Adoptowane dzieci w poszukiwaniu przeszłości

Temat: 
Adopcja Dziecka

Marcin Fabjański, "Nowy Dziennik" 09-10-2002

Nie wiedział, że jest adoptowany. Dowiedział się o tym w wieku 52 lat od pracownicy socjalnej stanu Connecticut Nancy Sitterly. - Masz dwanaścioro rodzeństwa - powiedziała.
Moi bracia i siostry coś przede mną ukrywają. Jak mogli nie zauważyć, że Peggy ciągle była w ciąży? Dlaczego rodziła dzieci?

Dom jest schowany głęboko w lesie. Wjeżdżam na piaszczysty podjazd. Dwa psy szczekaniem obwieszczają moje przybycie. Na tarasie już stoi Gary Klahr. Uśmiecha się lekko, macha dłonią na powitanie, ale ani drgnie. Odkąd chirurdzy założyli mu metal w kolanach, nie wychodzi na powitanie gości.

Wszyscy go tu znają. Był gwiazdą futbolu amerykańskiego, ale powaliła go kontuzja (stąd metal w kolanach), aktorem broadwayowskim i hollywoodzkim (rola Ala w "Zaślubionej z mafią"), znanym playboyem w miasteczku Wilton, niedaleko Bridgeport w stanie Connecticut.

Gary: tajemnicze rozmowy

Miał 14 lat, gdy został objawieniem futbolowym, o którym pisały gazety. Tak pewnie o Garym dowiedziała się nieznajoma kobieta. Dużo paliła (słyszał w słuchawce, jak się zaciąga i kaszle). Skąd go znała - nie miał pojęcia. Ani odwagi, żeby zapytać.

Dzwoniła nieregularnie. Pytała o proste rzeczy: - Jak się miewasz? Co słychać w szkole? Masz już dziewczynę?

Ale najdziwniejsze było, że kiedy Gary odkładał słuchawkę, nic się nie działo. Rodzice nie zadawali pytań. Nie wołali: Kto dzwonił?! - jak po innych telefonach. Kiedy to oni odbierali telefon od niej, zaraz oddawali słuchawkę Gary'emu. Nic nie mówili. Smutnieli.

Dzisiaj Gary Klahr (rocznik 1947) domyśla się, z kim rozmawiał w dzieciństwie: - To była Peggy, moja biologiczna matka. Chciała usłyszeć mój głos.

Ale wtedy nie wiedział, że jest adoptowany. Dowiedział się o tym w wieku 52 lat od pracownicy socjalnej stanu Connecticut Nancy Sitterly. - Masz dwanaścioro rodzeństwa - powiedziała.

Steven: nie chciał wiedzieć

40 kilometrów od Wilton, w Bridgeport, dorastał Steven Barbin (rocznik 1952). Ojciec - protestant - reperował telewizory, matka - Żydówka - nie pracowała. Miał siedem lat, kiedy kolega z podwórka wypalił: - Jesteś adoptowany.

Nie wiedział, co to znaczy, wrócił do domu i zapytał.

- Jesteś naszym dzieckiem, ale nie pochodzisz od nas - wyjaśnił ojciec.

Wystarczyło. Nie pytał o nic przez lata.

Ojciec co kilka lat siadał koło niego na schodach werandy i pytał:

- Chcesz wiedzieć więcej o swojej adopcji?

Nie chciał - ani w wieku dziewięciu, ani 11 lat, ani później.

Joan Barbin, matka Stevena: - Powiedzieliśmy mu, że jest adoptowany, gdy miał cztery lata, ale chyba nie zrozumiał.

Gary i Steven: 23 lata wcześniej

Latem 1975 roku Gary spotkał Stevena w Safari Pub w Norwalk. Gary - w hawajskiej koszuli i niebieskiej wełnianej czapce na czubku łysiny - siedział za barem wśród przyjaciół. Obok Steven - przy sąsiednim stoliku obok, wśród swoich. Zaczęli ze sobą rozmawiać.

