Wpływ psychiki na zapłodnienie

Na Wasze pytania z zakresu psychologicznych aspektów niepłodności odpowiadają członkinie Polskiego Stowarzyszenia Psychologów Niepłodności:
Aleksandra Gozdek-Piekarska - psycholog kliniczny
Dorota Gawlikowska - psycholog kliniczny
Tatiana Ostaszewska-Mosak - psycholog kliniczny
Daria Terlikowska- psycholog o specjalności klinicznej, absolwentka seksuologii klinicznej
PSPN zrzesza psychologów zajmujących się zagadnieniem niepłodności oraz wspieraniem osób doświadczających sytuacji przedłużających się niepowodzeń prokreacyjnych.

Moderator: Osoby zatwierdzające - psycholog2

Zablokowany
monikaku
Posty: 2
Rejestracja: 09 lut 2017 10:34

Wpływ psychiki na zapłodnienie

Post autor: monikaku »

Witam,
jestem tu nowa, ale już sobie przestaje radzić z ciągłym rozczarowaniem co miesiąc. Staram się o dziecko od 1,5 roku. W grudniu 2014 ciąża pozamaciczna, z krwawieniem do otrzewnej, ratowanie mojego życia itp. Trafiłam jednak na wspaniałych lekarzy, którzy uratowali mi wszystkie narządy. Profesor mnie operująca powiedziała, że z pewnością będę miała jeszcze dzieci. Od czerwca 2015 mogliśmy podjąć ponowne działania i nic...Od marca 2016 udaliśmy się do Kliniki Salve Medica w Łodzi i podjęliśmy leczenie. Najpierw wszystkie badania moje i męża. Poza tym, że mam zespół PCOS to nie ma się do czego przyczepić. Mąż ma imponujące wyniki nasienia, do tego stopnia, że Klinika wydzwania do nie niego z pytaniami, czy nie chciałby zostać dawcą. U mnie endokrynolog, do której chodzę stwierdziła, że nie ma żadnych podstaw do invitro. Wszystkie wyniki w normie, poza AMH 2,4 w związku z PCOS, ale twierdzi, że to nie jest zły wynik. I tak od lipca walczymy co miesiąc, a moja psychika już nie daje rady...Do owulacji dochodzi bez problemu, zawsze na monitorze PG wygląda super, endometrium też i nic...Od tego cyklu muszę podejść do inseminacji. Wczoraj zrobiłam kolejny test i znowu jedna kreska. Męża mam wspaniałego, pomimo młodego wieku (29 lat) skończyłam studia, pracuję na wysokim stanowisku, rozwijam się, zawsze byłam zdeterminowana i silna psychicznie, koleżanki mówią, że nie wiedzą skąd mam tyle siły, skoro w życiu prywatnym tyle przeszłam (choroba serca mamy, 4 próby samobójcze brata przez dopalacze, alkoholizm taty i wiele innych). Całej mojej rodzinie pomogłam stanąć na nogi i teraz jest ok. A mi nikt nie może pomóc. Co miesiąc gdy rozpoczynamy stymulację owulacji jestem pełna nadziei, wierzę mocno, że się uda, mąż mnie wspiera,ale co miesiąc gdy jest miesiączka jest płacz, czuję się niedowartościowana, mąż ma wspaniałe wyniki i chce być ojcem, a ja nie mogę mu tego dać. Podczas comiesięcznych starań i współżyciu w konkretne dni staram się wyłączyć myślenie, ale nie potrafię. Bardzo chcę, może za bardzo. Mam wspaniałą doktor, która daje mi odczuć, że jej celem jest moja ciąża, wspiera mnie też, ale widzę, że ona też już nie wie dlaczego ciągle się nie udaje...Ja invitro jak i mój mąż bym nie chciała, wiem, że to może być jedyna szansa w efekcie, ale ja zawsze starałam się być perfekcyjna, a to da mi odczuć, że sama nie dałam rady, że to moja wina. Nie wiem dlaczego tak jest, w pierwszą ciążę zaszłam od razu w miesiącu gdy tego chciałam, ale pomimo, że nieudana, to potrafiłam sobie wytłumaczyć, że tak musiało być, bo wiedziałam, że za chwilę podejmę kolejną walkę. Teraz wytłumaczyć sobie nie umiem, czemu los wystawia mnie na takie próby. Do tego z racji mojego wieku jest nade mną presja czasu, moje jajniki będą coraz starcze z uwagi na PCOS...Chcę być mamą strasznie mocno, jak odblokować głowę, jak sobie poradzić, jak nie robić sobie takich nadziei, albo jak tą nadzieję wykorzystać? Moja Pani dr mówi, że w zastosowaną metodę trzeba wierzyć, bo inaczej nie ma szans. Moje koleżanki mówią odpuść, wyluzuj się, ale ja nie umiem. Boję się nie wykorzystać kolejnego cyklu na maxa. Z mojej strony robię wszytko by pomóc zdrowiu, staram się nie jeść chemii, odstawiłam kompletnie alkohol, nawet lampki wina nie chcę wypić z mężem. Czuję wewnątrz, że mam jakąś blokadę, że już nie daję rady sama sobie z tym radzić, mąż mnie wspiera, że w końcu się uda...ale kiedy będzie to w końcu...Teraz mam dylemat. Podejść do inseminacji(tylu próbach stymulacji owulacji, to jest kolejny krok)czy odpuścić chociaż na miesiąc. Z drugiej strony nie chcę mieć poczucia, że się poddałam, bo się nie poddam. Mąż mówi, że zależy to ode mnie, a mojej głowie jest mętlik i tylko jeden cel...

