Autor:

Data publikacji:

09.08.2012

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

Wywiad dla tygodnika "Fakty i Mity"

anna krawczak

Niepłodność w Polsce to poważna choroba, która dotyczy 19 proc. par w wieku rozrodczym. O jakości debaty publicznej na temat in vitro, roli Kościoła i prawach pacjentów „Fakty i Mity” rozmawiają z Anną Krawczak ze Stowarzyszenia „Nasz Bocian”.

– Rzadko słychać dyskusje na temat niepłodności jako choroby.
– To temat wstydliwy, pewne tabu w debacie publicznej. Nie tylko dlatego, że jest związana z seksualnością i dotyka bardzo intymnej sfery człowieka, ale przede wszystkim dlatego, że jest związana z zakłóceniem możliwości spełnienia jednej z podstawowych potrzeb, którą większość z nas odczuwa – potrzeby przedłużenia gatunku. Małżeństwa, w których kobieta nie może zajść w ciążę, mimo że się o to oboje starają, traktują ów fakt jako niesprawiedliwy wyrok losu. Zastanawiają się, dlaczego akurat oni – zazwyczaj wydolni wychowawczo, społecznie, finansowo. To jest poziom, który bez względu na to, czy atmosfera w danym kraju jest przyjazna, czy nie, w wielu przypadkach nakazuje się ludziom wycofać. Czują się mniej wartościowi i trudno im o niepłodności mówić – to jest problem ogólnoświatowy, wspólny dla wszystkich państw. Dalej może być łatwiej albo trudniej. Jest łatwiej, jeżeli państwo wspiera ludzi leczących się z powodu niepłodności, jeżeli jest tworzony system edukacji seksualnej.

– Edukacja seksualna w szkole ma jakiś związek z przyszłą płodnością?
– Bardzo silny. Edukację o płodności zaczyna się właśnie od szkoły. Należy uczyć młodzież nawyku badań profilaktycznych. Informować, że prezerwatywa to nie tylko środek antykoncepcyjny, ale przede wszystkim środek zapobiegający chorobom przenoszonym drogą płciową. W Polsce mamy jeden z najwyższych w Europie wskaźników zakażeń, które – nieleczone i niewykrywane – powodują niepłodność. W ten sposób młody człowiek, który dopiero wchodzi w dorosłość, jest zupełnie nieświadom tego, że może sobie odciąć drogę do późniejszej płodności. Nikt go nie nauczył, że o płodność trzeba dbać. Tymczasem wprowadzenie prezerwatyw do polskich szkół jest niewykonalne, choć cała Europa Zachodnia, w której kwestia in vitro jest już uregulowana prawnie i finansowo, przestawia się obecnie na system prewencji i profilaktyki niepłodności.

– A w Polsce wciąż nie ma nawet dobrej atmosfery wokół in vitro jako metody leczenia niepłodności.
– Niepłodność jest nie tylko piętnem psychologicznym, ale też społecznym. Chyba wokół żadnej z chorób nie narosło tak wiele przekłamań i mitów jak właśnie wokół niepłodności. One nie są przypadkowe. Mają na celu zideologizowanie metody, która sama w sobie ideologiczna nie jest. In vitro to nic innego jak fakty medyczne. To metoda stosowana od ponad 30 lat i jeden z lepiej przebadanych obszarów w medycynie. Od Alaski po Nową Zelandię. Polska żyje w oderwaniu od tego stanu faktycznego. U nas nie tylko kwestionuje się in vitro, mówiąc, że to nie jest metoda leczenia, ale też samą niepłodność jako chorobę. A przecież osoby niepłodne nie walczą o to, żeby ich plemniki zwiększyły liczebność, ani o to, żeby mieć piękny śluz szyjkowy. Walczą o to, żeby mieć dziecko. To jest cel leczenia. Nawoływanie do adopcji zamiast in vitro jest absolutnym absurdem. W Polsce realizuje się około 3 tys. adopcji rocznie, a mamy 3 miliony niepłodnych osób, z czego kilkadziesiąt tysięcy par ma wskazania do skorzystania z metody in vitro.

– Kościół ma wpływ na jakość tej debaty?
– Kościół nie akceptuje metody in vitro. Nie dlatego, że morduje się zarodki, bo do tego nie dochodzi, ale z powodów doktrynalnych sformułowanych w instrukcjach papieskich. Instrukcje mówią, że dziecko jest darem, którym małżonków obdarza Bóg, a więc powinni pokornie czekać na bycie obdarowanymi. Druga ważna kwestia zawarta w instrukcji „Donum vitae” mówi, że godne poczęcie to wyłącznie to, które dokonuje się w ramach aktu małżeńskiego. Dla wielu ludzi, którzy zmagają się z problemem niepłodności, te dwie zasady mają bardzo słabą moc. Jeżeli na jednej szali mamy pragnienie bycia rodzicem, wiele lat starań, bardzo silne więzi między ludźmi, którzy są gotowi razem walczyć o dziecko, a na drugiej – coś tak nieokreślonego i ulotnego jak godność poczęcia waginalnego, to dla większości niepłodnych ludzi ta druga opcja nigdy się nie obroni.

