Jestem matką Pani trojga dzieci

Temat: 
Adopcja Dziecka

Poniższy artykuł zamieszczony został w "Wysokich obcasach". Z racji poruszanej tematyki pozwoliliśmy sobie na umieszczenie go na "Naszym Bocianie"

Jestem matką Pani trojga dzieci
Grażyna Nowodworska de Laat

Od pewnego czasu wiedziałam, że dojdzie do spotkania z rodziną biologiczną moich adoptowanych dzieci, wiedziałam też, że o tym napiszę. Dzieci zgodziły się, że ten tekst powinien powstać, bo może być pomocny innym adoptowanym dzieciom i takim jak my rodzicom. Dziękuję im za ich przyzwolenie i poparcie.
Pominęłam celowo wrażenia męża. Może sam kiedyś o nich napisze. Zapewnił mnie, że jego opowieść byłaby zupełnie inna, ale zakończona tą samą konkluzją:

wychowanie dziecka adoptowanego w świadomości, że jest adoptowane, z możliwością odszukania korzeni, jest jedynym właściwym sposobem okazania mu, że się je szanuje i kocha.

Nasza historia

Wyszłam za mąż za Holendra i zamieszkałam z nim w Holandii. Jeszcze przed ślubem postanowiliśmy, że będziemy mieli czwórkę dzieci. Nie wiedziałam, czy uda mi się zajść w ciążę, nie planowałam też powtarzać jej cztery razy, dlatego postanowiliśmy, że zdecydujemy się na adopcję. Wcześniej daliśmy jednak szansę naturze i wkrótce urodziło nam się dwoje dzieci - Tymon i Mara. Kiedy Tymon miał cztery lata, a Mara rok, zaadoptowaliśmy bliźnięta. Nasze dzieci - Dusia i Krys - urodziły się w Polsce. W Holandii bardzo niewiele dzieci jest oddawanych do adopcji, dlatego dominują adopcje zagraniczne (w ubiegłym roku Holendrzy adoptowali ponad 3 tys. dzieci, ale tylko 39 z nich urodziło się na terenie kraju).

Dusia i Krys są rówieśnikami Mary. Po pół roku dowiedzieliśmy się, że bliźnięta mają młodszego brata Lecha. Lech miał wtedy dwa miesiące i był w domu dziecka. Szybko podjęliśmy decyzję o połączeniu rodzeństwa.

Tworzymy siedmioosobową rodzinę, wszyscy mówimy i po polsku, i po holendersku. Nasze dzieci od początku wiedzą, że urodziła je inna mama, a u nas są dlatego, że mieliśmy szczęście je zaadoptować.

Od dawna czekaliśmy z mężem na odpowiednią chwilę, by spełnić obietnicę względem dzieci i względem sądu w Holandii, gdzie musieliśmy przyrzec, że pomożemy dzieciom w poszukiwaniu ich korzeni (pełnoletnie dzieci zgodnie z prawem obowiązującym w Polsce mogły również bez naszej zgody odszukać biologiczną rodzinę).

W dniu 19. urodzin naszych bliźniaków zapytałam: Krys, czy chcesz odwiedzić swoją biologiczną matkę? Odpowiedzią była fontanna łez. Okazało się, że syn od dłuższego czasu chciał prosić nas o pomoc w jej odnalezieniu. Bał się naszej reakcji. Bał się, że poczujemy się zdradzeni, więc nie pytał.

Krys tydzień wcześniej w samotności zaczął pisać swoje życiowe wypracowanie pod tytułem "Co to znaczy być zaadoptowanym". Przyniósł i pokazał mi swój wzruszający tekst składający się prawie z samych pytań dotyczących początków jego życia. Nigdy nie przypuszczałam, że może mieć z tym taki problem. Od wielu lat pracuję przy adopcjach i przy każdej okazji ogłaszałam wszem i wobec, że należy odszukiwać i odwiedzać rodziny biologiczne. Zapomniałam tylko zapytać Krysa o zdanie.

