Ogłoszenie!

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Forum zablokowane Ten temat jest zamknięty. Nie można w nim pisać ani edytować postów.  [ Posty: 4 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 21 lis 2008 18:59 
Offline

Rejestracja: 29 cze 2006 00:00
Posty: 273
Lokalizacja: Warszawa
:firing:Newsweek nr 13/07, strona 78
autorka: Iza Michalewicz
2007-03-26


Pozbawione biologicznych rodziców miały znaleźć miłość w rodzinach adopcyjnych.
Nie wyszło.

Asia ma 14 lat, ładne usta, niebieskie oczy. Bardzo lubi rysować. Ten rysunek zrobiła dla mamy. Nazywa ją Piękną Królową. Narysowała dla niej kwiatki. Podpisała: "Od [na forum nie tolerujemy wulgaryzmow - wiadomosc wygenerowana automatycznie], szmaciarskiej, podupconej, [na forum nie tolerujemy wulgaryzmow - wiadomosc wygenerowana automatycznie] [na forum nie tolerujemy wulgaryzmow - wiadomosc wygenerowana automatycznie] dla Pięknej Królowej. Asia". Lubi też pisać listy. Liścik pierwszy: "To moje wycie. Przez cały dzień biłyśmy się. Tata wychodził do pieca [kotłownia w piwnicy domu - przyp. red.], słyszał moje wściekłe wycie. Ludzie też słyszeli, jak wyje wyjec. Kiedy mama mówi, żebym się uspokoiła, to ja jak na złość: wyję wniebogłosy. Odzywam się do mamy chamsko. Podsumowanie: gdziekolwiek jestem, czy to w domu, w szkole, na ulicy, czy w kościele, otaczają mnie ludzie normalni, w miarę sprawiedliwi, a ja jestem nienormalna. [na forum nie tolerujemy wulgaryzmów! - informacja wygenerowana automatycznie]!".
Kolej na młodszą o dwa lata Basię. Długie blond włosy, równie ładna jak siostra. Żywe srebro. Wie, że Asia pisze listy i też próbuje pisać. Stawia koślawe literki:
"Ja chowam pod urzeczko majtki, skarpety, bluski, i spodnie. A wszafie mam normalny burdel. W naszym pokoju jest syf oraz śmierdzi sikami". Potem następuje seria wyzwisk.
Małżeństwo Anna i Krzysztof Wysoccy spod Krakowa zaadoptowali dziewczynki w 2000 roku. Miały wówczas 5 i 7 lat. Anna: wysoka, szczupła, zadbana blondynka. Rocznik 1955, zawód: nauczycielka. Sama była dzieckiem z bidula adoptowanym przed laty przez bezdzietne małżeństwo. - Rodzice dali mi wspaniałe wychowanie i bardzo dużo miłości. Mamę, schorowaną na alzheimera, kilkanaście lat wkładałam do łóżka i wyjmowałam. Jak lalkę. Odeszłam z pracy. Nie miałam czasu urodzić własnego dziecka. Tyle zawdzięczałam rodzicom, że postanowiłam spłacić swój dług - opowiada. Krzysztof podzielił dług żony. Przystojny, o spokojnym usposobieniu, ma warsztat samochodowy i bardzo dobrze zarabia. Zgłosili się do Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w Krakowie, zostali uznani za idealnych rodziców. - Wiedzieliśmy, że tam nie ma dzieci idealnych. Są tylko trudne. Ale właśnie takiemu dziecku chcieliśmy dać dom - mówią.
Myśleli o jednym dziecku, ale ośrodek przekonał ich do wzięcia sióstr. Najpierw na święta.
- Boże Narodzenie, rok 1999. Spać nam w nocy nie dały, szalały, skakały po łóżkach, goniły się. Myślałam: nie znają prawdziwego domu, nie umieją się zachować, nauczę je wszystkiego. To jest tak, że nawet jeśli widzi się, że dziecko jest nieznośne, to i tak chce się je pokochać - głos Anny staje się głuchy. - Człowiek myśli: miłość je wyleczy, naprawi. Ale miłość - jak się potem okazało - to nie wszystko. Anna i Krzysztof bardzo chcieli pokochać dziewczynki. Ale po czterech latach spędzonych w rodzinie Wysockich Asia i Basia trafiły z powrotem do domu dziecka. Na takie jak one mówi się: zwrotki.