– W jaki sposób „rozgrzeszają się” osoby, które są członkami Kościoła, a jednak na in vitro się decydują?
– Niepłodność dotyka ludzi o różnym statusie społecznym i ekonomicznym. Większość osób, które podchodzą do in vitro, to katolicy. Ich postawy są bardzo zróżnicowane. Najczęściej zakładają, że skoro żadne życie nie może się narodzić bez pomocy boskiej, to znaczy, że również in vitro zyskuje bożą aprobatę. Inna grupa to osoby, które próbują szukać kompromisu pomiędzy stanowiskiem Kościoła a swoją chęcią realizowania potrzeby rodzicielskiej. Szukają wyjść pośrednich pomiędzy stanowiskiem współczesnej medycyny a stanowiskiem Kościoła i wybierają in vitro, ale bez nadliczbowych zarodków. Są też pary, które decydują się na adopcję zarodka, co jest oczywiście całkowicie niezgodne ze stanowiskiem Kościoła.

– Z czego wynika ów bunt przeciwko moralnemu autorytetowi?
– To, co robi Kościół w Polsce, jeśli chodzi o debatę nad in vitro, to korzystanie z bardzo uprzywilejowanej pozycji, co do której nie mam pewności, czy jest faktem, czy mitem. Katolickie pary są nastawione na to, żeby rozmawiać, żeby szukać wyjścia, ale bardzo niewiele z nich decyduje się na to, aby zaniechać prób zostania rodzicami tylko dlatego, że ich Kościół mówi, iż nie wolno tego robić. Wielu nie mówi ani swojej rodzinie, ani przyjaciołom, że zdecydowało się podejść do in vitro. W konsekwencji utrzymywanie tego sekretu staje się obciążeniem, które czasem może rodzinę zniszczyć. Wielu uczy się żyć z ciężarem, który de facto ciężarem nie jest, ale oni zaczynają go postrzegać jako piętno i brzemię. Na tej atmosferze, którą stworzono wokół zapłodnienia in vitro w Polsce, tracą wszyscy. Głównie jednak pacjenci, którym jest trudniej niż pacjentom z innych krajów, gdzie ludzie borykają się z problemem niepłodności, ale przynajmniej nie są prześladowani z tego powodu, że chcą się leczyć.

– Co należałoby zrobić, żeby to zmienić?
– Kiedy in vitro przestaje być wyłącznie kwestią debaty i zaczyna mieć twarz Jasia Kowalskiego czy Kasi Nowak, wówczas okazuje się, że relacje międzyludzkie – współczucie, empatia, życzliwość – są silniejsze niż nauczanie instytucji, która w całości rekrutuje się z dobrowolnie wybierających celibat. Dla pacjentów niezrozumiałe emocjonalnie jest to, że bardzo kategoryczne stanowisko uzurpuje sobie instytucja, której członkowie nigdy nie doświadczyli ani rodzicielstwa, ani tym bardziej bólu niemożności bycia rodzicem. Kościół zachodnioeuropejski poradził sobie z tym inaczej – nie instruuje swoich wiernych szczegółowo, co mają robić w sypialni i poza nią. Przede wszystkim zaś nie naciska na prawodawców.

– Tymczasem rodzimy Kościół bezustannie angażuje się w dyskusje o seksualności…
– To widać w debacie aborcyjnej, o in vitro, antykoncepcji czy o edukacji seksualnej w szkołach. Wydaje się, że polski Kościół zmierza w ślepą uliczkę. W instrukcjach watykańskich nie ma języka nienawiści. W kontekście in vitro nie pojawia się hasło „Frankenstein”, nie mówi się o „dzieciach kupowanych przy ladzie”. Nie pojawiają się argumenty, że dzieci z in vitro są chore czy upośledzone intelektualnie. Nie obraża się ani rodziców, ani dzieci. Taką retorykę stosują natomiast polscy biskupi. Kościół polski, wybierając taki styl debaty, osiąga efekt przeciwny do zamierzonego.