Dusia drążyła temat od lat. Fantazjowała, ile ma rodzeństwa, cioć, wujków, dziadków i babć. Zawsze chciała ich odwiedzić. Lech twierdził, że jest mu obojętne, co i kiedy zrobimy. Prawie w to uwierzyłam. Jak zauważyłam, dzieci pragną spotkania z biologiczną matką, marzą o spotkaniu z nią, ale niepokoi je, czy nie krzywdzą tą myślą rodziców adopcyjnych.

Obiecałam, że spróbujemy podczas wakacji zaaranżować spotkanie z ich biologiczną rodziną. Zwróciliśmy się do ówczesnego kuratora sądowego, byłego członka komisji adopcyjnej, o pomoc. Nie było to trudne, bo znał osobiście matkę moich dzieci. Umówił nas na telefon.

Nasz pierwszy kontakt

Dzieci siedziały koło mnie. Wykręciłam numer, odezwał się męski głos, zapytałam, czy zastałam panią B? Usłyszałam: Mamo, telefon do ciebie.

Przedstawiłam się wypowiadając absurdalne zdanie: "Nazywam się Grażyna i jestem matką Pani trojga dzieci. Czy możemy się spotkać?". Dzieci się rozpłakały, a ja razem z nimi.

Kobieta "w słuchawce" chyba też płakała. Powiedziała, że mogę jej nie wierzyć, ale ona całe życie czekała na ten telefon.

Zanim przeszłyśmy do meritum, musiałyśmy uzgodnić, o jakie dzieci chodzi. Ona nazywała je imionami, które kiedyś im nadała, a ja potwierdzałam: tak, tak, tak. Myśmy mieli trójkę z jej siedmiorga dzieci. Okazało się, że oprócz dwóch braci, którzy pozostali w domu z matką, są jeszcze dzieci zaadoptowane w Polsce - Krzyś i Małgosia, starsi od moich.

Podczas tej pierwszej rozmowy pani B. dziękowała mi za opiekę nad JEJ dziećmi, a ja jej dziękowałam, że chce się z MOIMI spotkać. Krystian i Lech płakali, nie chcieli podejść do telefonu. Dusia podeszła chętnie, przez cały czas płacząc, potakiwała: "Dobrze, tak, dobrze ". Potem była z siebie bardzo dumna.

Po rozmowie cieszyłam się, potem wpadłam w panikę. Przeraziła mnie wielka chęć spotkania, uczucie, które odczułam po drugiej stronie słuchawki. Od dwóch lat w myślach życzyłam dzieciom, aby ich biologiczna matka nie zamknęła im drzwi przed nosem, ale teraz się bałam się.

Wiedziałam, że zrobię wszystko, aby dzieci poznały biologicznych rodziców, ale łudziłam się, że może do takiej wizyty nie będzie musiało dojść. Chciałam oszczędzić dzieciom konfrontacji ze światem, z którego kiedyś wyszły, i możliwych rozczarowań. Jednak gdy dowiedziałam się, że matka biologiczna jest schorowana, przeraziłam się, że może umrzeć, a dzieci nigdy Jej nie poznają.

Umówiliśmy się. Była pełnia lata. Popłynęliśmy całą rodziną na spływ kajakowy. Miałam szansę płynąć z każdym dzieckiem z osobna i godzinami rozmawiać.

Byłam tak głęboko przekonana, że moja wizja jest jedyną właściwą, że nie zapytałam męża o zdanie. Popełniłam błąd. Mąż uważał, że należy doprowadzić do spotkania też z biologicznym ojcem. Wzdrygnęłam się na samą myśl.

Agresywny alkoholik, kiedyś konkubent matki, maltretował ją i dzieci, kopał w brzuch. Z tego powodu urodziła je przedwcześnie. Nie miałam ochoty na konfrontację z tak zdeprawowanym człowiekiem, nigdy mu nie wybaczyłam.

Krys zdecydował. Powiedział, że tu chodzi o jego ojca, a on nie chce go widzieć. Reszta dzieci stanęła po stronie Krysa.

Mąż skapitulował, wycofał się, miałam wrażenie, że odczuł to jako porażkę własnego ojcostwa. To trochę tak jak by on, ojciec adopcyjny, tak jak biologiczny też się nie liczył, ale jest to oczywistą nieprawdą.

