Historia 3 Misiów

Temat: 
Nasze historie

Chciałabym się podzielić z Wami naszą historią. Część z Was pewnie już sporo wie o nas z forum, ale postanowiłam zebrać to w jednym miejscu.

Chciałabym się podzielić z Wami naszą historią. Część z Was pewnie już sporo wie o nas z forum, ale postanowiłam zebrać to w jednym miejscu.
W tej chwili mamy 33 (Misiaczek) i 34 (Bear) lata. Obecnie jesteśmy szczęśliwymi rodzicami przecudownego Przemusia (prawie 8 miesięcy), ale droga do tego macierzyństwa i ojcostwa była bardzo kręta i wyboista.
Jesteśmy małżeństwem już prawie 9 lat. Zawsze marzyliśmy o kilkorgu dzieci (najlepiej trójeczce) tym bardziej, że oboje jesteśmy jedynakami i znamy smak wychowywania się w pojedynkę. Kiedy braliśmy ślub byliśmy bardzo szczęśliwi. To był jeden z najpiękniejszych dni w naszym życiu. Wiedzieliśmy, że Bear jest chorowity, ma różne schorzenia, ale oboje podchodziliśmy do tego naturalnie, jak do czegoś, z czym trzeba się uczyć żyć. W pierwszym roku naszego małżeństwa Bear był w szpitalu kilka razy. I zdarzało się, że daleko od domu, bo w Warszawie. Wykryto nowe schorzenia, ale my nadal byliśmy szczęśliwi i za bardzo się tym nie przejmowaliśmy. To są choroby, z którymi można żyć.
Ale w rok po naszym ślubie, zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie mamy problemów z płodnością. Ja byłam już po kontroli owulacji, Bear miał się wybrać do androloga, aby sprawdzić czy u niego wszystko w porządku, a przy okazji sprawdzić, co się dzieje z jądrem, bo wyczuwa się zgrubienie, dość spore, ale nie bolące. Poszedł i wrócił z przerażającą wtedy wiadomością, lekarz w ogóle nie zajął się badaniem płodności tylko tym guzkiem, no i stwierdził, że to prawie na pewno nowotwór i to dość zaawansowany. Bear dostał skierowanie do szpitala na operację, usunięto guz wraz z jednym jądrem i potwierdzono diagnozę – nowotwór złośliwy około 50% szans na wyjście z niego z życiem. Szok totalny, ale trzeba było się wziąć w garść. Musiałam być silna za nas dwoje, bo Bear całkiem podupadł na duchu. Czuł się niepełnowartościowym mężczyzną, nie mówiąc o strachu o życie. Bardzo zbliżyliśmy się do Boga, pokładaliśmy w nim duże nadzieje. Zbliżyliśmy się także do siebie, te doświadczenia pogłębiły jeszcze nasze więzi.. Wtedy nam mówiono też, że nie mamy się co martwić, szansę na wyjście z tego są spore, a i szanse na własne dzieci później też. Ale nikt nie zbadał ani nie pobrał do przechowania przed operacja nasienia Bear’a.
Zaczęliśmy walkę o zdrowie Bear’a. Trzy sesje chemioterapii, a po niej polepszanie odporności. Na szczęście przerzutów nie było i na tym leczeniu oraz na kontrolach w Centrum Onkologii się skończyło (teraz kiedy już minęło prawie 8 lat można mówić, że Bear jest wyleczony, ale wtedy każda kontrola markerów przynosiła obawę). Powiedziano nam, że ze staraniem się o własne dziecko musimy poczekać jakiś rok, ale i tak najpierw sprawdzić jakość nasienia. Zrobiliśmy tak jak nam zalecano.
