodzina". Godziny spędzone na Bocianie - co jeść, co pić, jakich kosmetyków używać, co wolno, czego nie, jak się przygotować - masaż, akupunktura, dieta, joga, pozytywne myślenie... W końcu koniec hodowania komórek - jest 11 dojrzałych, wielka radość! Punkcja - udało się pobrać 7, pojawia się strach. Zapłodnienie - udało się zapłodnić tylko 4, ze strachu przez kolejne trzy dni boli mnie brzuch. Podział - podzieliły się tylko dwie - znowu rozpacz i łzy. Byłam pewna, że chcę próbować po kolei - jeden zarodek, następny...aż do skutku. Tymczasem miałam tylko dwa zarodki i to średniej jakości. Szybka decyzja przed samym transferem - assisted hacking, bo podobno pomaga i zwiększa szanse. A potem strach, strach, strach...
Przez kolejne trzy dni leżałam w domu plackiem, by przypadkiem nie utrudnić zagnieżdżania, bałam się użyć szamponu lub kremu do twarzy, bo mogą podobno mieć zły wpływ, mąż chodził koło mnie na palcach. Aż tu po trzech dniach - GRYPA - temperatura, kaszel (a więc ciągłe skurcze brzucha), konieczne leki i nieustanny płacz - dlaczego tak musiało się stać? dlaczego właśnie teraz? Grypa dała mi się we znaki, bolało mnie wszystko, straciłam głos, głowa pulsowała. Po kilku dniach było lepiej, ale ramiona i brzuch bolały nadal, kolejne parę dni i czułam się już niemal doskonale, tylko ciągle czułam kłucie podbrzusza i wielki zawód w duszy.
24 stycznia (dwa tygodnie po transferze) moja najlepsza przyjaciółka rodzi synka - po 4 latach walki o dziecko. Jestem szczęśliwa i zrozpaczona jednocześnie. Wracam z pracy do domu i wysiadając z autobusu omal nie wymiotuję - myślę sobie "te nerwy". W domu czeka test, który tego dnia miałam zrobić. W testach mogłabym być już prawdziwym ekspertem, ten był już chyba milionowy. Kropla moczu spada na okienko testowe, tracę oddech, zamykam oczy i czuję, że trzęsą mi się ręce. Spoglądam na test - dwie słabe kreski!!!!! Nie wiem, czy byłam szczęśliwa. Z pewnością byłam zszokowana, zadziwiona, roztrzęsiona. Mężowi nic nie powiedziałam, udawałam, że nic nie wiem. Musiałam mieć pewność - najpierw Beta. Następnego dnia, telefon z laboratorium - "Czy miała Pani w rodzinie bliźniaki?" Oczywiście nie, a niby czemu? - wynik bety jest tak wysoki, że z dużym prawdopodobieństwem, jest to ciąża mnoga.
W dniu, kiedy podczas USG zobaczyłam dwa bijące serduszka, urodziłam się na nowo. Na nowo urodziła się nasza małżeńska miłość, nasza radość życia, przekonanie, że jednak możemy wspólnie osiągnąć wszystko. Ciąża była trudna, skomplikowana, kilka razy z trudem udało się Maluchy ocalić - ale ja byłam już pełna takiej odwagi i wiary w cuda, że zawsze wierzyłam, iż to marzenie jest już rzeczywistością. I tak jest, bo 13 września 2012 roku po raz pierwszy przytuliłam moje wspaniałe, zdrowe i malutkie bliźniaki - synka i córeczkę! Do końca życia zapamiętam, że czasem trzeba sobie popłakać, ale nigdy nie wolno rozpaczać :)Obiecałam też sobie podczas mojej walki, że jeśli kiedyś zostanę matką, to z pewnością napiszę o tym na Bocianie, bo dla mnie takie historie zawsze były niczym opatrunek dla mojej zbolałej duszy.

4.95238
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (21 głosów )

Odpowiedzi

Portret użytkownika alina1978

marzenia się spełniają

Gratuluję z całego serca, to prawda historie na naszym bocianie pomagają ,również mi, moja walka trwa , właśnie przygotowuję się do 6 już zapłodnienia in vitro i mam ogromną nadzieję że i mi się w końcu uda.pozdrawiam

Portret użytkownika madziula@77

serdeczne gratulacje

Jak przeczytałam twoją historię,czułam jak by to była moja historia.Tylko,że u mnie trwa walka prawie 10lat.Po 5 IUI,laparo.histero.2ICSI-czekam do 4 marca na Betę(aczkolwiek na pewno wcześniej zrobię test sikany.pozdrawiam serdecznie.