Jednego z mężem byliśmy pewni: musimy pojechać do Polski całą rodziną. Dusia była zdziwiona. Dlaczego musimy czekać, aż przyjadą Tymon i Mara? Przecież to nie ich rodzina. Nie spodziewałam się takiej reakcji. Dziś myślę, że po raz pierwszy w życiu Dusia znalazła się w sytuacji, w której mogła mieć swoją matkę dla siebie i zaczęła tego bronić. Przecież to jej - Dusi - przeszłość, a nie Mary i Tymona.

Nasze spotkanie

Przed spotkaniem z biologiczną rodziną (już w Polsce) poszliśmy na spacer, postanowiliśmy uczcić ten moment wspólnym zdjęciem (wywołanym po godzinie), by móc podarować je na pamiątkę braciom, babci i mamie.

Kupiliśmy kwiaty, zabraliśmy holenderskie miętusy w puszce z wizerunkiem królowej, kupiliśmy pudełko czekoladek dla babci i ruszyliśmy. Wszyscy byliśmy zdenerwowani i napięci do granic możliwości.

Nie wiedziałam, czego się spodziewać, jak taka wizyta powinna wyglądać. Jak się przywitać? Podać tylko rękę, a może podać rękę i się przedstawić? Czy też poprzestać na: "Dzień dobry, Pani"? A dzieci? Czy mają przedstawić się własnej matce z imienia? To byłby absurd.

Jak się pożegnać - "Do widzenia, do szybkiego zobaczenia", pocałować? Dać adres?

Człowiek jest splątany ogólnie przyjętymi zasadami, z których żadne nie pasowały do naszej sytuacji.

Czekała na nas babcia, matka, dwóch braci i żona jednego z nich.

Zaczęłam przedstawiać dzieci, radość w oczach i gestach Matki była widoczna. Stałyśmy w drzwiach na przeciwko siebie, a ja w dalszym ciągu nie wiedziałam, jak się przywitać. Podałyśmy sobie ręce. Powstrzymując łzy, przez kilkanaście sekund stałyśmy ze splecionymi rękoma. Miałam wrażenie, że to trwa w nieskończoność. Wreszcie Pani B. przerwała ten impas i objęła mnie. Zaczęłyśmy płakać. I tak w tych drzwiach wejściowych płakały dwie matki i niematki - jedna, bo urodziła i nie wychowywała, druga, bo wychowywała, a nie urodziła.

Co się dalej działo, nie bardzo pamiętam. Zapamiętałam strzępy rozmów, zbliżenia twarzy, śmiech i płacz, stół zastawiony łakociami, talerze w kuchni przygotowane do wspólnej kolacji.

Po wyjściu w samochodzie wciąż ktoś popłakiwał. Jeszcze przez kilka dni wystarczyło spojrzenie, a wiedzieliśmy, co zaprząta nasze myśli. Mówić o spotkaniu było nam trudno, opowiadać innym - prawie niemożliwe.

Miałam wrażenie, że nikt z rodziny i znajomych nas nie zrozumie. A wszyscy byli ciekawi, jak nam poszło. Owo wspólne przeżycie uświadomiło nam, jak bardzo szczęśliwą jesteśmy rodziną. Od naszej wizyty upłynęło już dziesięć miesięcy, a ja wciąż nie potrafię o niej spokojnie rozmawiać. Moje przemyślenia podzieliłabym na dwie grupy. Pierwsza to refleksje, które dotyczą dzieci, a druga to dotycząca mnie - matki adopcyjnej.

Luka

Istnieje w świadomości adoptowanych dzieci pewna niezagospodarowana przestrzeń, luka dotycząca początków życia. Nie wiadomo, jak matka wygląda, jak pachnie, jak się porusza, dlaczego oddała dziecko lub dlaczego zostało jej zabrane. Ta luka jest największą przeszkodą w kształtowaniu tożsamości i poczucia bezpieczeństwa. Konieczna jest konfrontacja, czyli próba poznania biologicznej matki i świata, w którym się powstało.