Mamusiu, jesteś szmatą
Asi liścik drugi: "Dzisiejszy dzień był okropny. Najchętniej mamę czasem rozszarpałabym albo udusiła, a taty myślenie jest głupie i czasem palnęłabym go w łeb. Chcę mamę sprowokować do bicia. Do mamy zwracamy się: mam w dupie mamę. Odnosimy się przekleństwami. Moje zachowanie jest skandaliczne. Dla mnie świat jest [na forum nie tolerujemy wulgaryzmów! - informacja wygenerowana automatycznie], a każdy przechodzień ulicy jest głupi, debilny, brzydki, nienormalny, gruby, chudy, jakbym Baśkę zabiła własnymi rękoma, to by mi to przyniosło ulgę. Asia". Czy ktoś jest w stanie pojąć takie dziecko?
Dziewczynki zawitały do spokojnego domu Wysockich w kwietniu 2000 r. Starsza nie wykazywała zainteresowania nauką, ale to przecież nie jest wada - uważała matka. Siadała więc, tłumaczyła, poświęcała dziewczynce czas. Basię posyłali na lekcje tańca i angielskiego, Asię uczyli rysunku. Młodsza chodziła do przedszkola. - I ciągle były skargi. Bo kradły: w szkole, przedszkolu, w sklepie, w warsztacie męża. Tłumaczyłam: - Córeczki, macie w domu słodycze, dużo jedzenia, nie musicie kraść. Poza tym brutalnie się biły. Do krwi. Asia potrafiła się sama okaleczać, przychodziła, pokazywała mi rozdrapaną rękę i się śmiała.
Anna nie rozumiała, co się dzieje. Dzwoniła do ośrodka adopcyjnego: pomóżcie, jak z nimi postępować? "Krótko i za mordę - usłyszała radę. - Bierz pas, idź i przy całej klasie wlej Baśce, żeby ją zawstydzić."
- I to był mój błąd. Poszłam do wychowawczyni, zapytałam, pozwoliła. Basia dostała dwa pasy, ale nic się nie zmieniło. Tylko ja czułam się podle.
Chodzili po psychologach, pedagogach. Ci rozkładali ręce. Rosła bezradność, gniew. Poczuli się oszukani przez ośrodek adopcyjny. - Dopiero po pięciu latach dowiedzieliśmy się, że ich matka jest upośledzona umysłowo. Dziś myślę, że oni nie mogli sobie z dziewczynkami poradzić, więc zataili wiele informacji, żeby ich się pozbyć
- mówi z goryczą Anna Wysocka.

Ośrodek adopcyjny zaprzecza. Dyrektorka mówi, że Wysoccy znali przeszłość dzieci, mieli też możliwość spędzania z nimi czasu przed adopcją. Wiedzieli, z czym się będą musieli zmierzyć. Ale w pewien sposób ich rozumie. Anna czuła na sobie społeczną presję: chciała wypaść jak najlepiej, kładła duży nacisk na naukę dziewczynek. Ale jeśli dziecko spędza połowę dnia w szkole, a resztę na nauce, to jak mają się zawiązać więzi rodzinne?
A dziewczynki robiły wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę. W przerażenie wprawiły pracowników warsztatu Krzysztofa, którzy pewnego razu zauważyli wiszącego na klamce kota. Miał szyję owiniętą szalikiem. Odwiązali. Kot przeżył. Zaczepiały na ulicy przechodniów: - Mama nie daje nam jeść, pije i bije.
Zaczęły się telefony od "życzliwych".
- Ludzie dzwonili, że znęcamy się nad dziećmi, że wzięłam je, bo chciałam zarobić. Przecież adopcyjnym rodzicom państwo nie płaci! Nie pasowałam im do wizerunku matki. A przecież się starałam. Piekłam bułki do szkoły, a one nimi grały jak piłkami. Kopały... Wreszcie kompletnie się załamałam, bo raniły mnie bez końca. Musiałam pójść do psychiatry. Leczę się od trzech lat na nerwicę sytuacyjną. Długo w ogóle nie wychodziłam z domu. Bałam się, że ludzie mnie zagryzą, bo oddałam dzieci - opowiada Anna.