- To nie była głęboka konwersacja. Takie gadanie. Ale jakoś od razu się polubiliśmy - wspomina Steven.

- On jest mniejszą wersją mnie, ale wtedy tego nie widzieliśmy - mówi Gary.

Wymienili się numerami telefonów.

Gary zaczynał wtedy występować na Broadwayu. Do piątej po południu rozwoził piwo do barów, żeby zarobić. Potem przebierał się i jechał pociągiem do Nowego Jorku na prywatne lekcje aktorstwa. Steven studiował psychologię, a po wykładach wlewał benzynę do samochodów na stacji Oil City.

Od spotkania w Safari Pub Gary specjalnie zbaczał z trasy swoim garbusem, żeby u niego tankować.

- Spytać, co słychać, zaprosić na piwo. Ciągnęło nas do siebie. Wkrótce rozmawialiśmy ze sobą godzinami - opowiada Gary.

Steven: faks z potwierdzeniem

Kiedy 30 grudnia 1998 roku zadzwoniła Nancy Sitterly, Steven przestraszył się, że coś nie tak z podatkami. - Człowiekowi zawsze takie myśli przychodzą do głowy, kiedy dzwoni ktoś ze stanu - mówi.

Spytała, czy ma parę minut i chciałby się czegoś dowiedzieć. Miał.

- Ma pan rodzeństwo - usłyszał.

Stał przy oknie w pokoju, w którym pracuje, i zobaczył, jak liście wielkiego dębu się rozmazują.

- Chce pan wiedzieć więcej? - zapytała urzędniczka.

"Nie chcę" - pomyślał.

- Chcę - powiedział.

- Kiedy ktoś dzwoni i zadaje ci takie pytanie, nie możesz się oprzeć - mówi dzisiaj.

- Jest pan jednym z trzynaściorga rodzeństwa - powiedziała urzędniczka. - Ale to nie wszystko. Czy jest ktoś, kogo zna pan bardzo blisko i jest do pana podobny?

- Chce mi pani powiedzieć, że mój najbliższy przyjaciel Gary Howard Klahr jest moim bratem?

- Tak.

Steven Barbin dzisiaj: - Zanim nie przysłała mi faksem potwierdzenia, nie byłem pewien, czy to nie jest dowcip. Kiedy go przeczytałem, poczułem się jak mały chłopiec w ogromnym sklepie z zabawkami. Tego wszystkiego było za dużo.

Zaraz zadzwonił do Gary'ego. Spytał krótko: - Wierzysz w to?

Usłyszał równie krótkie: "tak".

Gary był już przygotowany na telefon Stevena. Nancy Sitterly wcześniej z nim rozmawiała.

W 15 minut dowiedział się, że jest adoptowany, jego prawdziwi rodzicie nie żyją, ma dwanaścioro rodzeństwa, z czego jedenaścioro żyje, i jeśli chce, to niektórzy z nich mogą do niego zadzwonić.

52 lat życia to za mało, żeby przygotować człowieka na coś takiego.

Przez następne dni dzwonił do wszystkich ciotek, wujów i kuzynów, jakich znał. Nie mieli pojęcia, że był adoptowany.

Potem stało się coś dziwnego. Od lat Gary i Steven dzwonili do siebie co najmniej raz dziennie albo się spotykali. Po telefonie od urzędniczki nie odezwali się do siebie przez trzy miesiące.

- Mieliśmy dużo do przetrawienia - mówi Steven. - Baliśmy się, że może teraz coś się między nami zmieni. Na gorsze.

Steven bał się reakcji matki adopcyjnej, Joan. Niepotrzebnie.

- Poczułam ulgę, gdy Steve powiedział, że wie. Starzeję się, a nie chciałam odejść z tego świata bez dania mu tej wiedzy. Tyle że wcześniej nie chciał o tym słuchać.

Joan Barbin nie myślała wiele o biologicznych rodzicach Stevena.

- Czasami tylko dziwiłam się, jak mogli oddać swoje dziecko.

Liczba braci i sióstr Stevena tylko ją zachwyciła: - Ale wielka rodzina!