Moje dzieci tłumaczyły swoim teraz poznanym, już dorosłym biologicznym braciom, jak trudno żyć z taką luką. Zaskoczyła je odpowiedź polskiego rodzeństwa. Czas, który dla moich dzieci był "luką", dla nich - którzy pozostali przy rodzicach - oznaczał biedę, lęk, bicie i maltretowanie. Gdyby mieli wybór, nie wahaliby się wybrać losu naszych dzieci.

Matka biologiczna ma nikłe szanse zajęcia w życiu adoptowanych dzieci miejsca matki wychowującej - ponieważ najczęściej nie pasuje do tego wizerunku matki, jaki dzieci noszą w sobie. Wydaje mi się, że tylko w konfliktowych rodzinach adopcyjnych może być inaczej, wtedy może pojawić się chęć odwrócenia się od matki adopcyjnej.

Dzieci adoptowane poszukują głównie matki, ale przy okazji odnajdują też rodzeństwo. Krys powiedział mi, że rozmawiając ze swoim starszym bratem, miał wrażenie, że patrzy w lustro. Stwierdził, że obaj w ten sam sposób gestykulują, wysławiają się (przypominam, że jeden jest wychowany w Polsce, a drugi w Holandii), mają te same oczy, ten sam tembr głosu.

Spotykając się z rodziną biologiczną, dzieci otrzymują nową, bardzo intymną informację o swoim życiu. Po przeżyciu głębokich emocji, zaspokojeniu ciekawości następuje wyciszenie. Bez tego spotkania tożsamość naszych dzieci byłaby niepełna.

Moje dzieci po spotkaniu

korespondują i telefonują do poznanych braci, robią plany wakacyjne, chodzą zadowolone, często oglądają kasetę ze spotkania.

Krys - uważa że spadł mu kamień z serca.

Dusia - miewa różne chwile, buntuje się, że z powodu swojego przedwczesnego porodu urodziła się kaleką, uważa, że matka biologiczna ponosi za to odpowiedzialność. Przestała drążyć temat rodziny biologicznej, ale jest zainteresowana rodzeństwem. W końcu nastąpiło u niej przesycenie tematem.

Lech - w dalszym ciągu jest zamknięty. Od czasu do czasu mówił, że ich odwiedzi. Odwiedził braci i matkę razem z Krysem (bez nas).

Mara - jest szczęśliwa, że Dusia, Krys, i Lech mają to już za sobą, że nareszcie poznali to, co ona od początku swego istnienia wiedziała.

Tymon - przejął się bardzo losem swoich braci.

Matka biologiczna - po naszym wyjściu i jeszcze przez kilka dni towarzyszyło jej uczucie euforii. Uczciła je z synami i babcią kawą, ciastkami i butelką szampana. Jeszcze teraz, prawie po roku, mówiła mi, że jest bardzo zadowolona, że zobaczyła dzieci i że tak dobrze trafiły.

Mój punkt widzenia

Dzieci po spotkaniu odczuwają ulgę, ja nie. Do mnie zbliżyło się życie innej rodziny, za które w jakiś niezrozumiały, nonsensowny sposób czuję się odpowiedzialna. Moje dzieci żyją w szczęśliwej rodzinie, w poczuciu pewności jutra, bez materialnych trosk. Ich bracia i matka - w trudnych warunkach, bez poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji. Dla mnie odwiedziny były zmąceniem spokoju naszego życia rodzinnego. Zrodził się niepokój, obawa - co dalej? Jaki wpływ na dzieci będzie miała ta wizyta? Jak je to zmieni?

Czeka nas spotkanie z ojcem biologicznym i rodzeństwem zaadoptowanym w Polsce. Wtedy będzie można "zacerować" ową dziurę, która będzie zawsze tylko brzydsza albo ładniejsza cera.

Zaczęłam się czuć, jak bym miała więcej dzieci i nie wszystkim mogła pomóc. Przypadek zrządził, że dostaliśmy do adopcji akurat te. Te, które zostały w domu rodzinnym, są mi emocjonalnie bliskie. Może dlatego, że są tak podobne do moich. Trudno mi nie myśleć o tym, co przeszły, o tym, że cierpiały, i wreszcie o tym, jak ułoży się ich życie.

