Dom malowany cz.3

Temat: 
Nasze historie

A oto trzecia i ostatnia część „Domu malowanego”, co prawda w pierwszej chwili myślałem, żeby TAKI MATERIAŁ rozłożyć na dłużej, ale szybko doszedłem do wniosku, że lepiej zrobić Wam i sobie dodatkowy gwiazdkowy prezent, a więc do czytania...
3 stycznia 2001

Bartek jak co rano wstaje radosny i uśmiechnięty. Jest jedną wielką radością, jest taki rozkoszny, jak potrafi być tylko szczęśliwe dziecko. Wśród potoku słów, których nie jest w stanie przerwać nic i nikt – stwierdza :”Mamuleczek, ale my to jesteśmy bardzo szczęśliwą rodziną.”

21 stycznia 2001

Wyjeżdżamy na narty. Już od trzech dni pakuję torby i walizki. Mateusz ma sesję, więc nie pojedzie z nami. Niby mniej o jedną osobę, ale i tak na dole stoi już pięć wypchanych toreb, siatki i jeszcze cały sprzęt narciarski. Jesteśmy pewni, że dla chłopców będzie to ogromna frajda. Są tacy sprawni i chętni. . .

22 stycznia 2001

Nasz cztero i pięciolatek, już po pierwszym dniu wjeżdża sam na wyciągu. Nie bez dumy stwierdzamy, że i do nart mają smykałkę. Stale ze sobą rywalizują. Jutro chcemy wykupić im lekcję u instruktora narciarstwa.

24 stycznia 2001

Z lekcji narciarstwa raczej nici. Instruktor stwierdził, że nie może uczyć naszych maluchów, gdyż każdy robi to, co chce i w ogóle go nie słucha. Nasi chłopcy zaś błagają, że chcą jeździć z mamą i tatą i nie chcą żadnego „ucznia”. Przyjdzie, więc nam jeździć na płaskich stokach. W tym roku nici z adrenaliny.

25 stycznia 2001

Dzieci cieszą się ze wspólnych wakacji. Jesteśmy wreszcie cały czas razem. Bawimy się świetnie. Przebojem tego sezonu stała się gra w bilard (który kupiliśmy w tutejszym sklepie z zabawkami) oraz gry w karty. Gramy w wojnę
i makao. Dzieci rozpoznają cyferki, wiedzą, ile to tyle samo, wiedzą też, która karta jest silniejsza. Zaczynają nawet poprawnie nazywać kolory.

27 stycznia 2001

Dziś jedziemy do gorących źródeł w Basenowa. Są one oddalone o 12 km od miejsca w którym mieszkamy. Przemek obawia się, czy źródła nie będą za gorące, i podkreśla, że chce być cały czas z mamą. Pakujemy klapki, stroje, ręczniki i szykujemy się, by na mrozie kąpać się i hartować.

Wszyscy jesteśmy zachwyceni. Postanawiamy, że jeszcze raz podczas tego pobytu wybierzemy się do źródeł. Są miejsca, gdzie woda jest tak gorąca, że parzy. Gdy przejdzie się kawałek dalej, jest trochę chłodniejsza. Mrozu –10 stopni nie czuje się wcale. Po kąpieli zjadamy smażony ser popijając Coca-colą.

30 stycznia 2001

Szykujemy się na bal przebierańców. Chłopcy chcą być Zorro, Batmanem, człowiekiem pająkiem, rycerzem lub supermanem. Przynoszę do domu całą siatkę różnych przebrań. Biegają przebrani po domu. Po chwili obaj chcą być Batmanem, człowiekiem pająkiem itp. Rozpoczyna się kłótnia z wydzieraniem sobie strojów, która kończy się wielkim płaczem. W efekcie obaj niezadowoleni leżą w łóżkach. Na drugi dzień sama szykuję stroje. Informuję, że Bartusiowi najbardziej pasował strój Batmana, więc on dzisiaj będzie Batmanem. Natomiast Przemek najładniej wyglądał w stroju rycerza, więc dzisiaj będzie za niego przebrany. Pomagam w przebraniu każdemu z osobna. Chłopcy uśmiechnięci i zadowoleni wychodzą na bal, na którym bawią się znakomicie.