Gdzieś po roku czy nawet 1,5 roku od ostatniej chemioterapii Bear poszedł na kontrolę. Niestety wynik okazał się negatywny – 0 plemniczków. Lekarz stwierdził, że to może jeszcze po leczeniu i polecił, przyjść po pół roku. Były jeszcze dwie kontrole z takim samym wynikiem. Po ostatniej była jeszcze zrobiona biopsja. Diagnoza: brak spermatogonia i spermatogenezy. Kolejny szok dla Bear’a. Bardzo to przeżył, ja starałam się go podtrzymywać na duchu. Ale i tak temat dzieci zniknął na jakieś pół roku. Ja nie chciałam naciskać Bear’a, chciałam być delikatna, czekałam aż Bear sam się oswoi z własną bezpłodnością. Po pół roku zaczęłam delikatnie wracać do tematu, mówić że musimy się zastanowić co teraz zamierzamy. Udało się nam szczerze porozmawiać, choć to nie było łatwe i czasami płynęły nam łzy. Zastanawialiśmy się co łatwiej Bear przyjmie czy inseminację nasieniem dawcy i obserwowanie jak maleństwo rośnie pod moim sercem, czy jak oboje będziemy w podobnej sytuacji – myśląc o adopcji. Trochę trwało zanim się w końcu zdecydowaliśmy, wybraliśmy jednak, że spróbujemy skorzystać z banku nasienia. Oczywiście o naszych problemach i planach nikomu z rodziny nie mówiliśmy. Trochę się zaczęli domyślać, że jest coś nie tak, ale my nie puszczaliśmy pary z ust. Zaczęłam się przygotowywać pod kontrolą lekarza, robić niezbędne badania. Dostałam namiar na lekarza w okolicy, który zajmuje się leczeniem bezpłodności. Zaczęło się tez zbieranie kasy, niemałej jak na nasze możliwości (całkiem sporej w porównaniu z tym co potem pisali na forum Bocianowicze).
Wtedy też zmieniło się trochę w naszym życiu. Zamieszkaliśmy z Babcią Bear’a, która już wymagała opieki. Opiekowaliśmy się Nią,. Cała sprawa wymagała więc trochę mojego sprytu, aby Babcia nic się nie domyśliła. Dodatkowo obciążało mnie to psychicznie, bo wiedziałam, że raczej nie zaakceptowałaby naszej decyzji. Udało się w końcu - podeszłam z wielka nadzieją do pierwszej inseminacji. W wielkim pośpiechu wracałam do domu, co nie sprzyjało nam niestety. Potem nastąpiło pierwsze długie, bardzo długie oczekiwanie na możliwość zrobienia testu i ujrzenia upragnionych kreseczek. Wielkie nerwy, trudno to było nam obojgu wytrzymać. Nadszedł dzień prawdy, bardzo brutalnej jak się okazało, niestety nie byłam w ciąży. Wkrótce też pojawiła się miesiączka. Pierwszy raz miałam żal do Pana Boga, dlaczego mnie to spotkało. Tyle dawałam z siebie innym, opiekowałam się wówczas Teściową po operacji, Babcia leżącą w domu itp. A ja prosiłam o tak niewiele, o coś co innym przychodzi bez trudu. Potem oczywiście żałowałam tego.
Bardzo tą sytuację przeżyliśmy oboje, ale wiedziałam, że nie zawsze udaje się od pierwszego razu. Po przyjściu trochę do siebie postanowiliśmy spróbować za jakiś czas jeszcze raz. Znowu zebraliśmy kasę, przygotowanie i podeszliśmy do nowej próby, ale już po około roku, u tego samego lekarza. No i znowu klęska, przeżyta znowu bardzo mocno. A po niej decyzja lekarza, żeby zrobić laparoskopię i sprawdzić, czy wszystko u mnie jest w porządku. Laparoskopia nie wniosła nic nowego, ale moi rodzice zaczęli się niepokoić o moje zdrowie, bo po co i na co to robić. Musiałam jakoś z tego wybrnąć, ale nie obyło się to bez problemów. Nadal o niczym nie informowaliśmy rodziny, choć Rodzice coraz częściej mówili o wnukach, delikatnie próbując podpowiedzieć różne rozwiązania. Przecież tylko od nas mogli się ich spodziewać. Podeszliśmy po raz trzeci do inseminacji, znowu bez skutku. Ja już się podłamałam, nie miałam już sił walczyć w ten sposób. To czekanie na dwie kreski na teście, było nie do wytrzymania. Wykończyło mnie to psychicznie i powiedziałam dość. O in vitro w ogóle nie myśleliśmy, bo to nie zgadzało się z naszymi poglądami na życie (co nie znaczy, że potępiamy innych, którzy się na to decydują).
