Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Miejsce do wymiany doświadczeń dorosłych osób, które w dzieciństwie adoptowano.

Moderator: Moderatorzy dorośli adoptowani

Awatar użytkownika
R2D2
Posty: 1
Rejestracja: 11 kwie 2012 21:30

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: R2D2 »

ja zostałam adoptowana kiedy byłam niemowlakiem i też dopiero niedawno się o tym dowiedziałam i wiesz co? Mam gdzieś to gdzie są i jak wyglądają moi biologiczni rodzice! Co z tego,że dali mi życie skoro nie chcieli ze mną tego życia dzielić. Nie chcieli patrzeć jak stawiam pierwsze kroki, jak zaczynam mówić. Nie przytulali mnie i nie pocieszali kiedy pierwszy raz przeżywałam zawód miłosny, nie zapewnili mi poczucia bezpieczeństwa i nie dali miłości, więc co mi po nich?? Twój biologiczny ojciec też nie chce mieć z Tobą nic wspólnego, a rodzice którzy Cię wychowali, którzy dali Ci wszystko żebyś był szczęśliwi teraz pewnie ciepią niewypowiedziane męki widząc Twój żal i poniekąd niewdzięczność. Buntujesz się bo nie znasz swoich korzeni, ale weź może wyjdź poza czubek własnego nosa i pomyśl o nich - co musieli przeżywać kiedy okazało się, że nie mogą mieć dzieci i co zapewne przeżywają teraz - kiedy fundujesz im ten swój żal. Wybacz, ale jakoś nie umiem stanąć po Twojej stronie, bo od razu widzę twojego ojca - tego prawdziwego ojca - który Cie wychował i ukochał jak własne dziecko i potrafię sobie wyobrazić jak cierpi kiedy mówisz, że nie jesteś jego synem, bo dla niego jesteś i zapewne zawsze będziesz WSZYSTKIM !!!!

Awatar użytkownika
bloo
Członek Stowarzyszenia
Posty: 10355
Rejestracja: 13 kwie 2008 00:00

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: bloo »

Daga, ale spoko, linczu nie będzie ;)

Myślę, że poruszasz ważne kwestie, jednak moja perspektywa jest inna. Nie jestem biorczynią i nie jestem dawczynią, ale uważam się za adwokatkę dawstwa. Tak, jestem przekonana do tej formy zawiązywania rodziny, jednak wiem też, że moja koncepcja dawstwa (ona nie jest oczywiście jedynie moja, za tą koncepcją stoją sztaby socjologów, psychologów i ludzi pracujących z rodzinami) jest w Polsce niepopularna.
Wiem mimo to, że to własnie ta koncepcja wygra.
W skrócie- jaka to koncepcja?
Aby dawstwo było dobrą decyzją dla rodziny, z którą wszyscy jej członkowie będą się czuć pozytywnie, niezbędne są następujące warunki:

1. dawstwo musi być jawne wewnątrz rodziny= dziecko musi mieć świadomość swojej historii rodzinnej od momentu narodzin
2. dawstwo powinno być jawne na zewnątrz rodziny= otoczenie rodziny zapewnia wsparcie. To nie znaczy,że o tym trzeba trąbić, ale powinna być kilkuosobowa grupa krewnych/przyjaciół, którzy o tej decyzji wiedzą i będą wspierać wszystkich członków rodziny, w tym dorastające dziecko;
3. dawca/dawczyni powinni być dawcami jawnymi= pozostawić dane identyfikujące w bazie danych, aby dziecko po 18 rż mogło w razie czego skorzystać z tej formy odnalezienia genetycznych linków;
4. dawstwo musi być świadome i otoczone opieką psychologiczną- nie tylko przed podjęciem decyzji, ale także w jej trakcie i w trakcie życia rodziny.
5. dawstwo musi być niekomercyjne= dawcy nie powinni otrzymywać zapłaty za gamety, ta sytuacja funkcjonuje w prawie wszystkich krajach Europy i jest uregulowana prawnie.

