nynyny - blog

JESZCZE WIĘCEJ NADZIEI

Kolejna wizyta u ginekologa za mną, pan doktor wie, jak uspokoić spanikowaną kobietę: "najgorsze już za panią, teraz będzie już z górki" - oświadczył po badaniu..

A ja odetchnęłam. Teraz czuję, że wracam do życia. Robię porządki - w sercu i w mieszkaniu, porządkuję dokumentację leczenia, znajduję różne stare paragony i bardzo archiwalne wyniki.

Minął rok od pierwszej wizyty w tej klinice, 15 miesięcy od wyroku "niepłodność". 3 lata starań.

ZAWSZE MOŻNA ZNALEŹĆ POWÓD DO ZMARTWIEŃ..

Byłam na wizycie u ginekologa - pan doktor obejrzał fasolkę, pomierzył, pogratulował ciąży, zapewnił, że wszystko wygląda wzorowo i nie ma się czym martwić. Że mam natychmiast iść do księgarni, kupić wciągające książki NIE O CIĄŻY, jechać na urlop, wrócić za dwa tygodnie na kolejną wizytę..

Tymczasem ja porównuję zdjęcia usg z dwóch wizyt i zamartwiam się, że zarodek rośnie ładnie, ale przyrost ma w dolnych granicach normy...

Oczywiści nic nie mogę. Jedyne to się nie martwić. Łatwo powiedzieć...

WYOBRAŹNIA

Wyobraźnia - straszna rzecz..

Do kolejnej wizyty kilka dni, a ja staram się wyobrażać sobie, że będzie dobrze. Że nie ma powodu, by nie było. Bo nic złego się nie wydarzyło w tzw. międzyczasie.

Dlaczego to jest takie trudne?

Żyję tylko tą wizytą, u "mojego" ginekologa, który będzie mile zaskoczony (ostatnio byłam u niego pod koniec ubiegłego roku - podnosząc się z otchłani rozpaczy) i podczas badania usg będzie mi pokazywał malutki, pulsujący punkcik..

Prawda, że tak właśnie będzie?

KROPKA

Widziałam kropkę, dwumilimetrowy zalążek człowieka, prawdziwy cud.. siedzę w domu i oglądam zdjęcia z wizyty, mam ich całą serię.

Jestem przeszczęśliwa.

Nadal się boję, ale tyle strachów już za mną: że będzie poza macicą, że będzie puste jajo, że niczego nie będzie.. Mam nadzieję, że z każdym usg kolejne strachy będą mnie opuszczać.

I pierwsza od dawna wizyta w klinice podczas której wszyscy się do mnie uśmiechają, pielęgniarki gratulują i autentycznie bardzo się cieszą, dopytują jak się czuję.

Czuję się cudownie.

CHWILO TRWAJ

Nigdy wcześniej nie byłam w ciąży.. pierwszy raz w życiu nieśmiało zaczynam wierzyć, że mogę być, że jestem.

Dziś dopiero 17 dpt, do wizyty jeszcze tydzień, bety już nie mierzę. Ale wierzę.. Bo dlaczego nie? - do 14 dpt beta przyrastała w normie, inne hormony odpowiednio wysokie, biorę grzecznie wszystkie leki, nawet przesiadłam się z roweru do auta, żeby nie nadwyrężać maluszka..

Czas płynie powoli. Za nic na świecie nie chce przyspieszyć. Uczy mnie cierpliwości.

MYŚLĘ O TOBIE

Mijają kolejne dni..

Beta troszeczkę wzrosła, progesteron bardzo wysoki, estradiol też ładny. Nic więcej nie mogę. Warunki są optymalne - zechce to zostanie z nami, nie zechce to znów będzie rozpacz.

Gdyby został, urodziłby się wtedy gdy nasz ulubiony dziadek. Dlatego jestem przekonana, że będzie chłopakiem i dostanie po nim piękne imię. Będzie wesoły i dowcipny jak on, prostolinijnie dobry dla innych, kochany.

8 DPT

BHCG 30.
Boję się najbardziej na świecie.

CZAS

"Czas goni nas,
my gonimy czas,
on upływa,
tak, czas upływa.."

Zwykle mi się wydaje, że pędzi, że mam go coraz mniej na to, by zostać matką, że nie zdążę.
Ale teraz się dłuży, niemiłosiernie powoli przecieka przez palce, to czekanie, okrutne czekanie..

Moje dni jeszcze niedawno takie szalone, zabiegane, zapracowane - teraz wypełnione snuciem się po domu, drobnymi porządkami, małymi przyjemnościami..

Oby do niedzieli.

Co dalej? Czy znowu będzie dno rozpaczy? - może tym razem nie, są jeszcze 3 eskimoski, jeszcze jedna refundowana stymulacja..

JUTRO

Kolejny początek, mój piąty transfer, siódma blastocysta.. Obojętność i strach. Do samego transferu podchodzę beznamiętnie, boję się emocji, które dopadną mnie po odebraniu wyniku bety.

Ale mam chyba receptę na hiperstymulację:
1. dużo wody, min. 3 litry, ja piłam nawet więcej
2. dużo białka - głównie w postaci izolatu białka dodawanego do posiłków i koktajli
3. lekkostrawna dieta (u mnie z małymi grzechami) wspomagana ziołowymi tabletkami na wątrobę
4. odpoczynek, unikanie jakiegokolwiek wysiłku

ŚNI MI SIĘ ŻYCIE

Miałam taki sen, a może to było senne marzenie: RODZĘ! Trwa cesarka, ja leżę przytomna, znieczulona, zza parawaniku wyciągają mi z brzucha dzieci. Maleńkie, czarne chłopaki bliźniaki. Kładą mi na piersi - jednego po prawej, drugiego po lewej, obaj czerwoni i lepcy, moi.
Płaczę, ze szczęścia, łzy ciekną mi po twarzy.

Jeszcze ujęcie z góry, błogostan, pełnia szczęścia.

Potem cięcie i powrót do rzeczywistości - to tylko sen.

W rzeczywistości jestem na finiszu trzeciej stymulacji, jajniki pobolewają, tyle w nich pęcherzyków, czy z któregoś z nich wykluje się moje dziecko?

Subskrybuje zawartość