Mijał czas byliśmy już 6 lat po ślubie i nadal bez dzieci. Po kolejnym wyciszeniu zaczęliśmy ponownie rozważać adopcję, ale w międzyczasie, na kolejnych badaniach kontrolnych Bear’a wykryto kolejne, bardzo poważne schorzenie – zakrzepica (jak mówili lekarze „siła złego na jednego”). Stan okazał się poważny na tyle, że leczyć lekarstwami było już za późno a leczenie operacyjne było zbyt ryzykowne (groziło utratą życia na stole operacyjnym). Kazali obserwować i jak będzie się coś złego dziać, kontaktować się z chirurgiem naczyniowym, a tak pozostawać pod kontrolą kardiologa i innych specjalistów. To mnie jeszcze bardziej dobiło niż wcześniejszy nowotwór, wtedy przynajmniej coś się robiło a tu czułam się kompletnie bezradna. Jeszcze lekarze mówili, że z tą chorobą jest różnie, czasami sama się cofa, czasami postępuje szybko w przeciągu kilku- kilkunastu miesięcy, a czasami lat.
Nastąpiły długie, bardzo szczere rozmowy. Co robimy dalej? Jaka będzie nasza wspólna przyszłość, jaka długa i co w związku z tym robimy? Bałam się, powiem szczerze, że możemy adoptować dziecko a ja wkrótce zostanę sama, wychowując maleństwo, ograniczając drogę do nowego życia z kimś we dwoje. Może to trochę dziwnie brzmi, ale byliśmy i jesteśmy jeszcze młodzi. Kochałam i kocham męża, ale trudno mi było wyobrazić sobie, że jeśliby mnie opuścił, to zostanę sama do końca życia. Zresztą Bear też tego ode mnie nie oczekiwał. Znowu trzeba było wszystko przemyśleć, przetrawić. Mijał czas a jakoś nic złego się nie działo.
Postanowiliśmy jednak, że postaramy się adoptować dziecko, wierząc, że dobry Bóg pozwoli nam jeszcze długo cieszyć się wspólnym życiem. Zaczęliśmy się dowiadywać telefonicznie jakie mamy możliwości, nie ukrywałam w rozmowach stanu zdrowia Bear’a. I tu przyszło rozczarowanie. W kolejnych rozmowach informowano nas, że z takim zdrowiem Bear’a nie mamy szans na adopcję, komisja kwalifikacyjna odrzuci nas, a jak nie to sąd. Dzwoniłam tylko do katolickich Ośrodków mając nadzieję, że podejdą do naszego problemu z sercem. Pojechaliśmy nawet do jednego ośrodka na rozmowę osobistą. Sytuacja się powtórzyła. Czuliśmy się bardzo rozczarowani, ale zaczęliśmy się zastanawiać, że może tak ma być, mamy żyć tylko we dwoje najpiękniej jak umiemy. Stwierdziliśmy, że chyba tak ma być i zaczęliśmy się z tym oswajać. Wrócił spokój i normalne życie, kolejne boje o zdrowie Bear’a, ale zakrzepica nie dawała o sobie znaku, poza problemami krążeniowymi, dającymi również o sobie znać w sypialni. Moi Rodzice zaczęli się już oswajać z myślą, że nie zostaną Dziadkami, domyślając się bo nadal nic Im nie mówiliśmy. Mama Bear’a nadal „przez ogródek” wskazywała drogę do adopcji. A my żyliśmy sobie szczęśliwie dalej, choć nie w pełni. Czasami tylko jeszcze zastanawialiśmy się nad „adopcją serca” jakiegoś murzyńskiego dziecka. Ja przez cały czas nie stroniłam od dzieci, każda możliwość opiekowania się jakimś dzieckiem w rodzinie czy koleżanek dawała mi namiastkę szczęścia. Była dla mnie balsamem, z którego starałam się jak najwięcej korzystać. Bear zaś nie bardzo potrafił zająć się cudzym dzieckiem, choćby wziąć na ręce i nie myśleć o braku swojego. Widziałam wtedy smutek w jego oczach i ból.