10 luty 2001

Zima za oknem, śnieg. Już od tygodnia jesteśmy w domu. Moi chłopcy leżą chorzy w łóżkach. Są wprost nieznośni. Wymyślanie stale nowych zabaw oraz zajmowanie ich tak, by się ciągle nie kłócili, zajmuje mi bardzo dużo czasu. Kartka z plusami i minusami wisi na lodówce. W ten sposób najlepiej sobie radzę, a chłopcy nie są za bardzo rozbrykani. Próbowaliśmy już wielu sposobów. Ten jest zdecydowanie najlepszy. Józek ma u dzieci dużo większy autorytet. Czasami, a jest to zdecydowanie za często, dzieci włażą mi na głowę. Dziś myślę o sobie jako mamie nie najlepiej.

12 luty 2001

Mam wyraźny kryzys. Dzieci chorują, za oknem ciemno i buro. Nie mam siły na nieustanne łagodzenie konfliktów między maluchami. Nie mam siły na ich humory. Czasami myślę, że nie nadaję się na mamę.

Po chorobach chłopów wracam do pracy. Nie mogę się wyrobić. Za dużo napięcia wokoło. W sobotę rano siadam w fotelu i płaczę. Przemek podchodzi do mnie ma okrągłe z przestrachu oczy. „Mamusiu czemu płaczesz?” – pyta. Nie jestem w stanie nic mu odpowiedzieć. ” Czy Tatuś Cię nie kocha?”- pyta dalej moje dziecko. „Tatuś mnie kocha, po prostu nie daję sobie rady w pracy.” „Mamusiu, to nie idź tam i zostań w domu” - rozsądnie podsumowuje Przemek. Prawdziwy powód do płaczu i sensowne podsumowanie sprawiają, że dzień jest dla mnie dużo łatwiejszy. Powtarzam sobie słowa Przemka.

8 marca 2001

Dzisiaj rozmawiałam z wychowawczynią chłopców, panią Grażynką. W przedszkolu chłopcy sprawiają spore problemy. Nie ma dnia, w którym nie pobiliby się. Długo o nich rozmawiamy. Może nadszedł czas, by ich rozdzielić - zastanawiam się głośno. W oddzielnych grupach będą mogli samodzielnie nawiązywać przyjaźnie, nie obciążając się sobą wzajemnie. Może właśnie to swoim zachowaniem chcą nam pokazać. Pani Grażynka jest tego samego zdania. Mówi, że myślała już o tym wcześniej, ale chciała poczekać na moje zdanie. Postanawiamy, że od poniedziałku Przemek rozpocznie zajęcia w przedszkolnej zerówce. W domu, po powrocie z przedszkola, rozmawiam z chłopcami. Mówię, że w związku z tym, że Przemek jest starszy i bardzo chce już uczyć się czytać, od poniedziałku na próbę pójdzie do grupy „grafitowej”. Mówię, że Bartek też już jest duży i wreszcie czas, aby pobył bez Przemka. Jestem pewna, że ta nowa sytuacja się wam spodoba - dodaję. Bartoszek nie wygląda na specjalnie zadowolonego. Przemek natomiast jest wyraźnie nową propozycją zainteresowany. Zobaczymy, co nowego ta zmiana nam przyniesie.

12 marca 2001

Dzisiaj minął pierwszy dzień rozłąki braci. Przemek tryska energią, wyraźnie z tej zmiany zadowolony. Bartek w przedszkolu płakał i koniecznie chciał iść do Przemka. No cóż, jestem pewna, że musimy to przeczekać, by mój najmłodszy nauczył się być już oddzielnie, bez brata i na dodatek w nowej sytuacji.

16 marca 2001

Minął tydzień. Sytuacja powoli normuje się. Bartek wraca z przedszkola coraz bardziej zadowolony i coraz mniej w przedszkolu brakuje mu brata. W domu chłopcy są też znacznie grzeczniejsi. Dużo mniej się kłócą. Chyba właśnie takich rozwiązań potrzebowali.

18 marca 2001

Wyjeżdżamy na sobotę i niedzielę nad morze. Już tydzień temu zarezerwowaliśmy miejsca w hotelu. Mimo że jest dość chłodno, mamy nadzieję, że nadmorski wiatr i spacer nad morzem doda nam sił. Dzieci jak starzy bywalcy wchodzą do hotelu. Rozglądają się wokoło „Mamusiu, a w jakim języku tu się mówi ?” -pyta Przemek. „Tutaj będziemy mówić po polsku” - odpowiadam.