Brzmi znajomo? Nie przez przypadek. To jest idealna sytuacja adopcji społecznej, która często jest realizowana, jeśli tylko system wsparcia dla rodzin na poziomie lokalnym funkcjonuje dobrze.
To, co napisałam powyżej brzmi nieco jak wniosek indywidualny. Oczywiście jest to mój wniosek indywidualny, ale uformowany na podstawie niezłego, ośmielę się stwierdzić, wejścia w temat dawstwa od strony danych, badań i świadectw.
Tak, dawstwo się sprawdza. Ale sprawdza się jedynie wówczas, jeśli towarzyszy mu wysiłek zaangażowanych stron. Niestety nie da się obejść bezkarnie tego etapu.
Dramatem wielu polskich rodzin jest to, że one niestety wierzą, że są w stanie obejść ten etap i nie ponieść tego konsekwencji. Tymczasem wyniki badań są nieubłagane, głos dzieci urodzonych dzięki dawstwu jest bardzo klarowny:
- mniej niż 10% dzieci ma negatywne odczucia związane z faktem dawstwa (bardzo dobry wynik)
- mniej niż 1% dzieci ma negatywne odczucia związane z osobą dawcy (jak wyżej)
- dzieci świetnie oddzielają "rodzica" od "dawcy" (porównać ze statusem "mamy" i "matki bio" w adopcji społecznej)
- 3/4 dzieci urodzonych dzięki dawstwu domaga się informacji na temat swojej historii genetycznej, osoba dawcy nie jest tak ważna, jak istnienie rodzeństwa przyrodniego (czy znowu nie brzmi znajomo wobec adopcji społecznej?)

podsumowując:
to nie dawstwo jest tutaj problemem psychologicznym i socjologicznym, problemem jest JAKOŚĆ dawstwa. Jeśli ten etap się odpuści- rodzina dostanie potęznym rykoszetem. Przykro mi, to są konkluzje badaczy, nie moje własne.

Moje wnioski są więc takie: dawstwo w Polsce musi być "mówione". Trzeba je wyciągnąć na wierzch, jak zrobiliśmy z adopcją społeczną. Innej drogi nie ma, jeśli chcemy chronić rodzinę i dzieci.
Biorcy muszą sobie uświadomić, że ciąży na nich wielka odpowiedzialność, ale jeśli ją na siebie wezmą i przed nią nie uciekną, to skutki dla dzieci będą skutkami pozytywnymi- to również wyraźnie wychodzi w badaniach.
Pozostaje więc po prostu ogrom pracy nad edukacją rodziców. Co było do udowodnienia.

a.

daga03
Posty: 700
Rejestracja: 08 gru 2008 01:00

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: daga03 »

Oczywiście obie macie rację.R2 ja marzę o tym , że moje dziecko ( jak je kiedyś będę miała)powie mamo ja mam w nosie skąd jestem wy jesteście jedyni, zresztą to jest chyba marzenie każdego rodzica adopcyjnego :flowers: jednak jeśli zada pytanie skąd jestem kim są moi rodzice nie będę miała problemu mu tego wyjaśnić chodziło mi o tą różnicę.Bloo również poniekąd zgadzam się z Tobą ale każdy ma swoją teorię i to jest piękne w naszej wolności słowa.jeden człowiek jak się dowie , że jest z dawstwa oleje sprawę uznając za absolutnie nieważną jednak większość z nich nie przejdzie obok tej informacji bez pewnego wstrząsu i głębszej analizy.zgadzam się w 100%, że osoby oddające komórki bądź nasienienie nie powinny być całkowicie anonimowe, powinno uchylić się w tej kwestii bramkę prawną tzn.dane do pewnego stopnia powinny być odtajniane na prośbę zainteresowanego.i wtedy to bedzie miało sens i poprę to w 100% jak na razie mam wrażenie , że jest to w podziemiu tak samo jak kilka lat temu była adopcja ale te czasy mamy na szczęście już za sobą.temat poruszany w tej dyskusji jest bardzo trudny i zdaję sobie sprawę ze skrajności , która drzemie w każdym z nas ale ja to uwielbiam , bo pokazuje jak różni jesteśmy.pozdrawiam.
- 2 in vitro = 4 transfery :::(((

-wrzesień 2012r. spełnione marzenie-serduszkowy synek.

Rysieczka
Posty: 982
Rejestracja: 03 kwie 2010 00:00

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: Rysieczka »

To ja coś dodam od siebie. Jestem jedną z nielicznych osób, którym urodziło się dziecko dzięki dawstwu, a które chcą powiedzieć dzieciom prawdę. Właśnie dlatego, że dziecko ma prawo wiedzieć.
Zainteresowanym radzę zajrzeć na wątek dotyczący AID. Nadal pokutuje przekonanie, że uda się ochronić ściemę - bo tak będzie bezpieczniej dla dziecka, rodziców, bo ludzie będą 'krzywo patrzeć', bo dziecko będzie cierpiało - chociaż z postów rafaello89 wyłania się trochę inny obraz.