Aż przyszedł rok 2002, jak się okazało przełomowy dla nas. Najpierw poważna choroba teścia, zakończona jego śmiercią. Teściowa została sama (oczywiście poza nami), nie mając specjalnie celu w życiu,. Przydałyby się teraz wnuki. Któregoś letniego dnia tak sama nie wiem dlaczego, w wyszukiwarce internetowej wpisałam hasło adopcja. W ten sposób znalazłam strony Bociana. Zajrzałam, poczytałam i wsiąkłam. Przedstawiłam pokrótce naszą historię. Reakcja forumowiczów przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Wszyscy nam współczuli, obdarzali dobrym słowem. Kilku z Bocianowiczów zaczęło pytać w swoich miejscowościach w ośrodkach czy rzeczywiście w naszym przypadku nic się nie da zrobić. No i znalazł się ośrodek, który chciał nas wysłuchać i być może nam pomóc. Ośrodek TPD był około 300 km od nas, ale to nie było ważne, nadzieje powróciły. Krzysiu i Karinko, za ten kontakt i za Wasze wielkie serca będziemy wdzięczni Wam do końca życia. To dzięki Wam przede wszystkim jesteśmy teraz tacy szczęśliwi..
Zadzwoniłam, umówiłam nas na pierwsze spotkanie. Panie potraktowały nas bardzo serdecznie, życiowo podeszły do problemu. Kiedy już widzieliśmy, że raczej uda nam się adopcja powiedzieliśmy o naszych planach Rodzicom. Bardzo się ucieszyli, w nich też wstąpiła nadzieja na zostanie Dziadkami. Potem wszystko potoczyło się już lawinowo. Kolejne wizyty, spotkania i opinia Pań, że przekonają swoją komisje kwalifikacyjną o tym, że nadajemy się na rodziców adopcyjnych i aby dała nam szansę. Pokierowały nami odpowiednio. Jak wielkie było Ich przekonanie o naszej kwalifikacji może świadczyć fakt, że przedstawiły nam naszego Synka na kilka dni przed nią. To było niesamowite.
Pojechaliśmy na ostatnie rozmowy indywidualne, zawiózł nas tam mój tato. Też chciał mieć swój udział w staraniach. Po rozmowach Panie stwierdziły, że właściwie to mają już dla nas dziecko, chłopca w wieku około 2 miesięcy. Mimo iż tak nie powinny, przed kwalifikacją, to ze względu na taką dużą odległość nas dzielącą, od razu by nam go przedstawiły. Najpierw nam opowiedziały o Nim, o Jego mamie itp. Zdecydowaliśmy się i pojechaliśmy go zobaczyć do ośrodka preadopcyjnego. Mój Tato nie odważył się z nami wejść, bojąc się, że się do niego przywiąże, a potem ktoś nam jeszcze nie przyzna dziecka, albo komisja albo sąd. Został w samochodzie. Wszystko działo się tak szybko, że nie mieliśmy za dużo czasu aby się denerwować, dopiero jak byliśmy już na miejscu i zostaliśmy sami w pokoju spotkań zaczęliśmy się trząść z wrażenia. Za chwilę, po tylu latach różnych starań i oczekiwań, mieliśmy poznać naszego synka. Po chwili wjechał wózek z naszym synkiem prowadzony przez panią pielęgniarkę. Poznaliśmy naszego synka, ślicznego, drobnego chłopca. Zakochaliśmy się w nim od razu. Popatrzył na nas, przyjrzał się i w końcu obdarzył przecudownym bezzębnym uśmiechem. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Mieliśmy trochę czasu aby się poznać. Po jakimś czasie Panie z naszego OAO namówiły Dziadka, aby poszedł poznać wnuka. Tato ze łzami w oczach przyszedł i też się w nim zakochał. Niestety nie mogliśmy tym razem być długo, czas było wracać do domu.