4 kwietnia 2001

Przemek otrzymuje w przedszkolu same pochwały. Często na zajęciach zdobywa najwięcej punktów z całej grupy. Do domu przynosi pochwały następującej treści: „Przemek zdobył 10 punktów za aktywność na zajęciach. Znowu pobił rekord grupy! Gratuluję!”, ”Przemek wspaniale przygotował swoją pracę domową. Dziękuję również całej rodzinie za udział”, ” Przemek zdobył 10 pestek na zajęciach matematycznych, to kolejny rekord grupy”

10 maja 2001

Przemek przychodzi z przedszkola. „Tatusiu dzisiaj były bardzo trudne zajęcia w przedszkolu. Nikt nie potrafił odpowiedzieć pani na pytanie. Nawet ja!”- takie zdanie o sobie ma mój synuś. Gdy Józek powtarza mi te słowa, uśmiecham się. Spoglądamy z Józkiem na siebie porozumiewawczo.

12 maja 2001

Nasza kotka Boruta będzie miała małe. Przygotowaliśmy jej koszyczek wyściełany ciepłym szalem.

17 maja 2001

Jedziemy samochodem. Bartek zwraca się do Przemka „Kochany braciszku, naucz mnie czytać”. „Dobrze” - zgadza się Przemek. „Popatrz, tam jest o, a tu pisze delikatesy”. „A teraz naucz mnie liczyć” - prosi Bartek. Przemek rozkłada ręce i mówi: „Zobacz, wystarczy, że rozłożysz rączki i będziesz liczyć :10, 20, 30, 40, 50, 60, 70, 80, 90, 100.” „Acha, to łatwo”- mówi zadowolony Bartuś. Dziś wyjątkowo nasze dzieci się nie kłócą.

18 maja 2001

Jutro urodziny Bartka. Między 19 maja, a 7czerwca jak co roku wyprawiamy chłopcom wspólnie urodziny. Jest piątek, więc już dzisiaj Bartek i Przemek wzięli do przedszkola słodycze, by poczęstować koleżanki i kolegów. Zamówiłam też tort w pobliskiej cukierni. Dzisiaj przyjadą dzieci mojej siostry. Zaprosiłam również dzieci sąsiadów i znajomych. Zapowiada się więc, jak w zeszłym roku, wspaniała zabawa na basenie.

26 maja 2001

Dziś Dzień Matki. Mam całą trójkę mych synów w domu. To prawdziwa radość. Dzieci stoją przy moim łóżku z konwaliami w rękach. Bartek recytuje pięknie wierszyk „mama usiadła przy oknie, mama ma oczy mokre. . .” Mój najstarszy ma dla mnie płytę z nagraniami poezji śpiewanej.

27 maja 2001

Dzisiaj dzieci występują na scenie teatru. Przedszkole z okazji Święta Matki przygotowało dzieci do występu. Na scenie wraz z nimi występują ich panie. Przemek tańczy krakowiaka. Jestem pod wrażeniem Bartoszka. Jest taki szczery i odważny, gdy występuje. Cały dzień mam przed oczami jego buźkę i oczka. Nagrywam też występy na kamerę video. Później razem z Józkiem i chłopcami wspólnie je oglądamy.

29 maja 2001

Boruta urodziła trzy kotki. Mają już imiona. Przemek opiekuje się Kropeczką, Bartek Paszczakiem, a ja mam zajmować się małą Mi. Tak postanowili chłopcy. Dzieci codziennie oglądają, jak kotki rosną. Porównują, bardzo uważnie obserwują i komentują wszystkie nowości.

18 czerwca 2001

Jest piękna pogoda, więc co wieczór wybieramy się na wycieczki rowerowe przed lub po kolacji. Dzisiaj Przemek stwierdził, że są nawet lepsze od spacerów z psami. Bartek przez cały czas jest uśmiechnięty, buzia mu się nie zamyka. Jest zadziwiająco wytrzymały. Dzieci na swoich małych rowerkach przejeżdżają 8 km dziennie. Powiedziałam im, że z nimi można jechać nawet dookoła świata. Na razie jednak okrążamy na rowerach naszą wieś.