Dorota Gawlikowska
Ekspert Bociana
Posty: 24
Rejestracja: 07 lip 2013 13:42

Re: Wpływ psychiki na zapłodnienie

Post autor: Dorota Gawlikowska »

Dzień dobry Pani,

historia Pani zmagań z niepłodnością budzi szacunek i współczucie dla Pani trudnych przeżyć. Jest w niej wiele bólu, ale też wytrwałość, cierpliwość i konsekwentne dążenie do upragnionego celu.

Niepłodność bardzo mocno pokazuje, jak niesprawiedliwe bywa życie, stawiając nas przed wyzwaniami, których czasem nie da się racjonalnie zrozumieć. Nie da się do końca wyjaśnić rozumowo ani tego, dlaczego musi Pani zmagać się z samą chorobą, ani dlaczego zastosowane leczenie okazuje się ciągle nieskuteczne. Medycyna, która wydaje nam się tak wszechmocna, kiedy słyszymy i czytamy o nowych odkryciach oraz terapiach, często wobec konkretnych ludzkich historii bywa po prostu bezradna, na co pacjenci nie czują się przygotowani. Zwłaszcza w leczeniu niepłodności kontrast pomiędzy tym, jak przedstawiane są osiągnięcia medycyny reprodukcyjnej w mediach, a tym jak wiele ludzkich dramatów rozgrywa się w trakcie leczenia, bywa zaskakujący i trudny do przyjęcia. Kiedy nagle okazuje się, że jednak te wszystkie skomplikowane procedury medyczne nie wystarczają, a lekarze nie potrafią wyjaśnić do końca przyczyny niepowodzenia, pojawia się rozczarowanie, zniechęcenie, ból i zwyczajny lęk, czy to wszystko ma sens i czy kiedykolwiek przyniesie upragnioną ciążę. To zrozumiałe. W Pani przypadku stymulacje trwają już bardzo długo i to także, samo w sobie, może być bardzo obciążające. Trudno byłoby oczekiwać od Pani, że tak bolesne przeżycie, jakim była ciąża pozamaciczna oraz późniejsze wielokrotne stymulacje cyklu, współżycie, które musi odbywać się w określonym dniu zamiast być spontaniczne oraz ciągłe rozczarowania, nie spowodują w końcu kryzysu wraz z poczuciem bezradności i bezsilności. Nawet najsilniejsza osoba, która w ciągu półtorarocznych starań ma za sobą przecież średnio osiemnaście cykli zakończonych niepowodzeniami, w końcu tego doświadczy. Każdy cykl to swoista sinusoida: początek starań wiąże się ze wzrostem nadziei, czas oczekiwania na wyniki starań to etap dużego napięcia, niepewności, ale i jednocześnie narastającego pragnienia zajścia w ciążę, po którym, jeśli pragnienia pary się nie spełnią, następuje spadek nastroju, kryzys, czas żałoby po niespełnionej nadziei. Przeszła Pani ten cykl kilkanaście razy i trudno się dziwić, że ten emocjonalny roller coaster wyczerpał Panią i zmęczył. Dodatkowo pisze Pani o licznych, bardzo trudnych doświadczeniach, jakie były Pani udziałem poza leczeniem oraz pomocy, której udzielała Pani wielu członkom rodziny. To musiało być bardzo wyczerpujące i obciążające. Bardzo często właśnie z wyczerpania i zmęczenia rodzą się także takie pytania, które i Pani sobie w tej chwili stawia. Warto byłoby w tym momencie zapytać także o to, jakie są Pani potrzeby i w jaki sposób dba Pani o ich zaspokojenie? Kto oprócz Męża wspiera Panią i czy to wsparcie jest takie, jakiego Pani rzeczywiście potrzebuje?