Ale wypowiadają się głównie osoby będące na początku drogi, ewentualnie mamy kilku(nasto) miesięcznych maluchów. Kiedy problemu poszukiwania tożsamości jeszcze nie ma.
Wydaje mi się, że nie doceniamy naszych dzieci. Ich intuicji, spostrzegawczości, tego, że kiedyś dorosną, zaczną zadawać pytania. Problem jest na pewnym etapie zakopywany pod dywan. Niektórym wydaje się, że będzie ładnie, pięknie, sielanka, no. :roll:

A tak naprawdę jesteśmy ofiarami systemu, klinik, mamiących rodziców szybkim i dyskretnym rozwiązaniem wstydliwego problemu. Zastanawiać się nad tym wszystkim zaczęłam będąc w ciąży, gdy niepłodność przestała być czymś, co przesłania trochę logiczne myślenie, niestety!
Lepiej późno niż wcale?
Ale co teraz?

I teraz tylko myślimy o tym, jak poradzić sobie z tą 'luką' tożsamościową, którą funduje system - oparty o hipokryzję, krótkowzroczność.

Jestem za jawnością dawstwa i za prawem dziecka do poznania swoich korzeni. I trochę nie wiem, jak sobie poradzić z tym wszystkim...

Awatar użytkownika
Gość

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: Gość »

Rysieczka
I co teraz powiesz dziecku, "przepraszam, nie rozumiałam co robię i teraz bardzo żałuję" ?.

Tak to jest jak ludzie nie wiedzą czego chcą, kim są i co jest dla nich odpowiednie :/ Brak konsekwencji jest najgorszy.

Awatar użytkownika
bloo
Członek Stowarzyszenia
Posty: 10355
Rejestracja: 13 kwie 2008 00:00

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: bloo »

kinkaa pisze:Rysieczka
I co teraz powiesz dziecku, "przepraszam, nie rozumiałam co robię i teraz bardzo żałuję" ?.

Tak to jest jak ludzie nie wiedzą czego chcą, kim są i co jest dla nich odpowiednie :/ Brak konsekwencji jest najgorszy.
ej no chwila, ale gdzie tu brak konsekwencji? I w ogóle nie bardzo rozumiem, dlaczego post Rysieczki został zinterpretowany jako "przepraszam, nie rozumiałam co robię i teraz bardzo żałuję".

Generalnie mam taką konkluzję bardzo szeroką i nie tylko niepłodnościową- najlepsze patenty na życie w ogólności i rodzicielstwo w szczególności mają ludzie w przedziale wiekowym 18-22 lat.
Ach, jak to oni dzieci nie wychowają, rozwód im się nigdy nie przydarzy, nie zajdą w niechcianą ciążę, nie urodzą im się chore dzieci, nie przeżyją konfliktu "praca czy rodzina?", zdrada jest wykluczona i nigdy im się noga nie powinie, nowotwór też się nie zdarzy.
Oczywiście oni w końcu dorosną i staną się nieco bardziej normalni, zaczną widzieć szarości, nauczą się pokory i tak dalej, ale dopóki to nie nastąpi, otoczenie czeka ciężka próba wysłuchiwania mądrości na nutę "wszystko zależy od człowieka i tego, jak sobie życie poukłada".
No więc nie wszystko, na serio nie wszystko.

Część z tych ludzi niestety nigdy nie osiągnie pułapu życiowej mądrości, która zakłada zawieszenie osądu, poprzestanie na empatii i dojście do wniosku "nie moje buty, nie będę sędzią".
W tym sensie ludzie zmagający się z chorobą są w naprawdę dobrej (choć potwornie trudnej i bolesnej) sytuacji: nieco wcześniej może im się udać wpadnięcie na myśl, że są omylni, błądzą jak każdy człowiek, a nieszczęścia się po prostu zdarzają, trzeba się z nimi mierzyć, szukać pomocy, ma się prawo do słabości i tak dalej.