madzia

Portret użytkownika BEA153

ZIARNKO NADZIEI

GRATULUJĘ. Kolejna historia ku pokrzepieniu serc. Niby wiem, że trzeba mieć nadzieję, walczyć ale czasami jest bardzo trudno. Czekam i czekam, walczę i na razie nic z tego nie wychodzi ale czytając takie historie zasiewa się znowu ziarnko nadziei :-)
POZDRAWIAM

i stał się cud - mamy córeczkę

Portret użytkownika czarnaowca230

Gratuluję! My zaczęliśmy

Gratuluję!
My zaczęliśmy starania 3 lata temu. U mnie ciężkie PCO u męża słabiutkie nasionka. Po roku zmieniliśmy ośrodek. Nowy lekarz zrobił nam inseminację, bez skutku :( Lekarz powiedział że ze względu na słabe nasienie zrobimy jeszcze jedną inseminację, a gdy się nie uda to tylko in vitro... Zdenerwowałam się. Przestałam reagować na stymulację clo, zaczęłam brać gonadotropiny, a jajeczkowania brak. Lekarz skierował mnie na laparoskopię jajników. Miałam po tym mieć regularne miesiączki i naturalne owulacje, ale nic się takiego nie stało. Pomyślałam że to już koniec... Po Bożym Narodzeniu ub. r. zaczął mnie boleć brzuch. Nie chciałam robić testu ciązowego, ale mój m. się uparł. Pokazały się dwie kreseczki:)Obecnie jestem w czwartym miesiącu prawidłowej ciąży:)
zyczę Wam, drogie dziewczyny, żeby i Wam się udał taki cud :)

Portret użytkownika cucciolina

gratulacje! a jednak marzenia

gratulacje! a jednak marzenia się spełniają

Portret użytkownika agnessssss

gratulacje!!!jak bym czytała

gratulacje!!!jak bym czytała soją historie ;-)tylko ze u nas po 5 latach walki stał sie naturalny cud ...

stramy sie od 2007, 9 iui za mną ;-) 2013 Naturalny cud !!!
córka 3650 ;-)
staramy sie od 2014 ,laparoskopia 2016 jeden jajowod niedrozny .endometrioza II ;-(
Natural marzec 2017 :testI:

Portret użytkownika Patrycjusz

Wiara czyni cuda ;)

Ja jestem dopiero na początku swojej drogi i juz mi jest ciężko... a co dopiero bedzie póżniej,ale staram się być silna. Podziwiam Cię, za to że dałaś rade psychicznie i że w końcu się udało!!! Pozdrawiam i życze samego zdrowia dla ciebie i maluchów!! ;)

Pata

Portret użytkownika iwona1803990

gratulacje

Witam , przeczytałam Twoja historie aż się popłakałam my z mężem tez się staramy ale jeszcze nie miałam ani insyminacji ani in vitro po przeczytaniu wieże że nam się uda chodź tyle łez wylałam .

2013-starania
2014-azoospermia
2015-HSG-wyniki dobre

1.06.2015 - pierwsza IUI,nieudana
26.06.2015 - druga IUI 7tc [*]
20.12.2015- trzecia IUI 16dpi HCG 1036.00 mIU/ml,47dc jest serduszko ❤ Boże proszę.

Nasza córeczka juz z nami 13.09.2016 :-)

Portret użytkownika sylwia19831

:)

Gratulacje,
czytając miałam skorke gęsią jakbym o sobie czytała,pozdrawiam

Julia 19.02.2010r
Miłosz 29.08.2011r
cudzik 1.02.2018r,bliźniak (*)
sylwiankaaa.blogspot.com

Portret użytkownika kinga27.30

niesamowita wiara i siła walki

Ogromnie Wam gratuluję :) Dwa tak niesamowite szczęścia :) My jesteśmy na początku drogi, badania diagnostyczne (czekam teraz na HSG), szukanie... ale mimo zaledwie 14 mcy starań, już teraz łzy same ciekną po policzkach wraz z pierwszym dniem każdej miesiączki... po to by po raz kolejny zabrać się do walki :)

2014.06. - start
2016.02.10 - 9tc Aniołek :*
nied. tarczycy, hiperprolaktynemia, PAI-1 4G + Czynnik V R2 heterozygoty, NK: 24%, CD4/CD8: 2,90, AMH:3,5
3xCLO, Ovitrelle, Doxtinex, Euthyrox
HSG - drożne
Histeroskopia z biopsją - zły obraz