Określa Pani siebie samą jako osobę dążącą do perfekcji, co zapewne pozwoliło Pani osiągnąć w życiu wiele sukcesów, ale może pociągać za sobą także pewne trudności, zwłaszcza w leczeniu niepłodności. Leczenie żadnej choroby nie jest i nie powinno być traktowane jako sprawdzian możliwości pacjenta, w którym dąży on do doskonałości, przede wszystkim dlatego, że wpływ pacjenta na jego efekt, czyli w tym przypadku Pani bezpośredni wpływ na zajście ciążę, jest bardzo ograniczony. Jak więc można byłoby oceniać Panią przez pryzmat tego, czy udało się Pani zajść w ciążę? Żadna kobieta nie jest gorsza ani dlatego, że jest niepłodna, ani dlatego, że jej leczenie nie przyniosło dotychczas pożądanego efektu. Niestety patrzenie na proces terapii jak na swego rodzaju sprawdzian dla człowieka wiąże się także z dużo gorszym znoszeniem niepowodzeń: jeśli czuje on, że się nie sprawdził, przeżywa już nie tylko rozczarowanie brakiem ciąży, ale i sobą samym, co czyni ciężar podwójnym. Dlatego zachęcam Panią serdecznie przede wszystkim do nieulegania pokusie obwiniania się ze niepowodzenia. Jest Pani osobą chorą, a chorym należy się wsparcie, troska i ciepło, a nie krytyka i oskarżenia o niespełnianie oczekiwań.

Pisze Pani także o bólu wiążącym się z niemożnością przeżywania rodzicielstwa wspólnie z Mężem, który również bardzo tego pragnie. Na pewno jest to bardzo trudne doświadczenie dla obojga Państwa. Ale tu także nie ma powodu do obwiniania się: niepłodność jest problemem pary, a nie kobiety, która ma za zadanie dać dziecko swojemu partnerowi. Jeśli widzimy w chorobie przeszkodę życiową, którą staramy się pokonać razem, łatwiej jest sobie z nią radzić i może ona wręcz zbliżać partnerów do siebie. Jeżeli natomiast weźmie Pani na siebie całą odpowiedzialność za ból własny i Męża, kolejny raz obciąży się Pani ponad miarę i pozostanie z problemem sama, w poczuciu winy i odpowiedzialności i za siebie, i za Partnera.