Micka i Richard: z tej samej rodziny

Telefon od Nancy Sitterly ze stanowego Wydziału ds. Dzieci i Rodzin uspokoił Mickę Zeman. 19 grudnia 1998 roku dowiedziała się, jak nazywali się jej biologiczni rodzice - Peggy i Walter Andrzejewscy. I że oboje zmarli w odstępie kilku miesięcy w 1984 roku, ale nie na raka. A raka właśnie podejrzewał lekarz u jej brata - Richarda. Micka w myślach dziękowała Bogu za dobrą wiadomość, kiedy Nancy powiedziała coś jeszcze. - Musimy się spotkać.

- Kiedy? - zapytała Micka.

- Jak najszybciej.

- To może jutro?

Micka (rocznik 1949) i Richard (rocznik 1950) Zeman mieli w dzieciństwie ukochaną książkę. Uwielbiali, kiedy rodzice im ją czytali. Miała tytuł: "Dziecko z wyboru". Rodzice jeszcze bardziej uwielbiali im ją czytać.

Micka i Richard wiedzieli od dziecka, że są adoptowani. Trafili dobrze - do wielkiego domu z ogrodem w miasteczku Fairfield na przedmieściach Bridgeport, do rodziny lekarza.

Zawsze bawili się razem (Jody, trzecia siostra urodzona przez ich matkę, była sześć lat młodsza od Micki, pięć od Richarda), lubili te same potrawy, mieli podobne gesty. Umieli to sobie wytłumaczyć.

Micka: - Myśleliśmy, że to przez wychowanie według ścisłych reguł żydowskich: hebrajska szkoła dwa razy w tygodniu, szabas, wizyty w synagodze.

W Święto Dziękczynienia 1982 roku, na obiedzie rodzinnym, Micka wspomniała o podobieństwie do Richarda kuzynce Susy.

- Przecież wzięli was z tej samej rodziny! - powiedziała Susy.

Matka siedziała przy drugim końcu stołu. Rozpłakała się: - Chciałam was mieć dla siebie.

Micka: - Nie powiedziała nam o tym ze strachu. Gdybyśmy wiedzieli, że mamy tych samych rodziców, szybciej przyszłoby nam do głowy, żeby ich poszukać. W wieku 16 lat Micka (ojciec już nie żył) przypomniała sobie, że ma innych rodziców.

- Chciałam wiedzieć, co to za ludzie, to mnie męczyło - mówi. Nagabywanie matki nic nie dało. - Nie szukaj ich, bo będzie ci przykro. Wystarczy, żebyś wiedziała, że zostałaś dobrze wychowana.

W roku 1998 lekarz powiedział jej: - Zbliżasz się do pięćdziesiąt- ki, powinnaś zrobić gruntowne badania. I zapytał: - Czy twoi rodzice na coś ciężko chorowali? A bracia i siostry?

Skąd miała wiedzieć? Postanowiła to sprawdzić.

Ale najpierw musiała przekonać Richarda. W sprawie biologicznych rodziców łączyło ich porozumienie - jak jedno nie szuka, to drugie też.

Richard dotąd nie godził się na grzebanie w przeszłości.

- Miałem poczucie, że to byłby brak lojalności wobec matki, która nas wychowała - mówi dzisiaj. Ale akurat wtedy cierpiał na dokuczliwe bóle żołądka, myślał, że ma raka, więc się zgodził.

- Dowiedz się, co to za ludzie. Ale ja chcę wiedzieć tylko to, co nie- zbędne dla mojej diagnozy - powiedział.

Micka zadzwoniła do stanowego Wydziału ds. Dzieci i Rodzin. Kazali przefaksować prośbę o otwarcie akt adopcyjnych. Dwa tygodnie później oddzwoniła do niej Nancy Sitterly.

Następnego dnia się spotkały. Sitterly powiedziała: - Ma pani braci i siostry, chce pani, żeby zadzwonili?

- Nie jestem jeszcze gotowa.

Mąż Micki myślał inaczej: - Jest gotowa.