W najbliższy weekend wróciliśmy na sobotę i niedzielę. Dłużyły nam się te dni bez naszego synka, ale trzeba było pokończyć wszystko w pracy i przygotować się do urlopu macierzyńskiego. Weekend był cudowny. Całe dwa dni z naszym synkiem. Już wiedzieliśmy, że jesteśmy pozytywnie zakwalifikowani. Przyszedł czas na złożenie papierów w sądzie i staranie się aby jak najszybciej zabrać naszego synka do domu. Myśleliśmy, że już następny weekend będziemy razem w domku. Ale niestety sądy nie zawsze działają tak jak chcemy, dla dobra dzieci i nas. Nie udało się i następny weekend znowu spędziliśmy u synka. Ale już we wtorek po nim z postanowieniem sądu o tymczasowym pobycie, pojechaliśmy zabrać synka do domku. Wcześniej wielkie zakupy, składanie łóżeczka itp. We wtorek 1 października 2002 roku z samiutkiego ranka pojechałam z moim Tatą, Dziadkiem Przemka Łukasza, (bo tak ostatecznie daliśmy mu na imiona) po naszego synka. Tata z Babciami czekał w domu na nasz powrót. Dziadek był bardzo dumny ze swej roli. Przemuś bardzo dzielnie zniósł 6 godzin drogi do domku. Zajechaliśmy na wieczór. Babcie poznały swojego wnuka. Potem była pierwsza kąpiel w domku i pierwsza noc we własnym łóżeczku i zostaliśmy razem we trójkę.
Od tego dnia szczęśliwie jesteśmy już razem. Naszemu szczęściu nie ma granic. Przecież wątpiliśmy już w to, że zostaniemy rodzicami. Poznajemy się coraz bardziej i bardzo kochamy. Jesteśmy już po rozprawie w sądzie i uprawomocnieniu wyroku, już nikt nie odbierze nam synka, czego mimo wszystko się jeszcze obawialiśmy. Przemuś jest radosnym, wspaniale rozwijającym się dzieckiem, a my jego rodzicami. Dziadkowie są zakochani po uszy w swoim wnusiu, zdobył ich serca i z każdym dniem się to pogłębia. To takie wspaniałe być rodzicem. Przemuś też cudownie wpłynął na tatę, który bardziej skupił się na Nim, niż na własnym stanie zdrowia. Częściej wychodzi na spacer, ma więcej ruchu i czuje się całkiem nieźle. Wspaniale się sprawdza w roli taty, a szczególnie teraz, kiedy zostaje na ponad 4 godziny sam z synkiem, gdy ja idę do pracy. To jest to, o czym zawsze marzyliśmy. Myślimy też jeszcze o adopcji drugiego dziecka za jakiś rok czy dwa lata, jak tylko sytuacja nam na to pozwoli. Być może będzie to rodzona siostra Przemusia? Bóg nam sprzyja i chyba jeszcze długo będziemy razem cieszyć się naszym synkiem i ewentualnie pozostałymi naszymi dziećmi.
Na koniec chciałabym podziękować wszystkim Bocianowiczom za udzielane nam wsparcie i pomoc, bez Was wszystkich nasze szczęście nie byłoby możliwe. Jednak przede wszystkim chcielibyśmy podziękować Krzysiowi i Karince. Chcemy też również w ten sposób podziękować naszym Paniom z OAO, za całe oddanie sprawie, pomoc i tak szybkie doprowadzenie do naszego szczęścia. Do końca życia będą zajmowały szczególne miejsce w naszych sercach.
Przepraszam, jeśli ta historia jest trochę przydługa, ale chciałam się nią z Wami podzielić, być może to pomoże komuś z Was.