Kupiłam chłopcom kapelusze podróżnicze, jak na obieżyświatów przystało. Przemkowi koloru khaki, a Bartkowi beżowy. Wyglądają w nich przepięknie.

Dziś dni Kwidzyna. Chłopcy w nowych kapeluszach obserwują sztuczne ognie wybuchające o północy. W tym roku były wyjątkowo piękne. Mimo zmęczenia i bardzo późnej pory, zadowoleni wracamy do domu. Dzieci są zachwycone, że nie śpią i wraz z dorosłymi siedzą wyjątkowo długo. W drodze powrotnej zasypiają na tylnym siedzeniu samochodu. Wnosimy śpiące maluchy do pokoju. Rozbieramy, a one nadal śpią nawet nie mrugną. Otulamy je ciepłymi kołderkami. Zrobiło się bardzo chłodno. Zanim gaszę światło, zerkam na moje kochane buźki. To najpiękniejszy widok na świecie.

7 lipca 2001

Wyprawy rowerowe trwają nadal. Ogromną przyjemnością chłopców jest bycie liderem tzn. prowadzenie naszego peletonu. Największą radość sprawiają im zmiany podczas drogi. W przyszłym roku musimy pomyśleć o zakupie nowych rowerków z większymi kółkami.

23 lipca 2001

Wybraliśmy się wszyscy razem na stadion. Zorganizowaliśmy mecz piłki nożnej. Jedną drużyną był Przemek z Mateuszem, drugą Bartek z tatą. Ja kibicowałam obu drużynom. Patrzyłam, jak biegają po boisku. To przyjemny widok. Bardzo lubię, gdy jesteśmy razem i całą rodziną spędzamy popołudnia. Po meczu chłopcy byli tak zmęczeni, że rowerami z Józkiem wybraliśmy się sami. Trochę samotności we dwoje również przyda się i nam od czasu do czasu.

7 sierpnia 2001

Dzisiaj, gdy Bartek otworzył oczy, powiedział do Taty: „Tatusiu dzisiaj nie spałem jak zabity, dzisiaj spałem jak odbity”- tak swój zły sen skomentował Bartek. Codziennie po powrocie z przedszkola chłopcy kąpią się w basenie, który rozstawiliśmy na lato. Tak się zahartowali, że w ogóle nie chorują. Gdy piszę te słowa, odpukuję w niemalowane drewno.

20 sierpnia 2001

Tak to właśnie jest, gdy odpukuję w niemalowane drewno i wierzę w przesądy. Bartek jest chory. Gdy poszłam z nim do lekarza, bezpośrednio po wejściu do gabinetu wyrecytował :”Wujku, doktoze jestem chory, boli mnie bzuch i ucho i jesce kasle.” Powiedział sam prawie wszystko. Prócz dodania kilku szczegółów nic więcej nie musiałam mówić. Wujek doktor przebadał dokładnie Bartka, zapisał lekarstwa, zakazał kąpieli w basenie przez 10 dni. Najgorszy był oczywiście zakaz kąpieli. Bartek po 100 razy dziennie pyta, kiedy będzie mógł się kąpać. Bardzo rozpacza, wchodzi pod stół, płacze, tak trudno mu pogodzić się z zakazem kąpieli. Biorę go więc na kolana i przytulam. Może mamy ramiona sprawią, że ten zakaz stanie się łatwiejszy do zniesienia.

31 sierpnia 2001

Od 1 września organizuję jak co roku turnus rehabilitacyjny. Przygotowuję na ten wyjazd komplety ubrań dla siebie i dzieci. Dzieci przyjadą po kilku dniach, abym wszystko mogła spokojnie rozplanować.

2 września 2001

Dzwonię do chłopców dwa razy dziennie. Wczoraj Przemek nie mógł zasnąć, a dziś od samego rana Bartek nagle rozpłakał się podczas rozmowy telefonicznej -„Chcę do mamy!” Na szczęście już jutro poniedziałek i chłopcy przyjeżdżają.