Urzędniczka zadzwoniła jeszcze tego dnia do Anthony'ego Andrzejewskiego, brata Micki, którego wychowali biologiczni rodzice. A on oddzwonił do Micki: "Było nas trzynaścioro" - powiedział.

Richard: obiad w Bridgeport

- Jak miałam nie powiedzieć o tym Richardowi? Chciał tylko informacji ważnych dla diagnozy, ale przecież nie mógł nie wiedzieć, że ma tyle braci i sióstr - opowiada Micka.

Rozmowę z Richardem wziął na siebie Gary Klahr, dawny przyjaciel Micki i jej nowo odkryty brat, kumpel Richarda z siłowni.

Zadzwonił do niego w połowie stycznia: - Hej, koleś, jak się masz? Jestem w Bridgeport, przyjeżdżaj, zjemy obiad.

Często jadali razem, ale Richard wyczuł, że tym razem Gary powie mu coś ważnego.

- W pięć minut zorientowałem się, że jest moim bratem. Zajęło mu jeszcze 40 minut, żeby to wreszcie z siebie wykrztusić - opowiada Richard. - Czy to coś zmieniło? Niewiele. Tyle że teraz, jak dzwoni, żeby zaprosić mnie na obiad, to krzyczy w słuchawkę: ruszaj ten swój tłusty polski tyłek i przyjeżdżaj!

Adrienne: zdjęcie z choinką

Adrienne Gervasi (rocznik 1957) nie odbiera telefonów - w nocy pracuje w barze, w dzień lubi spać. No i ma spokój z ludźmi od telemarketingu.

Nancy Sitterly zostawiała wiadomość na sekretarce kilka razy - prosiła o kontakt.

- Myślałam, że szukają mnie biologiczni rodzice. Nie oddzwaniałam - mówi Adrienne.

Ojciec Adrienne miał własną firmę w Bridgeport - reperował lodówki i klimatyzację. Matka dbała o dom. Mała Adrienne chodziła co niedziela do kościoła, ładnie śpiewała, a na obiad często jadła makaron. Jak inne dzieci z włoskich rodzin.

Gdy miała siedem lat, matka, wałkując ciasto na makaron, powiedziała: - Nie urodziłam cię, tylko wybrałam. Pochodzisz z polskiej rodziny. Trafiłaś do nas, jak miałaś sześć dni.

Nic się nie zmieniło.

Tyle że teraz Adrienne wiedziała, dlaczego dziadek ciągle nazywa ją w żartach "little Polack" (małym Polaczkiem).

Miała 13 albo 14 lat, kiedy zaczęła myśleć o matce, która ją urodziła. Ale zaraz postanowiła przestać - po co ma komplikować sobie życie? Adrienne: - Chciałam zapytać ją o jedno: dlaczego mnie oddała?

Kiedy miała 16 lat, matka zapytała, czy chce obejrzeć swoją kartotekę adopcyjną.

Powiedziała krótko: - Nie.

Ale po telefonie od Nancy Sitterly wytrzymała dwa tygodnie. 31 stycznia 1999 oddzwoniła do urzędniczki. - Jeśli szukają mnie biologiczni rodzice, to możesz odłożyć słuchawkę - warknęła.

- Oni już nie żyją - oświadczyła Sitterly.

Adrienne nabrała radosnych podejrzeń: - Spadek? Ile?

- Nie - powiedziała urzędniczka. - Jesteś najmłodszą spośród trzynaściorga rodzeństwa.

Adrienne parsknęła śmiechem: - Żartujesz, nie?

Tego wieczoru zaczęła się zastanawiać: - Dlaczego Peggy Andrzejewska wciąż rodziła dzieci? To pytanie męczy ją do dziś.

Długo wpatrywała się w zdjęcie Waltera i Peggy z lat 60., które pokazał jej Tony Andrzejewski, nowy brat wychowany przez biologicznych rodziców. Stoją na nim obok choinki: Peggy bardzo drobna, Walter wysoki, przystojny.

Zmieniła zdanie - teraz chciałaby spotkać biologicznych rodziców.

