(Nie)jawność adopcji?

Temat: 
Adopcja Dziecka

Dziewczynki są z nami - są całym naszym światem! Przeżyliśmy całą procedurę, biurokrację, czekamy jeszcze na nowe numery PESEL i meldunek.
I...? Na razie koniec! Na razie, bo pewnie przejdzie nam przejść przez to po raz kolejny. Ale każdego kolejnego dnia będzie przechodzić przez to mnóstwo kandydatów na rodziców adopcyjnych.

I pewnie większość z nich zostanie porażona paranoją polskiego prawa, odnosząc jednocześnie wrażenie, że stworzył je dla nas jakiś obcy (s)twór, a nie my sami. Bo kto inny jak nie sędziowie winni się zastanowić nad ową głupotą. A mnie niestety martwi, że Pani sędzina po dniu w którym mieliśmy rozprawę nawet przez chwilę nie poddała refleksji tego, co od nas usłyszała. Napomknę jedynie, że Panie w moim warzywniaku z większym wyczuciem i emocjami sprzedaje mi marchewkę, aniżeli Pani sędzina prowadzi sprawę o przysposobienie. Może miała gorszy dzień...

Ale przejdę do rzeczy.
Sąd po wydaniu decyzji o przysposobienie, nakazuje USC utajnienie dotychczasowego aktu urodzenia i wydanie nowego. Powstaje nowy cżłowieczek, który ma nowe nazwisko a niejednokrotnie i imiona. Jego dotychczasowe personalia nie powinny być nikomu znane i koniec kropka. I nie chodzi tu o fakt, czy dziecko dowie się że jest adoptowane, bo się dowie, ale o samą zasadę, że nie musi o tym wiedzieć cała okolica, co więcej np. znajoma znajomej matki biologicznej, która okaże się pracuje w jednym z urzędów.

Jednak rodzic (adopcyjny) stara się o urlop macierzyński i co? Musi dostarczyć COŚ co go do niego uprawnia. Najlepiej decyzja sądu. A tam co, nie tylko dotychczasowe dane dziecka ale i rodziców biologicznych, zapewne tego nieświadomych. Dalej chce taki rodzic starać się o "becikowe" - owszem ma nowy akt urodzenia, tylko że jeśli dziecko skończyło rok to musi okazać, że jest adoptowane. No i tutaj decyzja sądu - j/w. Do tego cała dokumentacja medyczna, włącznie z kartą szczepień i książeczką zdrowia zawiera wszystkie "utajnione" dane. Z całej sterty "papierków", które zabieramy z dzieckiem można wykrzesać później adres rodziców biologicznych, ba nawet telefon komórkowy.
I tu jeszcze jedno spostrzeżenie. Na warsztatach mówiono nam, że nie otrzyma się dziecka z tego samego miasta, w którym się mieszka. Zgada się, tylko co jeśli matka biologiczna mieszka w tej samej dzielnicy, w której ja mieszkałam 25 lat! To już nie problem jak mniemam...

Przeraziło mnie to wszystko! Nawet z perspektywy matki biologicznej, która oddaje dziecko do adopcji i nie życzy sobie, coby jakaś obca osoba dysponowała takimi danymi. W końcu mamy w kraju ustawę o ochronie danych osobowych!

Złożyliśmy więc w sądzie prośbę o wydanie nam postanowienia (zaświadczenie, załącznika - niech sobie to nazwą jak chcą) baz danych biologicznych dzieci.
Powiedzmy do celów administracyjnych, coś w stylu "małoletnia X ("nowe" dane) urodzona (...) decyzją sądu z dnia (...) została przysposobiona przez państwo Z".
Sąd odmówił nam takiego pisma!!! Niby dlaczego? Bo się tego nie praktykuje? Bo nie mamy takiego druczka? Bo wszyscy zaraz będą chcieli? No i to rozbrajające pytanie sędziny "a niby jak sobie to Państwo wyobrażają?" Czy wydanie jednego małego papierka, który chroniłby tego małego człowieczka aż tak urągałby godności wysokiego sądu?! Mój umysł tego po prostu nie ogarnia!

Na koniec, na pocieszenie dodam, że jest wyjście, jest rozwiązanie!!! Bardzo proste! Korektor w taśmie. Zaciemniany odpowiednie miejsca, kserujemy dokument i liczymy, że nasz pracodawca czy panie w urzędach zechcą go przyjąć.
Fenomen jest taki, ze przyjmują, więc przyjęły by również zaświadczenie z sądu bez tych danych, bo najwidoczniej nie są im do niczego potrzebne. Książeczkę zdrowia np. należy pozyskać na najbliższej porodówce, wyjąć zszywki i wymienić odpowiednie kartki.
To wszystko robimy - my rodzice adopcyjni w świetle prawa, które zakłada niejawność adopcji. Śmieszne, tragiczne, przykre...?

4.76923
Twoja ocena: Brak Średnia: 4.8 (13 głosów )

Odpowiedzi

Portret użytkownika milkap32

Śmieszne, tragiczne,

Śmieszne, tragiczne, przykre...? ale niestety prawdziwe

Portret użytkownika Venona

podobnie z in vitro

Jeśli będąc w ciąży trafiasz do szpitala - nie chwal się, że ciąża po in vitro, bo Ci to wpiszą do karty, która wisi przy wejściu do Twojej sali i każdy odwiedzający - Ciebie lub Twoje sąsiadki z sali - będzie mógł to sobie przeczytać: IVF - jak byk obok nazwiska i wieku. A przy obchodzie - na wypadek, gdyby ktoś nie był ciekawy i nie spojrzał na Twoją kartę, Pan doktor zapyta: to po IVF? I wszystkie panie na sali spojrzą wymownie na Ciebie ... Pal licho, jeśli leżysz z koleżanką z podstawówki, która też po in vitro, gorzej jeśli z kimś o poglądach radiomaryjnych. Jakoś nie zależało mi na afiszowaniu się z moimi problemami z płodnością, ale dzięki subtelności lekarzy zostały obwieszczone światu po wielokroć. Wypadałoby pana doktora pozwać do sądu... Tylko kto po porodzie ma na to czas i siły. Machamy więc ręką. Niestety, za chwilę stygmatyzacja spotyka kolejną z nas. Przecież się nie wstydzimy TEGO ... Nie, ale Polska to porażający zaścianek i pewne sprawy chcemy zostawić dla siebie i najbliższych. Niekoniecznie dzielić się nimi z całym światem.