Śmiem twierdzić, że znakomita większość ludzi nie wie, co jest dla nich dobre, bo o tym, co jest dobre przekonujemy się na ogół wraz z trwaniem każdej naszej decyzji. Gdyby Jaś wiedział, że upadnie toby usiadł. Gdyby Jola wiedziała, że Mańkowi po 10 latach odbije palma to by za niego nie wychodziła za mąż lub zastosowała odpowiednio wcześniej prewencję.
Gdyby moja Ciotka wiedziała, ze ta dziwna cysta na trzustce jest początkiem nowotworu trzustki to by ją usunęła kiedy był na to czas, a nie umierała w bólach dwa lata później.
Czemu więc służą te truizmy?
Działamy tak, jak w chwili bieżącej wydaje nam się najlepiej, najbardziej racjonalnie i najsłuszniej.
Nikt z nas nie jest Bogiem, ale też nikt nie jest cyborgiem- kierują nami takze nasze pragnienia i marzenia, to nie są powody do wstydu ani do bicia się w piersi.
Konsekwencją nie jest trwanie w uporze przy swoim wyborze, ale umiejętność dorastania do wyborów, czasem ze skutkiem zaprzeczenia wcześniejszemu wyborowi i podjęcia innej decyzji.
I to nie znaczy, ze jesteśmy labilni, nie mamy rozeznania etycznego, nie wiemy czego chcemy- oznacza to dokładnie tylko tyle, że jesteśmy ludźmi.

i na koniec, prawdę mówiąc, trochę irytuje mnie to prześwietlanie rodzin adopcyjnych, dzięki dawstwu, dzięki in vitro, dzięki <wstaw metodę>: zupełnie jakby po adopcji nie przydarzał się rozwód, jakby po in vitro nie przydarzała się depresja poporodowa, jakby po dawstwie nie przydarzały się myśli "niech ktoś weźmie ode mnie tego potwora, chcę spokojnie zrobić siku!!!".
O czym to ma niby świadczyć? Przecież nie jesteśmy jakąś grupą przybyszów z innych planet, jesteśmy dokładnie tak samo normalni i nienormalni, jak grupa rodziców, która zaszła w ciążę od "złotego strzału".
Też nas potrafią wkurzyć nasze dzieci, marzymy o bezludnych wyspach, mamy kryzysy, tracimy pracę, chorujemy, bywamy zgryźliwi, a innym razem mamy cudowne okresy, jesteśmy mamusiami z podręcznika Idealny Rodzic, z niebiańskim usmiechem wstajemy ósmy raz w nocy do dziecka, tęsknimy, zakładamy koszmarne naszyjniki z bibułki ulepione z okazji Dnia Matki i cieszymy się życiem.
Więc.
Więcej łagodności dla nas samych, to nie jest wieczny test, a my nie jesteśmy uczniakami w ławkach, których los zalezy od pań uczycielek.
Bądźmy dla siebie dobrzy i empatyczni, oto mój przekaz na dziś :)


a.

Awatar użytkownika
anolis
Posty: 268
Rejestracja: 13 kwie 2011 17:55

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: anolis »

kinkaa pisze:Rysieczka
I co teraz powiesz dziecku, "przepraszam, nie rozumiałam co robię i teraz bardzo żałuję" ?.

Tak to jest jak ludzie nie wiedzą czego chcą, kim są i co jest dla nich odpowiednie :/ Brak konsekwencji jest najgorszy.
mam nagle wrazenie, ze nie jestem na bocianie tylko forum wp.pl
Nie wiem co wnosi ten komentarz i jak moze pomoc Rysieczce w refleksji.

Niestety nie jestesmy robotami, ktore w ekspresowym tempie potrafia okreslic naszybsza, najodpowiedniesza droge od sytuacji A do sytuacji B, dajac wszelkie wymierne informacje na temat ewentualnych konsekwencji. I jeszcze uwzgledniaja to, ze kazdy czlowiek sie zmienia (i cale szczecie) poprzez spotkania, lektury, przezycia.
Rysieczka porusza wazny problem. Podjela decyzje, na jaka pozwalala jej sytuacja. I tak w sposob bardziej odpowiedzialny niz wiele par. Ale moze teraz miec co do niej watpliwosci. To tylko dowod na to, ze do rodzicielstwa stara sie podchodzic odpowiedzialnie.
Trudno jest na samym poczatku drogi zdac sobie sprawe jak bardzo jestesmy "wrabiani" w decyzje. Czemu mialabym podwazac slowa lekarza w bialym kitlu, ktory przeciez na temacie sie zna? Choc strony www klinik podaja statystki dotyczace ilosci uzyskanych ciazy, a nie opinii psychologow na temat tego, czy anonimat sluzy dzieciom urodzonym z dawstwa. Wiec podejmujemy decyje ktora wydaje nam sie sluszna, albo po prostu zgadzamy sie na jedyna opcje ktora sie nam proponuje.

Wstydliwa cisza osob, ktore skorzystaly z tej samej metody tez nie pomaga.
No i nie pomagaja takie komentarze jak ten, ktory dodala kinkaa.