- Moi bracia i siostry, którzy mieszkali z rodzicami biologicznymi, coś przed nami ukrywają. Jak mogli o mnie nie wiedzieć? Jak mogli nie zauważyć, że Peggy ciągle była w ciąży? Dlaczego Peggy rodziła dzieci regularnie, co rok? Dla pieniędzy?

Czasem Adrienne zastanawia się, jakby jej było u Andrzejewskich.

- Gdybym z nimi mieszkała, byłabym najbardziej rozpieszczonym dzieckiem na świecie. Miałabym sześciu starszych braci i tyle samo sióstr.

Święto Pamięci

Był długi majowy weekend - Memorial Day (Święto Pamięci) roku 1999. Na piaszczysty podjazd domu Gary Klahra, wjechało osiem samochodów. Kierowcy po kolei wchodzili na taras i padali sobie w ramiona. Całowali się. Mężczyźni przywieźli kobietom kwiaty.

- To byli moi bracia i siostry. Co z tego, że widziałam wielu z nich pierwszy raz w życiu? - mówi Micka. Przyjrzeli się siebie uważnie: mężczyźni mieli błękitne oczy, kobiety zielone. Wszyscy bardzo małe dłonie oraz stopy i podobne, zakrzywione nosy. Mówiąc, machali rękoma. Las wypełnił się ich głosami i śmiechem:

- Patrz na Richiego, ale ma ręce, takie jak ja, a przecież to facet!

- Gary, ty musisz być z innej matki, jesteś o głowę większy od nas!

Przywieźli fotografie z dzieciństwa i patrzyli na nie zdumieni - w wieku 16 lat Micka wyglądała dokładnie jak Steven.

Joan Baranowsky (rocznik 1946) przywiozła z Florydy opowieść o tym, jak kiedyś dała swojej mamie dwie kartki na Dzień Matki. Tak wyszło - najpierw kupiła jedną, potem drugą, bo bardziej się jej podobała.

Nie rozumiała, dlaczego rozzłościła matkę.

Teraz rozumie: - Myślała, że daję kartkę jej i biologicznej matce. Że wiem.

Kiedy w wieku 54 lat dowiedziała się od Nancy Sitterly, że jest adoptowana, stanęła przed lustrem. Po policzkach pociekły jej łzy. A w głowie się kotłowało: - Kim jestem?

Dowiedziała się, dlaczego matka nigdy nie chciała jej powiedzieć, ile ważyła w chwili urodzin i o której godzinie przyszła na świat. Gary specjalnie na to Święto Pamięci kupił polską kiełbasę i kilka butelek wódki Wyborowej. Był największy i najszczęśliwszy - wypił połowę wódki, pozostali resztę.

Na spotkanie przyjechali: Barbara (rocznik 1941), Richard (1942), Joan (1946), Anthony (1948), Micka (1949), drugi Richard (1950), wychowywany z Micką, Steven (1952) i Adrienne (1957).

Najstarszy z rodzeństwa, Walter (rocznik 1938), mieszka w Północnej Karolinie, nie mógł dojechać. Jane (1950) - z Massachusetts - nie chciała. Phyllis (1944) zupełnie zatarła za sobą ślady. Przez prawnika zabroniła im jej szukać. Sally (1943) przejechał samochód 12 lat temu.

Na jednym z rodzinnych obiadów spotkali potem Bobby'ego i Darlene, dzieci Sally.

Adrienne: - Bobby był blady jak ściana. Darlene wyglądała jak młodsza wersja mnie. Pamiętali, że ich matka spędzała godziny przy telefonie, próbując mnie odnaleźć. Miała 14 lat, kiedy się urodziłam.

Sally od dzieciństwa patrzyła, jak matka grubieje, znika na kilka dni i wraca szczuplejsza. Potem cykl się powtarzał.

Pewnego dnia nie dała zbywać się historyjkami o chorobie. - Gdzie są moi bracia i siostry? - zapytała. Usłyszała, że ma się zamknąć.

