Alicjaaaaa - blog

USG serduszkowe

Przez ostatnie dwa tygodnie nieustannie myślałam o tym samym: raz miałam głębokie wewnętrzne przekonanie, że „TAK! Naprawdę jestem w ciąży! Czuję to każdą komórką mojego ciała!”, a innym razem popadałam w zwątpienie, bo przecież wszystko jest takie samo jak wcześniej i w ogóle nie czuję się wyjątkowo. Co chwilę dotykałam swoich piersi, żeby sprawdzić, czy naprawdę bolą i zastanawiałam się, czy zmęczenie i senność, którą czuję w ciągu dnia to sprawka luteiny (tak jak ostatnio), czy może jednak…

Beta...

312!!!
312!!!
312!!!

12dpt i 15 od punkcji.

Spytałam, czemu tak dużo, skoro widełki w 3 tc to ok. 9-70, ale od doktora usłyszałam tylko: „Proszę się w to nie zagłębiać, ma pani BARDZO DOBRY wynik i już”. :-) :-) :-)
Więc się nie zagłębiam. Po raz pierwszy od dawna.

Naczytałam się wielu historii, więc z jednej strony boję się cieszyć, a z drugiej nie mogę się powstrzymać. Już snuję plany, mimo że nadal nie mogę w to uwierzyć. Ciąża… to nie wydawało się możliwe. Nadal się nie wydaje.
5 lat… Kosmos. Normalnie kosmos.

Jutro dowiem się, co dalej.

W Dzień Matki...

Dziś oba maluchy trafiły do mojego brzucha. 26 maja, w Dzień Matki.
Może to będzie dobry znak?

Wiem, że każda kobieta przeżywa to wszystko inaczej, ale nie rozumiem tych, które zamiast spokojnie czekać na betę, robią miliony testów ciążowych przed czasem. Po co? Żeby się niepotrzebnie denerwować albo karmić fałszywą nadzieją? Ja aż do 7 czerwca nawet nie tknę testu. Będę żyła nadzieją, że tym razem się udało.

Strach

Jestem po punkcji. Pobrano 2 komórki jajowe.

Tylko tyle było. 5 pęcherzyków, 2 komórki. W dodatku tylko w jednym jajniku. Drugi zdechł. Albo nie wiem, co się z nim stało. Lekarze też nie wiedzą. To był ten jajnik, do którego ostatnio nie mogli się dostać. Wtedy znajdowały się w nim pęcherzyki, tylko ich nie pobrali. Teraz nie było nic. NIC. Mimo dawek Menopuru - 450 jednostek każdego dnia. A przecież właśnie po to robili drugą laparo, żeby uwolnić ten jajnik. Żeby było lepiej. Zamiast tego jest gorzej.

Zastrzyki

Znów przyjmuję zastrzyki. Trzy już za mną. Dziwne, ale tym razem mam wrażenie, że bardziej boli. A przecież powinno być odwrotnie, w końcu mąż już zaprawiony w bojach. Nie cierpię tego zapachu. Takie skondensowane siuśki… Nawet jak się nie dotyka płynu bezpośrednio, tylko np. przykłada wacik do miejsca ukłucia, to i tak potem palce śmierdzą przez kilkanaście minut i nie pomaga woda z mydłem.

Drugie podejście

Dzisiaj dostałam zastrzyk w tyłek rozpoczynający protokół długi stymulacji do IMSI.
W lodówce już czekają 2 opakowania Menopuru, ale poczekają jeszcze 18 długich dni do rozpoczęcia właściwej stymulacji. Przez ten czas nie będzie żadnych zastrzyków.

Przedtem miałam protokół krótki, więc nie bardzo wiem, czego się spodziewać. Gin twierdzi, że przy endometriozie lepiej sprawdza się długi.

- Czy któraś z Was miała prot. długi? Jak wrażenia?

Wrażenia po...

Po drugiej laparoskopii mam dużo pozytywniejsze odczucia niż po pierwszej.

Jestem wściekła!

Widziałam się wczoraj z dzieciatą koleżanką. Jej synek ma niecałe pół roku i jest słodkim bobasem. Ona wciąż karmi go piersią. Co powiedziała koleżanka?
„Jak ja ci zazdroszczę! Możesz jeść, co chcesz! Pić, co chcesz! Masz tyle wolnego czasu!”.
Ot, standardowy tekst na wkurzenie niepłodnych. Nigdy bym nie pomyślała, że tak mnie dotknie. Tymczasem siedziałam tam i czułam się, jakbym dostała w ryj.

Przedoperacyjnie

Termin laparoskopii zbliża się wielkimi krokami, a ja coraz częściej drżę ze strachu. Może przez to 2 dni temu, ni stąd, ni zowąd, zaczęłam plamić. O kilkanaście dni za wcześnie… Pierwszego dnia wmawiałam sobie, że to plamienie implantacyjne. Jasne, że to naiwne. Po prawie 5 latach bezskutecznych starań, jednym nieudanym in vitro i tuż przed planowaną operacją to byłby istny cud, gdyby coś zaskoczyło. No, ale nadal tli się we mnie iskierka nadziei i jeśli to plamienie nie przerodzi się w normalny okres, to pewnie zrobię test.

Będzie ciężko...

Mogłam się tego spodziewać… Jedynym sposobem na dostanie się do zablokowanego jajnika i odblokowanie go jest kolejna laparoskopia.

Wiedziałam, że prędzej czy później mnie to czeka, ale prawdę mówiąc, myślałam, że będę ją już robić jako szczęśliwa mamusia na zasadzie „a zrobię sobie laparo, bo w sumie to po co mi te pięć torbieli?”, a nie na zasadzie „muszą mi znowu grzebać w brzuchu, bo to o 15-30% zwiększa szanse na udane in vitro”.

I tak oto po 5 latach spokoju po raz kolejny przeżyję najgorsze medyczne doświadczenie w moim życiu. Czemu najgorsze?

Subskrybuje zawartość