Wokół niepłodności narosło mnóstwo mitów społecznych, które dodatkowo obciążają pacjentów. Takim mitem jest konieczność "wyluzowania", by zajść w ciążę, posiadanie w głowie tajemniczej "blokady", która powoduje niemożność poczęcia lub wiara w to, że jedynie leczenie w które się wierzy może przynieść pożądany efekt. Tak naprawdę w ciążę zachodzą po prostu kobiety, a nie osoby szczególnie wybrane, pozbawione napięcia, wolne zwątpień w sens terapii, od trudnych przeżyć i "blokad". Każda z pań, które zaszły w ciążę w wyniku leczenia niepłodności przeżywała okresy zwątpienia w sens i skuteczność leczenia, momentami czuła się zniechęcona, miała wrażenie, że "chce za bardzo", albo że coś co jest w jej głowie uniemożliwia jej posiadanie dziecka. Moim zdaniem tropienie u siebie wszelkich ewentualnych "defektów" myślenia czy przeżywania niczemu dobremu nie służy, bo wbrew pozorom jedynie dodatkowo obciąża kobietę i zamiast pomóc jej poczuć się lepiej i spokojniej, utwierdza ją w przekonaniu, że coś jest z nią na pewno nie tak i nie tylko jej ciało, ale i psychika choruje, stając na przeszkodzie zajściu w ciążę. To sprzyja jedynie zagłębianiu się w poczucie winy, a nie uspokojeniu emocji i nabraniu sił do dalszego radzenia sobie z chorobą. Dlatego zachęcam Panią do tego, aby zamiast szukać ewentualnych psychologicznych przyczyn obecnych trudności, raczej zadbać o siebie i zatroszczyć się o swoje potrzeby. To może naprawdę wyciszyć i poprawić nastrój. Czasem warto także zrobić w leczeniu przerwę - uspokoić emocje, skonsultować się z psychologiem, który może pomóc nieco zmienić sposób myślenia - i wrócić do procesu terapii z nowymi siłami. Nie zachęcam również kobiet do rezygnacji z przyjemności w czasie leczenia - ani lampka wina w pierwszej fazie cyklu, ani ulubiona potrawa, nawet jeśli nie jest idealnie zgodna z zaleceniami dietetyka, spożywana raz na jakiś czas na pewno nie zaszkodzi. Natomiast ciągłe poczucie rezygnacji z tego, co dla Pani mogło być po prostu miłe i sprawiać przyjemność, tworzy bardzo trudną do zaakceptowania atmosferę podporządkowania całego życia tylko jednemu celowi , jakim jest urodzenie dziecka. Jeśli taki stan trwa trzy czy cztery miesiące, można to jeszcze znieść, ale jeżeli przychodzi nam borykać się z problemem na przykład półtora roku, nadmierne wyrzeczenia także utrudniają radzenie sobie i dodatkowo wyczerpują pacjentów.

Rozumiem, że podporządkowała Pani pragnieniu posiadania dziecka, czyli wizji Państwa przyszłości całe swoje życie i jest to na pewno godne podziwu, bo świadczy o wielkiej determinacji. Ale Pani życie dzieje się dziś, tu i teraz i naprawdę warto zadbać o nie i o siebie samą właśnie dzisiaj.

Pozdrawiam serdecznie,
Dorota Gawlikowska
psycholog

monikaku
Posty: 2
Rejestracja: 09 lut 2017 10:34

Re: Wpływ psychiki na zapłodnienie

Post autor: monikaku »