Umowa

Walter Andrzejewski (rodzice przyjechali z Polski) i Margaret Rolla (rodzice z Austro-Węgier) urodzili się w Pensylwanii, ale spotkali dopiero w Nowym Jorku, w połowie lat 30. Byli w wieku, kiedy mężczyźni i kobiety zakochują się w sobie.

Walter, rocznik 1914, malował mieszkania, pił i grał w karty na pieniądze. Młodsza od niego o pięć lat Margaret (wołali na nią Peggy) nie pracowała. Miała dobre serce - oddawała ostatniego centa żebrakowi na ulicy. Lubiła przyjęcia.

W roku 1936 wzięli ślub. Pierwszą trójkę dzieci Margaret urodziła w Nowym Jorku, pozostałe dziesięcioro w Bridgeport.

Mieszkali wśród innych mniejszości narodowych w slumsie Yellow Mill Village. Zaraz po wojnie była to chluba całego Bridgeport - modelowe ceglane bloki zbudowane w latach 30. przez państwo dla ubogich.

Obecnie to miejsce nazywa się wioską ojca Panika (Panik Village), od nazwiska polskiego księdza, który kiedyś tutaj mieszkał. Łatwo kupić tu narkotyki, ale władza robi z tym porządek. Policjanci oddzielają żółtą policyjną taśmą kolejne połacie wioski Panika, żeby dźwigi mogły je wyburzyć.

Andrzejewscy żyli w biedzie, ale dzieci wychowywali po katolicku. Jednego z chłopców szykowali na księdza, ale nic z tego nie wyszło. Innych nie potrafili wyżywić.

- Byli katolikami, nie mogli stosować antykoncepcji - przypuszcza Micka Zeman.

W tamtych czasach nie było centrów adopcyjnych. Dziecka szukało się na własną rękę - przez lekarzy, rabinów, księży, prawników. W ten sam sposób się je oddawało.

Andrzejewskim pomogła w tym żydowska pielęgniarka Wahnita Hilliard. Pewnie dogadali się tak dobrze, bo mówiła po rosyjsku, a w domu Andrzejewskich obowiązywał polski.

Wahnita szukała dziecka dla swojej siostrzenicy Marjorie Klahr, która mieszkała z mężem Benjaminem w dużym domu w miasteczku Fairfield i w ciągu dziesięciu lat cztery razy nie donosiła ciąży.

W umowie brali też udział: doktor Samuel Turtsky, rabin Samuel Rabinowitz i prawnik Max Froeworth.

- Gdzieś pod stołem z ręki do ręki wędrowały pieniądze - podejrzewa Gary Klahr.

Poduszki

Marjorie Klahr (urodzona w Detroit w 1920 roku) późną jesienią roku 1946 włożyła pod bluzkę cienką poduszkę. Przed świętami Hanuka zmieniła ją na grubszą. W marcu 1947 wokół jej brzucha tkwiło kilka poduszek. Cała rodzina cieszyła się: nareszcie, po dziesięciu latach małżeństwa.

Tylko doktor Knobock ze szpitala w Bridgeport był zaniepokojony - Marjorie wyraźnie brakowało stabilności emocjonalnej. Czy będzie umiała wychować dziecko?

Ale Marjorie miała swoje powody, żeby owijać się poduszkami. Jej ortodoksyjna żydowska rodzina (z Europy Wschodniej) mogła źle przyjąć adoptowane dziecko, na dodatek katolickie. Niech myślą, że to jej. Wiedziała tylko ona, jej mąż Benjamin i ciotka Wahnita.

20 marca 1947 roku pojechała taksówką do hotelu za Bridgeport. 24 marca ruszyła stamtąd do szpitala, żeby zostawić poduszki i zabrać niemowlę. Wszystko było dograne. Oględziny dziecka, czy zdrowe; podpis drżącą ręką na kartce papieru; wyciągnięty z portmonetki zwitek pieniędzy - za szpital dla Peggy, biologicznej matki dziecka (adwokat dostał pieniądze wcześniej).