4 września 2001

Czytam artykuł Wojciecha Eichelbergera na temat bezpłodności oraz zapłodnień in vitro we wrześniowym „Zwierciadle”. Pewne fragmenty tego artykułu mówią również o adopcji jako innej możliwości rodzicielstwa.” Miałem szczęście spotkać małżeństwa, które w porę dochodziły do wniosku, że skoro nie mogą mieć własnych dzieci, przygarną te, które już są na tym świecie. Adopcja jest ogromnym szczęściem dla opuszczonych dzieci. Niestety, w Polsce postrzegana jest jako coś upokarzającego, jako gorsza forma rodzicielstwa. Pokochanie nie swojego dziecka i zajęcie się nim mądrze i z szacunkiem wymaga szczególnego wysiłku serca i psychicznych kwalifikacji. Szkoda, że ludzie wysiadują latami w poczekalniach klinik, zamiast wziąć do domu dzieci, które już są i tylko o tym marzą. ” Po podjęciu decyzji że zaadoptujemy dzieci, chcieliśmy coś więcej na ten temat przeczytać. Starałam się więc znaleźć jakąś literaturę na ten temat. Szczególnie interesujące dla mnie wtedy byłyby praktyczne doświadczenia osób, które jak my zdecydowali się na taką formę rodzicielstwa. Niestety, niczego w polskim piśmiennictwie nie znalazłam. Nie pamiętam nic prócz jakiś statystyk i teoretycznych pseudonaukowych rozważań. Mam również podobne refleksje na temat odbioru adopcji, że postrzegana jest w Polsce jako gorsza forma rodzicielstwa. Często jest przed dziećmi ukrywana, jakby była czymś wstydliwym. Czasem ukrywa się fakt adoptowania dzieci nawet przed najbliższą rodziną. Osobiście również podczas rozmów spotkałam się z wieloma stereotypami na ten temat i nie sądzę, by coś zmieniło się w ostatnim czasie. A przecież fakt zaadoptowania chłopców jest największym cudem, jaki zdarzył się w naszym życiu. Miłość do nich, choć może nie najłatwiejsza, nadaje głębszy sens memu życiu, wypełnia moje dni. Choć nie jestem biologiczną mamą moich dzieci, nie mogłabym kochać ich mocniej i pełniej. Czuję, że każdy ich lęk, radość czy ból stają się moim. Jestem również biologiczną matką i w miłości rodzicielskiej, którą przeżywam nie widzę różnicy. Gdybym jednak bardzo głęboko starała się jej doszukiwać to. . . moje adoptowane dzieci są w lepszej sytuacji - z dość prozaicznego powodu - miłość do nich przyszła w czasie, gdy byłam starsza i mądrzejsza.

16 września 2001

Czas ”Króla lwa” i „Herkulesa” niestety bezpowrotnie minął. Opętał nas czas Pokemonów i Dydzimonów, których z całego serca nie lubię. Chłopcom podobają się te stworzone potworki ich walki i jacyś X- meni. Ostatnio zdenerwowana takim zalewem przemocy nie pozwalam im włączać kanałów ,w których nadawane są te filmy

20 września 2001

Wyjeżdżamy do naszych przyjaciół w Szwajcarii. Decydujemy się na jazdę samochodem. Przed nami dwa dni podróży, aż do włoskiego kantonu. Dzieci są bardzo szczęśliwe, gdyż lubią podróżować z rodzicami. Tak długa podróż pierwszy raz przed nimi.

22 września 2001

Podróż minęła bez większych przygód. Po drodze śpimy w Czechach.