Karuzela z boleściami
Andrzej Malik z Wrocławia też się poddał. Był głową rodziny zastępczej dla siostrzenicy swojej żony. Jak większość rodziców, którzy oddali dzieci z powrotem do domów dziecka, początkowo nie chciał o tym rozmawiać. W końcu sam zadzwonił: - Robię to, by ludzie zastanowili się głęboko, zanim wezmą dzieciaki okaleczone psychicznie. Może umieją im pomóc specjaliści: psycholodzy, psychiatrzy. Ale w zwykłej rodzinie to są dzieci nie do uratowania.
Była córka Andrzeja Malika - Karolina - ma dziś 16 lat. Mieszka w pogotowiu opiekuńczym Przystanek Dobrej Nadziei we Wrocławiu. - Nigdy nie miałam zabawek - opowiada, odwróciwszy ode mnie głowę tak, że widać jedynie profil jej twarzy. - Rodzice codziennie pili. Potem się rozwiedli. Matka? Kiedyś bardzo za nią tęskniłam, już nie żyje, zaćpała się. Przez nią wszystko złe w moim życiu. Ciągle sprowadzała facetów. Zabrała mnie policja, a potem pojechałam do cioci i wujka.
Andrzej: - Była świadkiem orgii seksualnych matki, która biła ją tak, że uszami leciała krew. Zbadaliśmy ją, bo mieliśmy podejrzenia, że mogło dojść do molestowania. Ale - zdaniem specjalistów - nie doszło. Karolina natomiast chorobliwie kłamała. Kłamała na pytanie, czy się umyła, czy jest głodna. Kłamała na wszelki wypadek. Dopiero jak się upewniała, że dorośli poświęcają jej dużo uwagi - przechodziła na mówienie prawdy. To był mały dzikus: jeść chciała tylko chleb z musztardą albo zmoczony z cukrem.
Andrzej był człowiekiem sukcesu: świetna praca w ubezpieczeniach, dwoje własnych dzieci. - Sądziłem, że poradzę sobie z dziewięciolatką po traumatycznych przeżyciach - wspomina.
Małżeństwo Malików odwiedzało psychologów, rozmawiało ze szkolnym pedagogiem. Zabrali dziecko na kilka terapii. Na chwilę się zmieniała, a potem znów podbierała pieniądze, kłamała, nie chodziła do szkoły. Opowiadała sąsiadom niestworzone historie. Potwornie ich to bolało.
Karolina pamięta, że to wujek poświęcał jej więcej czasu niż ciotka. - Ale to częściej były opierdziele, a nie rozmowy - zarejestrowała pamięć dziewczynki.
- Za złe oceny w szkole, średnie zachowanie. W tej rodzinie wszystko musiało być idealnie. Puzzelek do puzzeleczka. A ja taka nie byłam. Czasem chodziliśmy na kręgle, lody, z psem... Ale nie było tego czegoś... Czułam się w tej rodzinie jak odludek. Brakowało mi takiego ciepła, jak czasami widać na reklamach w telewizji: mama przychodzi, przytula smutne dziecko i pyta, co się dzieje.
Zaczęła uciekać z domu. Błąkała się nocami po Wrocławiu. Spała na klatkach schodowych. Całe dnie jeździła autobusami. - Myślałem, że mnie coś trafi, jak się dowiedziałem, że zadała się z 40-letnim kierowcą autobusu - gotuje się Malik. - Wniosłem przeciwko niemu sprawę do prokuratury.
Rodzicom wydawało się, że stanęli na wysokości zadania: - Tłumaczyliśmy, że nie winimy jej za tę sytuację, że winien jest mężczyzna, który obdarowywał ją serduszkami i pluszakami... Że to jest z jego strony złe, że to zboczenie. Nie pomagało. W końcu doszliśmy do wniosku, że jej zachowanie jest konsekwencją trybu życia, jaki prowadziła jej matka. I że nie mamy już wpływu na to dziecko. Po kolejnej ucieczce nie odebrałem jej już z komisariatu.
Dyrektor pogotowia, w którym przebywa Karolina, Ryszard Zieliński, może powiedzieć tyle: z jakichś względów rodziców przerosło wychowanie Karoliny. - Choć nadal strasznie kłamie, to nie jest złe dziecko - mówi. - To jest dziecko zdruzgotane. I dodaje, że adopcja i rodzicielstwo zastępcze w Polsce, zamiast być formą pomocy dziecku, stały się przejawem pewnej mody. Reklamowanym jako rodzinna fotografia z Disneylandu, a nie widzianym jako perspektywa wieloletniej, ciężkiej pracy z dzieckiem.