Marjorie zdziwiła się, że lekarz kazał jej jechać do taksówki na wózku (taka procedura), ale usiadła, jak kazał, i patrzyła na obce dziecko, które trzymała w ramionach, a ono nie wiadomo dlaczego nawet nie płakało.

Dali mu imię Gary.

- Pokochała mnie - mówi Gary Klahr. - Stałem się jej prawdziwym synem.

Kiedy ludzie mówili, że szybko rośnie, odpowiadała: - Nic dziwnego, że taki duży. Urodzenie go zabrało mi dziesięć lat.

Caroline Klahr, żona Gary'ego: - Nigdy nie lubiłam Marjorie. Nie dało się być z nią blisko. Nie była czuła dla dzieci. Zawsze się zastanawiałam, jak taka osoba mogła urodzić mojego męża.

Po adoptowaniu Gary'ego bezdzietne dotąd małżeństwo Klahrów miało jeszcze trójkę biologicznych dzieci. Medycyna zna dobrze takie przypadki - coś się odblokowało w psychice matki.

Gary Klahr mówi, że kosztował przybranych rodziców dodatkowe 300 dolarów ("W adopcjach Andrzejewskich pomagał zawsze ten sam prawnik i ten sam lekarz, to musiał być stały biznes"), ale dowodów nie ma żadnych. Ma za to powód, żeby tak mówić - pisze scenariusz o swoim życiu, a bycie sprzedanym dzieckiem bardzo go ubarwia. Na stronie tytułowej scenariusza napis: "Absolutely true story" ("opowieść całkowicie prawdziwa") - w Hollywood takie historie sprzedają się najlepiej.

Joan Barbin, która adoptowała Stevena, twierdzi, że nie zapłaciła za niego ani centa ("Tyle co za szpital") - Andrzejewscy nie handlowali dziećmi.

Joan Barbin mieszka w strzeżonym osiedlu na skraju Bridgeport, w dużym, ciemnym mieszkaniu.

- Nigdy nie poznałam biologicznych rodziców Stevena - opowiada. - Zadzwonił do nas lekarz: dziecko się urodziło. Pojechaliśmy z mężem i jego bratem do szpitala.

Mogli obejrzeć Stevena przez szybę. Miał cztery dni.

Joan Barbin: - Trzymała go pielęgniarka. Stopa wystawała mu z becika. Jeszcze dziś, jak zamknę oczy, widzę tę stopę. Podpisaliśmy papiery i go zabraliśmy. A potem stał się cud. Steven rósł i coraz bardziej przypominał mojego męża.

Ścieżki

Trójkę dzieci: Waltera, Richarda i Sally, Andrzejewscy wychowali sami; piątkę oddali do rodzin żydowskich, a czwórkę do katolickich. Jedno dziecko - Barbara - trafiło do dalekich kuzynów, ale formalnie nie było przez nich adoptowane.

Pierwsze dwanaścioro dzieci Peggy urodziła w latach 1938-52. Ostatnią - Adrienne - w 1957. Rok później stan Connecticut zabronił tzw. prywatnych adopcji - odtąd dzieci można adoptować przez specjalne centra.

Problem zauważył jeszcze w latach 50. doktor Samuel Turetsky, który pośredniczył w większości adopcji. Wszystkie dzieci trafiły do rodzin mieszkających w promieniu 25 mil. Nie mogły się nie spotkać.

Doktor Turetsky, gnany niepokojem, przyszedł nawet na ślub Micki w 1988 roku. Kiedy zobaczył jej męża - niskiego bruneta o dużym nosie i oszczędnych gestach - odetchnął.

Ale doktor miał rację - ich ścieżki krzyżowały się często. Gary był najlepszym przyjacielem Stevena (i świadkiem na jego ślubie), chodził przez lata na siłownię z Richardem. Richard i jego siostra (biologiczna i w rodzinie adopcyjnej) Micka znali Stevena, którego zaproponowano ich adopcyjnym rodzicom, ale uznali, że adopcja trójki dzieci ich przerośnie.

Było coś jeszcze.