– Czy w polskich realiach należy powiedzieć dziecku, że jest „z probówki”?
– Nie ma tajemnic błogosławionych. Są wyłącznie tajemnice wstydliwe. My stoimy na stanowisku, że rodzice powinni mówić dzieciom, ponieważ one i tak się tego dowiedzą. „Tygodnik Ostrołęcki” opisywał historię chorego na białaczkę chłopca, który o tym, że jest dzieckiem z in vitro, dowiedział się od księdza podczas kolędy. A kontekst tej sytuacji był taki, że rodzice chcieli zamówić mszę o zdrowie swojego dziecka. Ksiądz powiedział, że mszy nie odprawi, bo choroba chłopca to kara za to, że mają dziecko z probówki. Tu warto dodać, że nie istnieje w ogóle takie zjawisko jak „dziecko z probówki”. Tak jak nie ma dzieci z penisa i waginy. Są po prostu dzieci, o czym zbyt często w polskiej debacie zapominamy.

– W Polsce in vitro to piętno?
– Należy sobie uświadomić, że in vitro może być wartością dodaną rodziny. To jest wielki luksus i przywilej urodzić się w rodzinie, która na nas czekała, pragnęła nas. Kochała od pierwszej komórki. Wokół tego rodzice mogą zbudować bardzo piękną historię. Jeśli tego nie zrobią, tylko ukryją prawdę przed dzieckiem, narażają się właśnie na tego typu niespodzianki jak ta spod Ostrołęki. Plotka ma wielką potęgę i jest tylko kwestia czasu, kiedy ona dotrze do dziecka.

– Stowarzyszenie „Nasz Bocian” rozpoczęło kampanię „Powiedzieć i rozmawiać”, która dotyczy adopcji prenatalnej. Mam wrażenie, że to płachta na byka…
– Jako organizacja nie zajmujemy się oceną naszych działań w kategoriach „politycznie rozsądne” lub „nierozsądne” – zajmujemy się tym, co jest problemem polskich pacjentów. Rodziny utworzone dzięki dawstwu gamet istnieją, rodzą się w nich dzieci, a w Polsce od 25 lat brakuje prawa regulującego rozród wspomagany. Tym samym ani dawcy,ani rodzice, ani dzieci nie mają zapewnionego bezpieczeństwa zdrowotnego i poszanowania praw. Jest to więc problem polskich pacjentów i dlatego się nim zajęliśmy. Poczęcie dzięki gametom innej osoby to proces jeszcze bardziej skomplikowany niż samo in vitro. Uświadomienie sobie tego, że nigdy nie będziemy mieć dziecka spokrewnionego z nami, wymaga przejścia pewnego rodzaju żałoby. To jest proces nieunikniony i bardzo trudny. Zachęcamy rodziców, żeby – bez względu na to, w jaki sposób poczęło się ich dziecko – stawiali na cztery wartości: miłość, prawdę, odwagę i dumę. Apelujemy do rodziców, aby nie pozwolili odebrać sobie dumy z tego, że zostali rodzicami. Niezależnie od tego, jak wieją wiatry polityczne i światopoglądowe. Nie ma powodu, aby dać sobie odebrać te wartości i pozwolić zamienić je na obelgi, tak jak dzieje się to w polskiej debacie.

– Czy którykolwiek z projektów ustawy in vitro jest satysfakcjonujący dla niepłodnych par?
– Projekt Ruchu Palikota, ustawa Balickiego oraz Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Ich liberalizm jest rozstrzelony, ale jeśli mówimy na przykład o adopcji prenatalnej, każda z nich zakłada stworzenie centralnego rejestru dawców i biorców. A to jest fundament w przypadku tego zagadnienia.

– Tylko że in vitro to niezmiennie szerokie pole do rozgrywek polityczno-ideologicznych.
– Nigdy nie osiągniemy takiego poziomu debaty, jaka ma miejsce w krajach Europy Zachodniej, jeśli nie nauczymy się oddzielać ideologii od faktów. Problemem polskiej debaty nie jest to, że w Polsce brakuje światłych ludzi albo nie ma komu tej debaty toczyć. Problemem jest to, że kwestia stricte medyczna jest tak silnie uwikłana w ideologię i religię, że ten stan zaczyna się utrwalać w świadomości społecznej jako oczywisty i naturalny. Jak to jest, że podczas debat medialnych, gdzie omawiana jest przyszłość ustawy in vitro, znajdują się dziennikarze, politycy i księża, a nie ma lekarzy ani pacjentów?! Wypowiadają się księża, którzy nie są żadną stroną w tej dyskusji. Trzeba pamiętać i o tym, że nie wszyscy pacjenci, którzy podchodzą do metody in vitro, to katolicy, i nie wszyscy katolicy, którzy na in vitro się decydują, zgadzają się w tej kwestii z doktryną kościelną. Należy oddzielić regulację metody in vitro od zarządzania wolnością ludzi, ponieważ sama refundacja metody, sama jej dostępność i regulacja nie oznaczają, że każda osoba, która jest niepłodna, musi się in vitro poddać.
Rozmawiała OKSANA HAŁATYN-BURDA