Nasi znajomi mieszkają w pięknym domku nad jeziorem Lago di Lugano. Dzieci od pierwszego momentu czują się tu znakomicie. Przemek podekscytowany budzi się wcześnie rano pierwszego dnia pobytu. Mamusiu noce w Szwajcarii są dłuższe niż w Polsce - tak tłumaczy sobie fakt wcześniejszego niż zwykle obudzenia. Dzieci też bardzo polubiły Bogusię. Grają z nią w różne gry, opowiadają swoje historie. Podczas całego pobytu są naturalne i pogodne. Nasz pobyt obfituje w wiele atrakcji. Pierwszy dzień spędzamy na basenie. Dzieci są urzeczone ciepłem wody i gościnnością wujka i cioci. Chciałyby, by mama i tata, też pracowali na basenie, tak jak wujek i ciocia. Podczas drugiego dnia zwiedzamy zamek Sworców i katedrę w Mediolanie. Wspinamy się na samą górę, wędrujemy po dachu, obchodzimy całą dookoła. Największą atrakcją pobytu stał się wyjazd do Gardalandu - słynnego wesołego miasteczka położonego nad jeziorem Garda. Tam pływamy podwodnymi łódkami, jeździmy na rolerkasterach, oglądamy filmy z efektami specjalnymi, spływamy wodospadem. Robimy dzieciom przy okazji ogromną liczbę zdjęć. Na nich są stale uśmiechnięte i zadowolone. Gdy późnym wieczorem autostradą suniemy do domu przyjaciół, zasypiają zmęczone i pełne wrażeń. Nic dziwnego, to było wielkie, emocjonujące przeżycie. Spacerujemy po Lugano i Morcote. Jedziemy w góry na spacer z psami. Podziwiamy surowość przyrody i piękno krajobrazu. Szwajcaria zostanie nam jeszcze długo w pamięci. Chłopcy osłuchują się z kolejnym językiem. Poznają nowe miejsca i nowych miłych ludzi. Wracamy obdarowani zabawkami i prezentami dla chłopców.

20 październik 2001

Przemek jest wytrwały. Wczoraj cały dzień sam ćwiczył wymowę głoski „r”. Przy każdej sposobności wciąż na nowo, próbował. Mówiłam mu, jaka jestem z niego dumna, że tyle razy próbuje i że za tyle prób należy mu się nagroda. Wcześniej potrafił już mówić „r”, ale jedynie z pomocą palca, który pomagał wprowadzać język w drgania. Dzisiaj dzięki intensywnym ćwiczeniom potrafi samodzielnie bez żadnej pomocy mówić wspaniałe, dźwięcznie wibrujące „r”.

23 października 2001

Kupiłam chłopcom w nagrodę gipsowe maski do malowania i dekorowania. Po powrocie do domu zrobiliśmy porządki w ogrodzie, pozamiataliśmy liście, rozpaliliśmy ognisko i usmażyliśmy na nim kiełbaski. Gdy zrobiło się ciemno, zabraliśmy się wreszcie za dekorowanie masek. Przemek wycinał części papierowe, Bartek nakładał folię aluminiową, ja modelowałam twarze, a Józef przygotowywał gipsowe bandaże i wszystko oklejał. Chłopcy byli szczęśliwi, że razem pracujemy. Skończyliśmy i odłożyliśmy maski do wyschnięcia. Jutro czeka nas malowanie i dalsze dekorowanie.

5 listopada 2001

Ostatnio naszą ulubioną rozrywką jest gra w skojarzenia. Chłopcy prześcigają się w pomysłach. Co łączy te słowa : może być do telewizora, może być do robota i kieruje samolotem, odpowiedz brzmi – Pilot-. Lub inny: Może być błyskawiczny, stoi w Malborku i można go budować z piasku oczywiście chodzi o- zamek-. Najbardziej jednak za serce ujęło mnie skojarzenie wymyślone przez Bartusia. „To jest bardzo piękne, to się bardzo kocha i bez tego nie można żyć. ” -nim zdążyłam się zastanowić i spróbowałam odpowiedzieć, Bartek mi podpowiada: „-Dzieci – przecież - no mama, nie wiesz?” - woła oburzony. „Oczywiście, że tak” mówię ucieszona. Zamykam oczy, słyszę je. Z dumą i satysfakcją powtarzam skojarzenie wymyślone przez Bartusia Józkowi.

12 listopada 2001

Zajmuje nas nie tylko wymyślanie skojarzeń, ale również rymowanek. Przemek prosi mnie „Mamusiu, powiedz świnka.” Gdy powtarzam, z zadowoleniem dokańcza „twój tata skacze jak sprężynka.” Są też rymowanki dużo bardziej wyraziste np. Powiedz „wanną.” - „Twój tata kąpie się z gołą panną.” Wymyślamy przeróżne rymowanki i zaśmiewamy się, mimo że Józek na takie eksperymenty patrzy dość podejrzliwym okiem.

5 grudnia 2001

Wyjeżdżamy z Józkiem po raz drugi sami. Jesteśmy zmęczeni i przepracowani. Przez ostatni czas byłam przede wszystkim mamą. Chcę znów odnaleźć się jako żona. Poczuć radość bycia tylko we dwoje. Dzieci czekają na odmianę, jaką będzie opieka dziadków. Cieszą się na ich przyjazd i wspólne zabawy.