Upadek

W sierpniu 1979 roku ojciec Gary'ego Benjamin Klahr spadł z drabiny. Do końca października umierał w szpitalu w Bridgeport. Gary przesiadywał koło jego łóżka i tracił kolejne kontrakty na kręcenie reklam w Nowym Jorku.

- Byłem chudszy, miałem więcej włosów, a w tym szpitalu pracują śliczne pielęgniarki. Podobało im się, że rozmawiałem z nieprzytomnym ojcem, bo byłem pewien, że mnie słyszy. Zabierały mnie na noc do swoich mieszkań - mówi Gary.

W szpitalu Gary spotkał Mickę - pracowała w administracji. Właśnie umierała jej ciotka Bell. To ich zbliżyło do siebie.

Micka Zeman: - Oboje potrzebowaliśmy kogoś do rozmowy.

Pewnego wieczora pojechali razem do jej mieszkania.

- Zanim się z kimś zwiążę, zawsze pytam, czy jest adoptowany - mówi Micka. - On mi powiedział, że nie jest.

Dzień przed Wigilią 1998 roku Gary Klahr dowiedział się nie tylko, że jest adoptowany, ale że Micka Zeman jest też jego siostrą.

Niezgoda

Rodzina poróżniła się przez telewizję. Bracia wychowywani przez Andrzejewskich - Walter, Richard, Anthony - nie chcieli wystąpić w programie NBC "Dateline".

16 lutego 2001 roku do studia przyszli pozostali, cała ósemka z wyjątkiem Phyllis, która nigdy nie pozwoliła na kontakt ze sobą.

- Co byście powiedzieli swoim biologicznym rodzicom, gdyby żyli? - zapytał dziennikarz.

- Dziękujemy, że nas oddaliście - odpowiedzieli chórem.

Micka Zeman: - Wszyscy trafiliśmy do kochających rodzin. Walter i Peggy wybrali je starannie.

Odtąd trójka, która dorastała w domu Andrzejewskich, przestała się spotykać z resztą. Zabronili im używać swojego nazwiska w wywiadach (Andrzejewski zmienili na Anderson), odsyłali dziennikarzy z kwitkiem.

- Nie chcemy prania naszych brudów w telewizji - powiedział Anthony. Dzwonił do innych braci i sióstr, przekonywał, że powinni zrobić to samo.

Micka: - Przez rok byliśmy z nimi blisko. Potem zamknęli przed nami drzwi i serca.

Gary Klahr się zezłościł: - W tej rodzinie kryje się jakaś mrocz- na tajemnica. Kiedyś ją od- kryję.

Dziewięć miesięcy bił się z myś- lami, zanim poprosił o otwarcie swoich akt w stanowym Wydziale ds. Rodzin i Dzieci. Nikt nie zaglądał do nich od 1948 roku. Pracownik społeczny opisywał w nich Peggy jako piękną kobietę, a Waltera jako przystojnego, choć zagubionego i nie umiejącego się składnie wypowiedzieć mężczyznę. Dni pełne uczucia i kłótni przeplatały się ciągle w historii rodziny Andrzejewskich. - To nie była harmonijna rodzina - mówi Gary Klahr.

Informacji w aktach było za dużo. Powiedział urzędniczce, że przyjdzie następnego dnia. - To był błąd. Następnego dnia nie pozwolili mi zajrzeć do akt. Urzędniczka przypomniała sobie o przepisie stanu Connecticut z połowy lat 70., że dokumenty są tajne, żeby chronić rodziców biologicznych. Musiałem odtwarzać z pamięci to, co przeczytałem dzień wcześniej.

Kiedy Gary myśli o biologicznej matce, przed jego oczyma pojawia się taka scena: stadion futbolowy w pewnym college'u. Młody chłopak zdobywa na boisku kolejne punkty. Na widowni aplauz. A gdzieś z boku stoi wzruszona kobieta i pali papierosa.

Otworzy nią pewnie swój scenariusz.

Marcin Fabjański, "Nowy Dziennik"

0
Twoja ocena: Brak