Przypadek Hani
Hania miała dwa latka i buzię w podkówkę, kiedy państwo Kamińscy zobaczyli ją w domu dziecka w Krzydlinie Małej. - Podoba się wam? To bierzcie - usłyszeli.
Wszystko, co miała Hania, to była szmaciana lalka, z którą potem nigdy się nie rozstawała i nie pozwalała jej nawet wyprać. Żona Adama zanotowała szybko: buty numer 11, wzrost 78 cm, rzeczy na dwulatkę. Wzięli Hanię po dwóch tygodniach. Zdjęcia z dzieciństwa. Hania na barana u taty, idą przez park. Hania na fotelu przed lustrem, mama kręci jej loki. Hania stoi w umywalce wypełnionej wodą, śmiejąc się do lustra. Hania robi szpagat, ma na sobie sukieneczkę baletnicy (do dziś pięknie tańczy). Szczęśliwa rodzina.
- Żona była ode mnie o 10 lat młodsza i to głównie ona się nią zajmowała. Ja bardzo dużo pracowałem. Hania była ruchliwym, wszędobylskim dzieckiem - opowiada Kamiński, dystyngowany architekt po sześćdziesiątce.
Dwa lata temu żona zmarła. Po jej śmierci dopadła go depresja. Hani też nie było łatwo. Przestała w ogóle mówić o matce. Nie chciała chodzić na cmentarz. Nie była w stanie patrzeć na jej imię na nagrobku. W rodzinie wielkie oburzenie: niewdzięczna.
- Nie chciałam żyć - opowiada Hania, a w tym czasie jej komórka wariuje od SMS-ów. - Zaczęłam palić papierosy, były wagary. Tata odprowadzał mnie pod szkołę, a ja i tak uciekałam. Mama... była taka ciepła. Czytała mi bajki wieczorami, głaskała mnie i siedziała przy moim łóżku. Jak mi mierzyła temperaturę, to tak mnie kołysała na kolanach. W bidulu nikt nie wie, że to nie była moja prawdziwa mama.
- A tata?
- Tak naprawdę go nie znałam. Dużo pracował... Po śmierci mamy bardzo się z nim kłóciłam, wyzywałam go, atakowałam. Miał mnie dosyć.
Adamowi po śmierci żony nie miał kto pomóc. Bo kto? Jego rodzina nigdy nie akceptowała dziewczynki. A Hania zakładała stringi, czym wprawiała ojca w zakłopotanie. Kamiński nie wiedział, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Hania wymknęła mu się spod kontroli. Oddał ją więc do domu dziecka. Była jego córką dziesięć lat.
- Gdyby to była moja biologiczna córka, to może odziedziczyłaby coś po mnie czy mojej żonie i nie byłoby takiej różnicy w charakterach? - zastanawia się. - Mnie czeka starość, chciałbym ją przeżyć w spokoju, bo już mocno oberwałem od życia. I boję się z jej strony niespodzianek. Wie pani... ją interesują starsze chłopaki...
Problemem Adama jest też to, że nie ma grosza dochodu. Żyje z tego, co zdołał zaoszczędzić. Nie dostał ani zasiłku przedemerytalnego, ani renty po żonie.
- Mówię córce: - Haniu, nie mam pieniędzy, żeby cię wziąć. W domu dziecka ubrali cię od dołu do góry. Ja bym ci tego nie mógł sprawić. I ona to rozumie.
Jednak nie potrafił zupełnie odrzucić dziewczynki, zapomnieć. Zabiera ją na wszystkie weekendy i święta. W domu Hania wciąż ma swój pokój.

