Autor:

MalaMi87

Data publikacji:

04.04.2019

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

Czy to Świat zwariował czy ja??

Po 5 latach starań, w miesiącu po nieudanym AZ, przytrafiła mi się ciąża biochemiczna. Nie wiem czy się śmiać, czy płakać, ale los ma naprawdę chore poczucie humoru.

Komentarze

  • MeganM

    05/04/2019 - 15:04

    Niestety los nie raz jeszcze Ci pokaże środkowy palec ( przepraszam). Rób swoje i nie rezygnuj.

  • avatar
    MalaMi87

    05/04/2019 - 20:04

    Tak wiem. A ja się podniosę i pójdę dalej

  • łosica

    10/04/2019 - 12:04

    Po każdej nieudanej ciąży miałam myśli, że to jest niesprawiedliwe, że znowu mi się nie udało. Myślałam ile może znieść jedna osoba, jak los może być taki okrutny, że życie pokazuje mi środkowy palec wciąż i wciąż. Potem adoptowałam dziecko. Było super, dopóki nie zapragnęłam dla niego rodzeństwa. Znowu los dał mi po tyłku, żebym sobie nie myślała, że teraz już będzie z górki, spróbujemy dwutorowo, coś się musi udać a jakby udały się obie ścieżki, to nasze dziecko zyskałoby 2 rodzeństwa. Biologiczne starania znowu okazały się niewypałem, otwarcie kolejnej ścieżki adopcyjnej w ośrodku rozwaliło mnie psychicznie. Kończymy raz na zawsze biologiczne starania, tylko adopcja. I tu znowu los okazał się przewrotny. Miało nie być ciąży a była. Myślałam, że będę się turlać ze śmiechu (wiem, głupie to, ale co mi pozostało). Dziś turlają się ze śmiechu moje dzieci.
    Cóż, żeby ta historia nie była taka zupełnie optymistyczna, kiedyś miałam plany, marzenia, jakiś pomysł na swoje życie. Teraz nie planuję, cieszę się z tego co mam, ale tak w skrytości serca, żeby przypadkiem los znowu nie zrobił mi na przekór.

  • avatar
    MalaMi87

    10/04/2019 - 13:04

    Czemu ponowne otwarcie ścieżki adopcyjne rozwaliło Cię psychicznie? Ja cały czas się zastanawiam nad złożeniem papierów do OA i nie mogę się zdecydować. Boję się, że to będzie oznaczać definitywnie pogodzenie się z faktem braku szans na ciążę i tego, czego dowiem się o sobie i swojej rodzinie i małżeństwie na kursie. Boję się też, że dziecko będzie chore i że nie będę umiała się Nim odpowiednio zająć.

  • łosica

    10/04/2019 - 21:04

    Myślałam, że skoro raz już to przeszłam, to będzie łatwiej. Pracownicy nas znali, wiedzieli, jak trudną drogę przeszliśmy przy pierwszej adopcji (były pewne problemy nie po naszej stronie, które mogłyby spowodować, że niejedna para by odmówiła), a tu znowu testy, jeszcze więcej testów i maglowanie naszego życia na nowo, ocenianie nas jako ludzi i rodziców (przy pierwszym dziecku człowiek jest na to bardziej wrażliwy), poza tym człowiek marzy, żeby choć raz było prosto, lekko i mniej stresująco. Dochodzi jeszcze dziecko, które się domaga rodzeństwa i weź mu wytłumacz, że to nie jest na pstryknięcie palcem i może trwać latami. To tyle z tych najważniejszych spraw. Dla mnie adopcja mojego dziecka to najpiękniejsze, co mnie w życiu spotkało mimo wszystkich problemów i trudności, jakie się z tym wiązały. To spełnienie marzeń o macierzyństwie. To bezwarunkowa miłość od pierwszego wejrzenia. Przy drugim, biologicznym dziecku miłość przyszła później, tak po 2-3 miesiącach uświadomiłam sobie, że chyba je kocham.

    Dla mnie kurs to zło konieczne w tej całej procedurze, może przez to, że są inni ludzie w grupie. Decyzja o adopcji nie wyklucza starań biologicznych. Jak dla mnie starania dwutorowe o ile ktoś ma taką potrzebę i siły są ok. My po kursie wróciliśmy do leczenia, wynikało to z tego, że jestem człowiekiem czynu i coś musiałam robić, żeby nie zwariować. A gdyby się udało, to tak jak pisałam w poprzednim poście, mogłaby być minimum dwójka naraz.

    Też się bałam chorób i wielu innych rzeczy. Ale w momencie kiedy zadzwonił telefon to wszystko nie miało znaczenia. Chodziło o żywe dziecko a nie o jakieś wyimaginowane. Wiedziałam, że będę myśleć o tym dziecku już do końca życia, nawet jeśli go nie poznam. Początkowo trudno mi było pogodzić się z jego chorobą, ale nauczyłam się z tym żyć. Raz mi to wychodzi lepiej, raz gorzej, ale ogólnie sytuacja jest opanowana. Czułam ogromną niesprawność, że moje dziecko los obdarzył chorobą, ale z drugiej strony gdyby nie to, to pewnie nie byłabym jego mamą.