Mnie martwi ten sam punkt, ktory porusza Rysieczka, tyle, ze nie jestem jeszcze w ciazy i zastanawiam sie jaka decyzje wobec tego podjac. Jakos trudno jest w powazny sposob na bocianie o tym porozmawiac. Wyczekana ciaza i szczesliwy porod zdrowego dziecka zdaja sie byc horyzontem refleksji na wielu watkach. To oczywiscie moze pomoc lepiej zniejsc oczekiwanie, ale nie pomoze zmienic mentalnosci ani prawa tak, by nasze dzieci mialy szanse byc szczesliwe.

Awatar użytkownika
Gość

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: Gość »

bloo pisze:ej no chwila, ale gdzie tu brak konsekwencji? I w ogóle nie bardzo rozumiem, dlaczego post Rysieczki został zinterpretowany jako "przepraszam, nie rozumiałam co robię i teraz bardzo żałuję".
ej no to ja nic nie poradzę na to, że nie rozumiesz.
bloo pisze:Generalnie mam taką konkluzję bardzo szeroką i nie tylko niepłodnościową- najlepsze patenty na życie w ogólności i rodzicielstwo w szczególności mają ludzie w przedziale wiekowym 18-22 lat.
Ach, jak to oni dzieci nie wychowają, rozwód im się nigdy nie przydarzy, nie zajdą w niechcianą ciążę, nie urodzą im się chore dzieci, nie przeżyją konfliktu "praca czy rodzina?", zdrada jest wykluczona i nigdy im się noga nie powinie, nowotwór też się nie zdarzy.
Idąc analogicznie można odnieść wrażenie, że najlepsze patenty na radzenie sobie z dawstwem mają ludzie którzy nie musieli się z tym problemem zetknąć i takich decyzji podejmować.

-- 03.05.2012, 22:54 --
anolis pisze:No i nie pomagaja takie komentarze jak ten, ktory dodala kinkaa.
Rysieczce może pomóc, skąd pewność, że nie skoro nawet się nie ustosunkowała do mojego wpisu.
Może niepotrzebne są posty obronne w jej sprawie bo zwyczajnie sama odpisze i się "obroni" :)
Ale jakież to miłe, że jednak jest tyle zrozumienia dla błędów ludzkich. Tylko co to da jeśli Rysieczka sama nie zrozumie, że odpowiada w pełni za własne decyzje a nie system i klinki leczenia niepłodności.

Awatar użytkownika
bloo
Członek Stowarzyszenia
Posty: 10355
Rejestracja: 13 kwie 2008 00:00

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: bloo »

mój post nie jest postem obronnym, dyskusja zawiera nieco więcej możliwości niż atak i obrona.
To fakt, nie jestem matką korzystającą z dawstwa, ale wydaje mi się, że maksymę "jeśli tego nie przeżyłeś to nie wiesz, o co chodzi" zostawia się gdzieś między gimnazjum i liceum. Podobnie jak podsumowania "tak to jest, kiedy ludzie nie wiedzą, czego chcą"- ludzie wiedzą, czego chcą w danym momencie, a ponieważ zaliczają się do gatunku homo sapiens, to szukają, drążą, poznają różne perspektywy, weryfikują i tak dalej.
Rozliczanie kogokolwiek, zwłaszcza tak obcesowe, jest średnim wstępem do jakiejkolwiek dyskusji.
Trudno dyskutować z ławą przysięgłych, szczególnie wówczas, jeśli wcale się o werdykt nie prosiło. Mimo to, jak rozumiem, potrzeba orzecznictwa jest na tyle silna, że przeciwstawienie się jej zasługuje na ripostę "nic nie poradzę, że nie rozumiesz".
Cóż, każdy szermuje jak umie.

Awatar użytkownika
anolis
Posty: 268
Rejestracja: 13 kwie 2011 17:55

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: anolis »

moj post nie byl obrona Rysieczki, tylko obrona pewnego poziomu dyskusji. Bo Twoj post akurat dotyczyl jej, ale mnie zdarzylo sie juz uslyszec na jednym forum ze po co chce robic dzieci jak nie jestem pewna decyzji.