10 grudnia 2001

To, z czym na koniec chcę się zmierzyć - myśli o biologicznych rodzicach moich dzieci. Dopiero teraz mogę o tym pisać. Jest to nadal dla mnie trudne. Dzięki kobiecie, która zdecydowała się urodzić Przemka i Bartka, mamy dwójkę chłopców. Często powtarzam sobie, że tak właśnie miało być, że było to nam przeznaczone. Takie myśli bardzo mi pomagają. Jednak uczucie wdzięczności miesza mi się ze złością na rodziców, którzy ich zostawili.
Przemek i Bartek też będą musieli sobie z tym poradzić. Będą zadawać pytania i poszukiwać na nie odpowiedzi. A tak chciałabym ich uchronić od wszystkiego, co bolesne i trudne. Chcę pozbyć się uczucia złości, gdyż tylko w taki sposób pomogę moim dzieciom zmierzyć się z podobnymi uczuciami.

Zostałam zaproszona na spotkanie, które zostało zorganizowane przez Ośrodek Adopcyjny, dla tych, którzy przygotowują się do roli rodziców adopcyjnych i zastępczych. Był na nich sędzia sądu rodzinnego, dziewczyna, która wychowywała się 15 lat w domu dziecka, ojciec z rodzinnego domu dziecka, psycholog, córka matki prowadzącej rodzinę zastępczą i ja - matka adopcyjna. Padało wiele pytań dotyczących naszych rodzicielskich i dziecięcych doświadczeń. Opowiadałam trochę o dzieciach i swoich poszukiwaniach. To spotkanie uzmysłowiło mi, że nie lękam się już ani genetycznych, ani wczesnodziecięcych obciążeń moich dzieci .Nawet jeżeli istnieją nie mają większego znaczenia. Nie boję się, że w przyszłości chłopcy mogą chcieć odszukać swoich rodziców .To ich prawo. Żaden człowiek nie jest własnością drugiego człowieka.
Ja CHCĘ być mamą Przemka i Bartusia. Chcę z nimi dzielić życie. Nikt i nic nie może przekreślić miłości, którą czuję.
Czy mówić o adopcji? A dlaczego nie?
Jednak sami musimy poczuć, że nie ma w niej nic złego. To trudne, gdyż społeczne i potoczne opinie są wręcz odwrotne. Lęki i stereotypy krążą na jej temat, tak jak ciemne, nieznane chmury. Adopcja jest ukrywana przed złymi i wścibskimi ludźmi, a rodzice adopcyjni wpadają nawet na pomysł, by wyjechać jak najdalej w obawie przed ujawnieniem prawdy. Prawda jest wartością. Nasze dzieci na nią zasługują.
Po spotkaniu podeszła do mnie dziewczyna, wychowanka domu dziecka, dziś mężatka. Mówiła , że dzięki temu, że na swojej drodze spotkała dobrych ludzi, przetrwała i dziś chce zrobić wszystko, by domów dziecka nie było. Spojrzałyśmy sobie w oczy i uścisnęłyśmy się bez słów.

Te wspomnienia kończą się. Moje dzieci tak jak my ich - zaadoptowały nas jako mamę i tatę, a Mateusza jako starszego brata. Opisałam jak przez ponad dwa lata stawaliśmy się rodziną .Na początku wspomnienia te pisałam tylko dla Przemka i Bartka. Dzisiaj chcę ofiarować je tym wszystkim, którzy obawiają się adopcji. Jeżeli pomogą w podjęciu decyzji lub obalą jakiś stereotyp warto było zdecydować się na ich publikację.