Bardzo dziękuję za odpowiedź.
Była ona bardzo trafiona i pełna zrozumienia, a chyba tego mi było potrzeba.
Przyznam, że tydzień temu, 3 dni przed inseminacją, na którą się zdecydowaliśmy z mężem, udałam się do psychologa. Ale to był bardzo nietrafiony pomysł. Miałam wrażenie, że w ogóle ta psycholog mnie nie rozumiała. Co więcej starała się mi wmówić, że to wina męża,bo zarabia mniej ode mnie i nie potrafi dać mi wystarczającego bezpieczeństwa stabilizacji finansowej i że ja tak na prawdę zapewne nie chcę mieć dziecka i dlatego moje ciało nie chce się poddać psychice. Przez całą terapię czułam, ze to zmierza w złym kierunku. Na kolejną już nie poszłam, ale miało to też pozytywny wydźwięk. Stwierdziłam, że takiej terapii to ja nie potrzebuję i że muszę zacząć myśleć o sobie. I to się na prawdę stało. Kupiłam bilety do kina nie pytając męża i on ze mną poszedł. Odrzuciłam od siebie myśli, że jestem beznadziejna, do inseminacji podeszłam pełna nadziei, z pozytywnym nastawieniem, że nawet jeśli nie teraz to kiedyś na pewno się uda. Ja się nie poddam i to jest pewne. U męża okazało się, że ma fantastyczne nasienie, aż pracownik laboratorium dostarczył je osobiście, bo chciał go poznać. Uznałam to za komplement,a nie za coś dla mnie dołującego. Inseminację miałam wykonanym na niepękniętym pęcherzyku i trochę się zmartwiłam, na kolejnej wizycie po 3 dniach miało się okazać czy doszło do owulacji. Tego chciałam najbardziej, bo czułabym się zawiedziona, że po wydaniu kolejnych pieniędzy już na starcie wiadomo, że nic z tego. I okazało się, że pęcherzyk pękł. Powiedziałam wtedy do męża, że jednak nie jestem taka beznadziejna, a on na to, że problem jest wspólny, a problem niepłodności jest obecnie tak powszechny, że nie jesteśmy wyjątkiem. W dniu USG kontrolnego pierwszy raz pojawiły mi się jednodniowe plamienia. Moja Pani dr powiedziała, że nie bez powodu nazywa się to plamieniami implantacyjnymi i narobiła małe nadzieje, ale nie jest to najważniejsze. Najważniejsze, że minął mi pewnego rodzaju stres, że staram się nie zadręczać ciążą, myślę pozytywnie, że jak nie teraz to może kolejnym razem się uda. Wszytko w swoim czasie. A obecnie zajmuję się pracą i dzięki wyluzowaniu jest mi jakoś łatwiej, przestałam się bezpodstawnie denerwować, nawet mój mąż to zauważył. Wiem, że psychika jest ważna, ale nie chcę zadręczać się tylko ciążą, bo życie ucieka mi przez palce. A dziecko i tak będę miła, cierpliwie poczekam :)
Bardzo dziękuję jeszcze raz za wypowiedź, utwierdziła mnie ona w moich przemyśleniach i jakoś mi lżej teraz. Pochwalę się jak w końcu mi się uda...
Pozdrawiam
Monika

Dorota Gawlikowska
Ekspert Bociana
Posty: 24
Rejestracja: 07 lip 2013 13:42

Re: Wpływ psychiki na zapłodnienie

Post autor: Dorota Gawlikowska »

Pani Moniko,

bardzo się cieszę, że poczuła się Pani lepiej i jednocześnie przykro mi, że spotkała się Pani z podejściem psychologa, które nie było dla Pani pomocne. Nasz Bocian co miesiąc publikuje tzw. Zakładki psychologiczne, gdzie zebrana jest pomoc psychologiczna dostępna w ośrodkach leczenia niepłodności w całej Polsce, może, gdyby była taka potrzeba, spróbuje Pani tam znaleźć odpowiednią osobę? Zachęcam serdecznie, proszę się nie zniechęcać.

Z przyjemnością przeczytam co się u Pani dzieje, proszę pisać!

Pozdrawiam serdecznie,
Dorota Gawlikowska

Zablokowany

Wróć do „Pytania do psychologa”