Awatar użytkownika
bloo
Członek Stowarzyszenia
Posty: 10355
Rejestracja: 13 kwie 2008 00:00

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: bloo »

anolis pisze: Trudno jest na samym poczatku drogi zdac sobie sprawe jak bardzo jestesmy "wrabiani" w decyzje. Czemu mialabym podwazac slowa lekarza w bialym kitlu, ktory przeciez na temacie sie zna? Choc strony www klinik podaja statystki dotyczace ilosci uzyskanych ciazy, a nie opinii psychologow na temat tego, czy anonimat sluzy dzieciom urodzonym z dawstwa. Wiec podejmujemy decyje ktora wydaje nam sie sluszna, albo po prostu zgadzamy sie na jedyna opcje ktora sie nam proponuje.
w Kłamczusze Musierowicz przywołała bardzo ładną w tym kontekście anegdotkę o wyborze dokonywanym w barze, który serwuje mielone i klopsa (albo coś innego niż klopsa, mielone były na pewno ;) ).
Weźmy pary podchodzące do ivf- in vitro klasyczne, ICSI, IMSI, możliwość witryfikacji oocytów, ivf na cyklu słabo stymulowanym z opcją wystymulowania 1-2 komórek, żeby nie mieć zarodków nadliczbowych...
Pomijam skuteczności, chodzi o wachlarz wyboru. Jak widać- da się.

Z dawstwem ma się wybór anonimowego dawcy plus w promocji- jesli trafi się na lekarza z zacięciem psychologa hobbysty- parę życiowych porad w rodzaju "dawstwo to decyzja techniczna", "macie o tym zapomnieć", "jawność szkodzi" i tak dalej.
Btw. można domagać się dawcy jawnego, jest to jak najbardziej realne, ściąga się materiał z banku zagranicznego, klinika pośredniczy, wykonuje inseminację i tyle.
Wiadomość potwierdzona przez lekarzy wykonujących dawstwo. Tyle że nie przedstawiają jej jako OPCJI- można się o tym dowiedzieć, jeśli pacjent się zapyta. Najczęściej nie pyta, bo nie wie nawet, że może. Koło się zamyka.

Nie umiem myśleć o dawstwie jedynie od strony pacjenta. Głównie dlatego, bo on nie jest jedyną stroną w tym procesie.
Pacjent ma prawo być skołowany, zagubiony, przerażony.
W tym kontekście śmieszy mnie inicjatywa jednej z klinik, aby ankietować swoje pacjentki na okoliczność jawności dawstwa- jesteście za czy przeciw?
Wynik ma zapewne posłużyć do wykazania, że polscy pacjenci nie chcą jawności, więc o co ten cały cyrk.
W tym samym czasie ci pacjenci pytają przerażeni na Bocianie: czy jawność oznacza, że dawczyni dostanie nasz adres? Że dawca będzie mieć prawa rodzicielskie do dziecka? Że ktoś przyjdzie do naszego domu i zabierze nam dziecko?
Wspaniała po prostu inicjatywa- pytać o rachunek różniczkowy kogoś, komu nie zapewniło się podstawowego kursu z matematyki. Nic dziwnego, że ludzie boją się jawności- przecież nie dostają alternatywy, nie dostają też informacji, nikt im nie mówi o badaniach, o setkach banków DNA, o ruchach dzieci urodzonych dzięki dawstwu... O tym wszystkim, co w Europie wybuchło ponad 10 lat temu i cały czas się dzieje.

Zatem jak nie mówić o odpowiedzialności a raczej jej braku? O pogrywaniu pacjentami?
Owszem, dla lekarza to jest prosta decyzja techniczna. Ale dla pacjenta- nie.
Jedna z moich znajomych podchodziła do AID w pewnej znanej klinice, skorzystała z pomocy psycholożki pracującej w tej placówce. Dopiero pod wpływem rozmów z nią zaczęli z męzem rozważać całość zagadnienia- czy powiedzieć dziecku? co z uczciwością? jak mąż się z tym czuje? jaki mają plan na dalsze życie? jaką chcą mieć rodzinę?
Spotykali się z psychologiem pół roku, potem podjęli decyzję na TAK.
Opowiedzieli o tym lekarzowi- że to wspaniale, że pracuje tu psycholog, że tak im pomógł, że poukładali sobie w głowach, że dzięki tej pracy ich decyzja jest świadoma...
Komentarz lekarza "naprawdę chciało się państwo zawracać sobie głowę takimi bzdetami?".

starczy za konkluzję

a.