0
Twoja ocena: Brak

Odpowiedzi

Portret użytkownika astra13

Re: Historia 3 Misiów

Jesteście wspaniałym małżeństwem, wiele można się od Was nauczyć: miłości, wierności, wyrozumiałości, silnej psychiki. Przemuś wszedł do bardzo wartościowej prawdziwej rodziny, a wy pozyskaliście największy skarb: dziecko. Życzę dużo szczęścia i zdrowia dla Beara. Pełna podziwu: Astra

Astra

Portret użytkownika maria1

Re: Historia 3 Misiów

Kochani Misiaczku i Bear!
Dziękuję za Waszą historię.
Podziwiam Was a przede wszystkim Waszą wytrwałość. Ta historia z pewnością będzie wsparciem dla wielu Bocianowiczów, dla mnie jest.
Życzę wszytkiego najlepszego
maria1

Pozdrawiam
Maria1

Portret użytkownika Licia

Re: Historia 3 Misiów

Podziwiam Wam i bardzo szanuje. Jak to dobrze, ze Przemus trafil to takiej wspanialej rodziny.

Lidka

Lidka, mama Stasia i Basi

Portret użytkownika siwaczka

Re: Historia 3 Misiów

Kochane Misie Pluszowe ...
Jesteście jak z bajki dla dorosłych, co oznacza, że trzeba walczyć ze złymi duchami, ramię przy ramieniu, aby osiągnąć spokój w królewstwie.
Chciałoby się jeszcze dodać, "że od tej pory żyli długo i szczęśliwie".

... a ja tańczyć chcę ...

Portret użytkownika Sylwia1

Re: Historia 3 Misiów

Misiaczku, dziękuję Ci za Waszą histrorię. Jesteście naprawdę wspaniałą rodziną. A Twoje słowa z pewnością będą wsparciem dla wielu osób.

Portret użytkownika gosiaj69

Re: Historia 3 Misiów

Misie ! pewnie nie jestem jedną z tych co zna Waszą historie . Kibicowałam Wam od początku i szlag Mnie tu trafiał , jak te Osrodki sprawiały Wam takie trudnosci ! . Ale juz jest dobrze i to się liczy !! Kochajcie się , i tego Wam tu serdecznie zycze !! .A na Krzysku to ja się juz dawno poznałam ,gosc ma klase i tyle ! Gdybym była panienką i On, zeby był samotny - brałabym się za goscia jak nic !! Pozdrawiam .gosiaj69

Portret użytkownika Iwona

Re: Historia 3 Misiów

Misiaczki,
Dziękuję za Waszą historię,
przeczytałam ją ze łzami w oczach męzowi, jestesmy głeboko poruszeni.
Życzymy Wam już samych najszcześliwszych chwil w życiu. Dziękujemy.