0
Twoja ocena: Brak

Odpowiedzi

Portret użytkownika iwo_nka

Re: Dom malowany cz.3

Pani Magdaleno, dziekuje!!!!!
Mysle ze pani opowiesc wywolala i wywola wiele wzruszen.
Moge jedynie zyczyc Pani i rodzinie Wesolych Swiat i napisac ze byloby wspaniale od czasu do czasu przeczytac co dzieje sie sie u Przemka i Bartusia
Serdecznie pozdrawiam
Iwona

Iwona z synkiem urodzonym po 12 latach leczenia

Portret użytkownika siwaczka

Re: Dom malowany cz.3

Myślę Magdo, że Tobie łatwiej jest mówić o adopcji, bo spełniłaś się jako rodzicielka. Wydaje mi się, że oprócz chęci posiadania dziecka kobieta pragnie urodzić. Dowodem są dziewczyny latami wysiadujące przed gabinetami lekarskimi. Kiedy ten sposób nie zadziała decydują się na adopcje. Nie chcą aby cały świat wiedział w jaki sposób stały się matkami. Kochają swoje dzieci bezgranicznie, ale ciągle myslą o tamtej kobiecie. Ty jesteś jednocześnie wdzięczna i czujesz złość do biologicznej matki swoich synków za porzucenie ich. Ja czuje tylko wdzięczność, że urodziła. Złość oczywiście też występuje, ale tylko do siebie ... dlaczego ja nie mogłam urodzić swoich dzieci? Dlaczego musieliśmy się szukać po świecie? A jak pomyślę, że mogliśmy sie minąć to szaleję z bezradności.
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam Twoje zwierzenia. Są pełne radości, miłości i wskazówek dla matek małych dzieci. Magdo, czy opisałabyś to wszystko gdybyś naturalnie miała swoich małych synków?
Pozdrawiam ... Jola

... a ja tańczyć chcę ...

Portret użytkownika admin

Re: Dom malowany cz.3

Zacznę może od końca. Oczywiście nie opisałabym tej historii, gdybym tak jak piszesz "naturalnie miała swoich małych synków".
Jest taka modlitwa anonimowych alkoholików:
"Panie daj mi siłę, abym godził się z tym czego nie mogę zmienić.
Odwagę, abym zmieniał to, co zmieniać mogę i Mądrość, abym odróżnił jedno od drugiego."
Moja opowieść to historia miłości do dzieci zaadoptowanych i nic tego nie zmieni.
Tak jak ja staram się pozbyć złości do naturalnych rodziców Przemka i Bartka, tak Ty Jolu nie złość się na siebie. Już się dość wyzłościłaś przez tyle lat starań.
Nie mogłyśmy urodzić naszych dzieci, ale możemy być z nimi każdego dnia. Możemy je kochać, chronić i cieszyć się nimi. Świat nie musi wiedzieć w jaki sposób stałyśmy się matkami, ale nasze dzieci zasługują na prawdę. Dlatego te wspomienia napisałam właśnie dla nich.
Pozdrawiam,
Magdalena

Portret użytkownika siwaczka

Re: Dom malowany cz.3

Masz rację Magdo, dość tych złości. Szkoda energii ... Tracę ją nad tworzeniem scenariusza, który wcale nie musi być moim i moich dzieci udziałem.
Tak już jest, że lubię dzielić włos na czworo ...
Jutro Nowy Rok ... Mam nadzieję, że pozwoli nam żyć w przyjaźni z własnymi myślami i odnajdę tę ... Siłę, Odwagę i Mądrość ... o których pisałaś.
Dziękuję ... Jola

... a ja tańczyć chcę ...

Portret użytkownika agak70

Re: Dom malowany cz.3

Przeczytałam całość... brak mi słów... wielka gula stoi w gardle, a po policzkach płyną czarne łzy...
Magdaleno... dziękuję! Za nadzieję, że może tak być, że ten świat nie jest do końca zły, skoro są na nim TACY ludzie...
Muszę się przyznać do zazdrości, która obudziła się we mnie podczas lektury - o umiejętność postępowania, o łatwość wyrażania uczuć, wreszcie o wielkie wsparcie jakie masz w swoim partnerze - gratuluję!
Będę czuła niedosyt i brak kontaktu z Wasza wspaniałą Rodziną... serdecznie pozdrawiam!!!

Piotruś i Mati moje dwa słoneczka!!

Portret użytkownika delicja26

Re: Dom malowany cz.3

O Boże, dlaczego dopiero teraz przeczytałam ten pamiętnik? Płakałam i śmiałam się na zmianę. Cudowne jest to co Pani opisuje. Dziękuję.
Alicja

Szczęśliwa mama Milusi (3 latka) i Jasieńka (1, 5 roczku)