Awatar użytkownika
Gość

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: Gość »

bloo pisze:To fakt, nie jestem matką korzystającą z dawstwa, ale wydaje mi się, że maksymę "jeśli tego nie przeżyłeś to nie wiesz, o co chodzi" zostawia się gdzieś między gimnazjum i liceum.
bloo pisze:Generalnie mam taką konkluzję bardzo szeroką i nie tylko niepłodnościową- najlepsze patenty na życie w ogólności i rodzicielstwo w szczególności mają ludzie w przedziale wiekowym 18-22 lat.
Ach, jak to oni dzieci nie wychowają, rozwód im się nigdy nie przydarzy, nie zajdą w niechcianą ciążę, nie urodzą im się chore dzieci, nie przeżyją konfliktu "praca czy rodzina?", zdrada jest wykluczona i nigdy im się noga nie powinie, nowotwór też się nie zdarzy.
bloo pisze:Trudno dyskutować z ławą przysięgłych, szczególnie wówczas, jeśli wcale się o werdykt nie prosiło. Mimo to, jak rozumiem, potrzeba orzecznictwa jest na tyle silna, że przeciwstawienie się jej zasługuje na ripostę "nic nie poradzę, że nie rozumiesz".
Cóż, każdy szermuje jak umie.
Skąd wiedza, czego Rysieczka oczekuje w związku z wpisem? To dość niegrzeczne wypowiadać się tak obcesowo w czyimś imieniu.

Po wpisie zaczynającym się od " ej no chwila" raczej ciężko się wysilić na kurtuazję. Twój ruch do mnie był pierwszy i nadałaś określony ton.
Nie będąc kulturalna i miłą oczekujesz tego od innych.

Miniula
Posty: 772
Rejestracja: 16 kwie 2012 19:38

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: Miniula »

Przez pewien czas mieszkałam w kraju, w którym dawstwo komórek / spermy jest po prostu sposobem na zarobienie pieniędzy.
I o ile jeszcze w przypadku dawczyni komórek możemy powiedzieć o czymś, w rodzaju misji, poświęcenia ze względu na przebieg procesu pobrania, o tyle w przypadku dawcy spermy... ujmę to wprost - facet idzie do pokoju, w którym masturbuje się do osiągnięcia orgazmu, czego efektem jest pudełeczko nasienia, za które dostaje kasę.
To jest, przepraszam, OJCIEC??
A jeśli chodzi o genetykę, powiedzcie tak uczciwie, ile osób na codzień jest świadomych co po kim dziedziczy??
Ja po moim ojcu nie odziedziczyłam ani zdolności matematycznych, ani skłonności od uzależnień, ani cech fizycznych. A jest niezaprzeczalnie moim ojcem biologicznym. Podobna jestem do jakiejś dalekiej kuzynki ojca, którą widziałam raptem raz i z którą nie mam żadnych więzi ani kontaktów.
Za to dziecko, którym się zajmowałam przez 1,5 roku zrobiło się do mnie fizycznie podobne tak, że każdy, kto nas widział, był przekonany, że jestem jego matką. Do swoich rodziców nie jest podobne w ogóle, a jest ich dzieckiem biologicznym na 100%.
I rozumiem chęć poznania swoich korzeni, ale demonizowanie roli dawcy spermy jest robieniem krzywdy sobie samemu i całemu otoczeniu.
Genetyka nie jest bez znaczenia, ale nadawanie jej aż takiej wartości jest po prostu bez sensu. Jest to coś, na co nie mamy kompletnie wpływu i, tak naprawdę, nie posiadamy dogłębnej wiedzy co po kim dziedziczymy, jaki koktajl genów w nas płynie, jakie są nasze właściwe cechy genetyczne, a jakie nabyte w procesie socjalizacji/wychowania. To są tylko domysły i dywagacje. I po co to?? Nie lepiej skoncentrować się na tym, co jest pewne?
Jestem, żyję. Rodzice mnie kochają. Mam całe życie przed sobą.
Pozdrawiam.

Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...

Miniek już Miniulowy :love:

Nela8



Rysieczka
Posty: 982
Rejestracja: 03 kwie 2010 00:00

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: Rysieczka »

Do kinkaa, obecnie już... Gość (konto usunięte, ciekawe czemu, bo może to jakieś alter ego? :roll: ). Trudno zwracać się do kogoś, kto 'powiedział, co wiedział', podyskutował, a ponieważ kiepsko mu to szło to później wyoutował się z wątku. :roll: Toteż wybacz Gościu, nie odniosę się do Twoich wpisów, bo trudno dyskutować z cieniem.

omilka, myślę o dziecku. Nie ma znaczenia to, że się czuję spełniona, szczęśliwa (ja jako rodzic), ze mój małżonek pokochał synka, że wszyscy cieszą się, że jest. Że każdego dnia dziękuję Opatrzności, wszystkim świętym, wszystkim diabłom za to, że w moim życiu pojawił się chłopiec, dla którego dałabym się pokroić na żywca.
Ma znaczenie to, co pomysli mój synek i już od dawna próbuję 'wejść w jego buty'. Zrobię wszystko, zeby był szczęśliwym człowiekiem, żebyśmy wszyscy wyszli obronną ręką z tej sytuacji, jakże dla wszystkich trudnej.