Iwona

Portret użytkownika igaa

Re: Historia 3 Misiów

Jestem bardzo wzruszona.Podziwiam Waszą siłę,odwagę,miłość i upór w dążeniu do posiadania dziecka.Wszystkiego najlepszego dla Waszej Wspaniałej rodzinki.
Dziękuję za te słowa igaa

url=http://forum.miau.pl/viewtopic.php?t=31293][/url]
Koci kalendarz 2006

Portret użytkownika Trudzia

Re: Historia 3 Misiów

Dziękuję Wam za tą historię z życia wziętą. Bardzo się wzruszyłam czytając ją dzisiaj. Od samego początku tej opowieści czułam, że na końcu będzie happy end! Jak to dobrze, że właśnie na Boćku spotkaliście ludzi, którzy pomogli odnaleźć waszego synka. Życzę dużo zdrowia dla Bear'a i sukcesów w staraniach o następne dziecko.

mama Marcinka IUI 23.03.03 i Zuźki IUI 17.11.08
IUI 22.04.2007 nieudane
IUI 20.08. - porażka...
IUI 18.09 - niestety

Portret użytkownika a-m

Re: Historia 3 Misiów

Jestem z natury twardym facetem, ale Wasza historia czytana jednym tchem wzruszyła mnie bardzo ..... nie wstydzę się przyznać ... do łez.
Jesteście wyjątkowym dowodem, że nie można się poddawać !!! Jesteśmy z Wami !!
A-M

a-m

Portret użytkownika admin

Re: Historia 3 Misiów

cieszę się waszym szczęściem! życzę wam z całego serca zdrowia,zdrowia,szczególnie dla beara-musi się teraz wziąć za siebie i nie dać chorobie,życzę powodzenia! dobrze,że ta historia sie tu znalazła,daje nadzieję dla tych co już ją tracą,jestem pewna ,że synek będzie z wami szczęśliwy.Powodzenia

Portret użytkownika amillo

Re: Historia 3 Misiów

Brak mi słów komentarza by opisać Waszą Wielkość. Łzy cisną mi sie do oczu.
Takiej siły ducha i charakteru moze Wam każdy pozazdrościć. Wyrazy podziwu!!!!!

Portret użytkownika bea14

Re: Historia 3 Misiów

Niestety czasami trzeba usłyszeć o tragedii innych żeby przestać nieustannie skupiać się na własnych bólach...
I trzeba też słuchać o wielkich zwycięstwach innych aby znaleźć siłę do walki o własne szczęście.
Bardzo Wam dziękuję za siłę jaką w sobie znaleźliście żeby dojść do tego miejsca w którym teraz jesteście. I życzę zdrowia aby dalej było już tylko dobrze!

bea14

Portret użytkownika Aki

Re: Historia 3 Misiów

Jesteście wielcyi wspaniali. Przeszliście przez te wszystkie kręte drogi dzielnie, jesteście wspaniałymi Ludźmi. Gratuluję

Ika

Portret użytkownika Dorunia

Re: Historia 3 Misiów

To wspaniałe że przetrwaliście wszystkie burze i teraz gości w waszym domku szczęście, życzę Wam by tak było teraz zawsze!!!!

P.S Ciekawe czy pracownicy OAO zdają sobie sprawę ile szczęścia nam ofiarują w postaci dzieci:-)))

Daniel, Adaś i Lena - pełnia szczęścia!

Portret użytkownika Gerta

Re: Historia 3 Misiów

Dziękuję bardzo! Właśnie takie historie dodając człowiekowi skrzydeł i pokazują, że ten świat ma w sobie wiele piękna.
Oby Wam drogie Misie dobrze się dalej wiodło! W końcu limit nieszczęść wykorzystaliście po drodze do maksimum.

Portret użytkownika ewa1201

Re: Historia 3 Misiów

Twoja historia poruszyła mnie bardzo. Myślę, że w chwilach zwątpienia warto sobie ją przypominać, bo jest w niej opowieśc o sile, miłości i szczęściu. życzę Wam obojgu wiele dobrego- a Bearowi jak najwięcej zdrowia. Zwłaszcza teraz ma dla kogo żyć pełnią życia.

ewa

Portret użytkownika Axela

Re: Historia 3 Misiów

Bardzo wzruszyła mnie Wasza historia, poruszyła mnie Wasza miłość i wytrwałość. Jak to dobrze, że Przemuś znalazł taki ciepły dom. Dużo zdrowia !