Uświadomiłam sobie dwoistość swojej sytuacji. Trwała ona odkąd przyjęliśmy adoptowane dzieci do naszej rodziny. Jest się matką, ale niezupełnie, ponieważ brak ciągłości genetycznej, ponieważ jest jakaś luka, która ciąży w kontaktach z dziećmi, na przykład niemożność opowiedzenia o ich narodzinach. A z drugiej strony niechęć do opowiedzenia tego, co się wie. Często dowiadujemy się o tragicznych zajściach w domu rodzinnym dzieci, o tym, co przeszły, o wydarzeniach, które spowodowały zabranie ich do domu dziecka. Wiem, w jakim stanie do nas trafiły, jak trudno było nadrobić skutki tego.

Od momentu adopcji zaczęłam dokonywać częstych konfrontacji sama z sobą. Co Ona (matka) by zrobiła na moim miejscu? Jak by mnie oceniła? Nasze z mężem decyzje dotyczące dzieci adoptowanych były zawsze głębiej przemyślane i bardziej świadome niż te, które podejmowaliśmy wobec biologicznych dzieci.

Towarzyszy mi irracjonalne poczucie winy w stosunku do matki biologicznej, ponieważ prócz trosk było mi dane przeżywanie wspaniałych chwil z jej dziećmi, co powinno być przynależne tej, która urodziła. Czy to ja pozbawiłam ją tych wzruszeń?

Podczas naszej wizyty matka moich dzieci używała imion, które im nadała - Joanna, Henryk, Rafał i ja robiłam to samo - Dusia, Krys, Lech. Ona przepraszała, że nie potrafi inaczej, i ja przepraszałam.

Byłam szczęśliwa, że chciała zobaczyć swoje - moje dzieci i podziękowałam Jej za to, a Ona na to: "Pani Grażynko, jak ja mogłabym nie chcieć widzieć swoich dzieci? Byłabym potworem". Na to ja w myślach: "To dlaczego tak żyłaś i zgotowałaś taki los swoim dzieciom?".

Latami myślałam o Niej w negatywny sposób, byłam zła na Nią za to, co moje dzieci przeszły, teraz wiem, że powinnam być szczęśliwa, że ich losem nie był los ich pozostawionych przy rodzicach braci. Ona wiedziała, że znam jej ówczesny tryb życia, alkoholizm, bała się, że mogę mówić o tym przy dzieciach. Zapewniłam Ją, że tego nie zrobię. Czułam, że naruszyłoby to jej, ale także moją godność.

Podczas naszego spotkania Ona mówiła często o swojej miłości do dzieci. Mówiła, że zawsze była myślami z nimi podczas ich urodzin, ja w to chcę wierzyć i wierzę. Jak wytłumaczyć dzieciom taką dziwną miłość, tak inną od naszej? Czy potrafią zro-zumieć różnicę? Jak w tym świetle wytłumaczyć im, że nie istnieje powód, który uzasadniałby porzucenie własnych dzieci?

Namawiam wszystkich rodziców znajdujących się w podobnej sytuacji jak my: doprowadźcie do spotkania swoich dzieci z ich rodzicami, każde spotkanie jest ważne - zarówno pozytywne, jak i negatywne, bo każde jest odpowiedzią na wiele egzystencjalnych pytań.

Nasze dzieci miały to szczęście, że nie zostały przez biologiczną matkę drugi raz odrzucone i mogą żyć spokojnie w swoim już wyciszonym, dziwnym świecie, gdzie matka nie była matką, a niematka nią została.

***

Grażyna Nowodworska de Laat
skończyła socjologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po ślubie w 1976 r. emigrowała ze swoim mężem Holendrem do jego ojczystego kraju. Od 15 lat pracuje społecznie dla holenderskich organizacji zajmujących się adopcją.

0
Twoja ocena: Brak

Odpowiedzi

Portret użytkownika Helka

Istniejacy watek na forum

Artykul jest pieknym dowodem na to, ze warto pokonac swoj strach i otworzyc sie na mozliwosc spotkania z rodzina biologiczna.
Madzka zainicjowala juz watek na forum, przypominam gdzie, dla tych ktorzy ewentualnie chca sie przylaczyc do dyskusji: http://www.nasz-bocian.pl/modules.php?name=Forums&file=viewtopic&t=6286

Ewa