Niestety, genetyka jest wazna, z punktu widzenia różnych zdrowotnych spraw, determinuje wiele rzeczy. Nie ma sensu brnąc w jakąś ideologię opartą na naszych mrzonkach i widzimisię.

Nam po prostu ten zakłamany 'system' nie dał szansy na odnalezienie się w tej sytuacji. Mam nadzieje, że za jakiś czas osoby decyzyjne, ustawodawcy zmądrzeją, legislacja się zmieni, dawstwo nie będzie juz traktowane jako coś wstydliwego i anonimowego. Myślę, że na jawności dawstwa, otwartości, zaprzestania traktowania tego jako wstydliwego tabu skorzystają wszyscy.
A póki co trzeba czekać na zmiany mentalności. Powoli to idzie i żmudnie.

Jesteśmy takim pokoleniem przejściowym, tak mi się wydaje, zawieszonym pomiędzy różnymi pomysłami na życie, zagubionym w tym wszystkim.
kwiecien 2009 1AID udana ale 9 tc

listopad 2010 2AID - klapa ;-(

styczeń 2011 3AID - II kreseczki i urodził się Nasz Synek :)

Awatar użytkownika
bloo
Członek Stowarzyszenia
Posty: 10355
Rejestracja: 13 kwie 2008 00:00

Re: Poszukiwania biol.ojca-dawcy

Post autor: bloo »

omilka pisze:Piszecie o rozterkach rodziców, przyjmując że dziecko z dawstwa musi byc szczęśliwe skoro ma kochających rodziców. Nie ma znaczenia w tym przypadku co o genach mysli rodzic, tylko dziecko. Trzeba pamietać, że ono jest stroną tego stosunku.

O tym jest własnie w pierwszym poście.
cały wątek jest przecież o tym poście, jednak wiele razy było podkreślane, że dzieci urodzone dzięki dawstwu (btw. w krajach Unii Europejskiej, zgadnijcie z jakim wyjątkiem :roll:, dawstwo gamet nie może być komercyjne, więc studenci dorabiający sobie do stypendium oddawaniem nasienia to tylko w Erze albo... w Polsce :evil: W innych krajach dawca/dawczyni mogą dostać jedynie rekompensatę za dojazd + ilość godzin na to poświeconych, rekompensata dawczyń jest zawsze wyższa z wiadomych względów) to nie jest nieznana grupa eksperymentalna, o której musimy dywagować, bo nikt nie wie, co ona naprawdę myśli.
Tak więc załozenie, że dziecko jest szczęśliwe wtedy, kiedy rodzice są poukładani, jest dość dobrze ugruntowane ;) Zresztą nie odnosi się tylko do rodzin dzięki dawstwu, adopcji, in vitro, ale do każdej rodziny jako zasada ogólna.
Np. z badań Amerykańskiego Instytutu Wartości (potężne badania) wynika, że negatywne uczucia do osoby dawcy żywi mniej niż 1% dzieci, a negatywne uczucia wobec metody swojego poczęcia (dawstwo) wykazuje mniej niż 10% respondentów i przeważa wśród nich grupa, która dowiedziałą się o dawstwie przypadkiem (wywiad szpitalny, stara dokumentacja, kłótnia rodzinna itd.). Badane były dzieci 18+, górna granica wieku wynosiła 45 lat.

a.

-- 04.05.2012, 08:56 --

a, jeszcze jeden ciekawy wynik mi się przypomniał a propos demonizowania roli genów. Tzn ja się zgadzam z tym, że nie powinno się ich demonizować, tyle że być może inaczej rozumiemy "demonizowanie".
Ponad 70% dzieci chce poznać tożsamość dawcy i ten wynik jest dość stały niezaleznie od badania i liczebności grupy badanej.
Jednak ok. 10-15% dzieci wprowadza tę deklarację w czyn. Zdecydowanie częsciej dzieci chcą poznać rodzeństwo genetyczne i to z nim chcą próbować nawiązać więzi.
O ile się orientuję jest to bardzo zbieżna tendencja z badaniami dzieci adoptowanych- tam także deklaracja chęci poznania MB jest wysoka, jednak spada w momencie "wprowadzenia zamiaru w życie", a relacje na ogół są nawiązywane i utrzymywane z rodzeństwem, prawda?

ODPOWIEDZ

Wróć do „Dorośli adoptowani”