Mama Ignasia

Portret użytkownika admin

Re: Historia 3 Misiów

Ta odpowiedź jest identyczna z tym co chciałam właśnie napisać

Portret użytkownika Linka

Re: Historia 3 Misiów

Przeczytałam Waszą historię z dużym wzruszeniem.Jesteśmy z mężem w trakcie podejmowania decyzji o adopcji, po 10 latach leczenia niepłodności.Wasza historia , mam nadzieję, pomoże nam w podjęciu tej decyzji,dziękuję.

Portret użytkownika gosek

Re: Historia 3 Misiów

Dziękuję wam za tę historię. Dzięki niej nabrałam znowu zaufania do Boga i wiem że musze walczyć dalej. Bądźcie dzielni i nie dawajcie sie choróbskom. pa


------------------------------------------
zawód -mama

Portret użytkownika georg

Re: Historia 3 Misiów

Dziękuję za Waszą historię. Sprawiła dzisiejszy dzień piękniejszym. Życzę Wam zdrowia i żeby Was szczęście nie opuszczało. Jak miło się z Wami spotkać na bocianie.
Magda

georg

Portret użytkownika admin

Re: Historia 3 Misiów

Po przeczytaniu Waszej historii długo o niej myślałam.Najpierw o Was.O odwadze i nadzieji.Później myślałam o tym jak znalazłaś Bociana,podzieliłaś się swoją historią,na którą zareagował tak osobiście Krzyś i Karinka.Wreszcie o tych paniach z OAO,które zareagowały tak niestereotypowo i swoją komisję przekonały.To trudna historia pełna wzruszeń,ale jakże optymistyczna.Ocala wiarę w drugiego człowieka i pozwala nie czuć się samotnym
Magdalena Grycman

Portret użytkownika Marnna

Re: Historia 3 Misiów

Nic nie widzę, bo ze wzruszenia łzy zalały mi oczy!!!

POZDRAWIAM
Marnna- mama dwóch cudownych Bąbli

Portret użytkownika cytotykika

Re: Historia 3 Misiów

Szczerze podziwiam i gratuluję decyzji dotyczącej adopcji. Jestem mamą 8 letniego chłopca i bardzo go kocham. Twój artykół przypomniał mi że wcale nie musiałam otrzymać go w darze od Boga nosząc pod sercem 9 miesięcy, tylko czakać latami na dar macierzyństwa pełna obaw i stresów co miesiąc..... Dziękuję

Portret użytkownika AgniechaMP

Re: Historia 3 Misiów

I znów potwierdza się fakt, że zawsze zwycięża wiara, nadzieja i miłość. Życzymy Wam wraz z mężem dużo szczęścia i miłości...

Aga

Portret użytkownika admin

Re: Historia 3 Misiów

Czytając Waszą historię, mam wrażenie jakby to była część mojego własnego życia (przynajmniej do momentu wpisania do przeglądarki hasła "adopcja"). Bardzo długo zastanawiałam się, czy jesteśmy godni tego, aby w naszym życiu pojawiło się dzieciątko i do tej pory nie wiem. Może Bóg ma dla nas inną drogę? Dziś tak jak Ty kiedyś Misiaczku, weszłam pierwszy raz na tą stronę po wpisaniu hasła adopcja. Jednak nie wiem jeszcze jaką drogę wybrać. Cały czas czuję się jeszcze zagubiona. Cieszę się, że Ty znalazłaś już Swoją drogę i możesz mówić o Sobie MAMA. Podziwiam Twoją siłę. Bądź szczęśliwa i dziękuję za to, że mogę czerpać wiarę w lepsze jutro z Twojej historii.
Ann

Portret użytkownika Bear

Re: Historia 3 Misiów

I Ty tez znajdziesz swoja droge, to kwestia czasu.

Pozdrawiam Bear