Rozwód z dzieckiem
Anna i Andrzej Wysoccy wnieśli o rozwiązanie adopcji, ale sąd nie wyraził zgody. Odebrał im jedynie prawa rodzicielskie, ale muszą na dziewczynki płacić alimenty. Mecenas małżeństwa Wysockich - Krystyna Czubak - będzie chciała raz jeszcze wystąpić o rozwiązanie adopcji:
- Czy jest sens dalszego utrzymywania tej fikcji? Trauma rodziców jest tak wielka, że stosunki między nimi a dziećmi już się nie nawiążą.
Polskie prawo mówi, że aby rozwiązać adopcję, muszą być ku temu ważne powody. A to, na ile są one ważne, ocenia sędzia prowadzący sprawę. Beata Zientek, sędzia wizytator ds. nieletnich Sądu Okręgowego we Wrocławiu, która orzeka od wielu lat o rozwiązaniu adopcji, tłumaczy: - Najważniejszym powodem rozwiązania przysposobienia jest ustanie więzi pomiędzy rodzicami i dzieckiem. Analogicznie - jak między dorosłymi ludźmi - kiedy ustają więzi emocjonalne i dochodzi do rozwodu. Sąd kieruje się zawsze dobrem dziecka.
Asia i Basia bezustannie się atakowały, gdy wróciły do domu dziecka. Ordynarnie wyzywały i biły do krwi. Młodsza Basia bierze leki psychotropowe.
Asia przez pół roku nie chodziła do szkoły. - Spierdalaj - mówiła do wychowawcy rano, kiedy ją budził na lekcje. Pocięła sobie ręce. Teraz powoli się uspokaja. Unika kontaktu z siostrą. Pedagodzy podejrzewają, że dziewczynki obwiniają się nawzajem o to, że rodzice ich nie chcieli.
Andrzej Malik nie widział Karoliny półtora roku. - Wiele mnie kosztowało, żeby poradzić sobie z tym bólem. Dla mnie była to po prostu utrata córki. Widać nie wystarczyło jej tylko kochać.
Karolina oswaja kolejne odrzucenie. Cztery razy próbowała popełnić samobójstwo. Wciska głowę w ramiona. - Ogólnie teraz mało płaczę - mówi, choć łzy płyną jej po policzkach. - Dziękuję wujostwu za te sześć lat. Ale teraz chcę zostać sama.
Adam Kamiński w przyszłym roku dostanie emeryturę. Wtedy, jak dobrze pójdzie, zabierze Hanię do domu. Ale postawił jej warunek: musi chodzić do szkoły. Niedawno chciał ją zapytać: - Haniu, kiedy ostatni raz powiedziałaś mi, że mnie kochasz? Ale wciąż tego nie zrobił.
Więc sama ją pytam. - Nie pamiętam - Hania spuszcza oczy. - Ale wiem, że tata ma tylko mnie, a ja tylko jego. I jeśli on umrze, to zostanę sama jak pies. Chciałabym do niego jakoś dotrzeć, zacząć rozmawiać.

Personalia bohaterów zostały zmienione


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
PostZamieszczono: 28 lis 2008 17:49 
Offline

Rejestracja: 06 sty 2005 01:00
Posty: 4739
Lokalizacja: zachodniopomorskie
trudny tekst ale pokazujący bardzo wiele, żeby tylko ci którzy muszą umieli go odczytać i wyciągnąć wnioski

_________________
kasia - ciocia na zastępstwo ;)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: zwrotki
PostZamieszczono: 22 mar 2012 14:27 
Offline

Rejestracja: 02 lis 2011 12:05
Posty: 29
Tak, to trudny tekst.......


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: zwrotki
PostZamieszczono: 22 mar 2012 21:05 
Offline

Rejestracja: 25 lut 2012 23:36
Posty: 52
bardzo trudny tekst...no właśnie tak się zastanawiamy bo jesteśmy w kontakcie z dziećmi, obejrzałam papiery, 3 lata w ośrodku, z domu zabrane bo skrajnie zaniedbane...wydają się nam zupełnie zwyczajne, miło się rozmawia, dobrze odnajdują się w grupie i spokojnie reagują na opiekunów...ale...lęk jest. Najgorsze jest to, że w zasadzie wiek adopcyjnego dziecka ma niewielkie znaczenie, znaczenie ma co dzieci przeżyły, kim są...straszna loteria, bo z jednej strony nasze pragnienie dzieci, dzieci pragnienie rodziny a pomiędzy nami przeszłość dzieci, traumy, geny i nasze oczekiwania.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Forum zablokowane Ten temat jest zamknięty. Nie można w nim pisać ani edytować postów.  [ Posty: 4 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Przejdź do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group