Autor:

Data publikacji:

18.10.2012

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

Nigdy nie powiemy

nasza historia

Miało być tak normalnie: ślub a później dzieci.
Dziecko pojawia się 2 lata po ślubie po roku leczenia: 4 nieudane IUI (inseminacje) i w końcu, po trudnej drodze leczenia i związanym z tym stresem, podjęta decyzja o in vitro. Podjęliśmy decyzję, że w przypadku niepowodzenia nie będziemy już próbować. Ale 10 dni później na teście widać dwie kreski. 8 miesięcy później rodzi się NASZ SYN.
Dziś ma 5 lat

2 lata temu urodził się NASZ drugi syn.
My z mężem podjęliśmy decyzję, że nasze dzieci się nigdy nie dowiedzą o in vitro ani o tym, że korzystaliśmy z dawcy. To są nasze dzieci. My jesteśmy ich rodzicami.

Komentarze

  • avatar
    kavainca

    18/10/2012 - 09:10

    Spodziewam się, że 90 % społeczeństwa mysli podobnie i to jest smutne. Polecam wszystkie materiały publikowane na tym portalu...może jednak :)

    IUI 5.6.2009
    od 15.2.2010 Matylda jest z nami :)

    IUI 8.2010 :( IUI 2.2012 :( INV + eggs donation 4.2012 :((( ICSI 4.2013 :((
    PICSI 04.12.2013- program MZ :):) od 28.08.2014 Jakubek jest z nami :)
    pa zarodki!
  • Kiran

    18/10/2012 - 11:10

    Rodzice mogą podjąć decyzje, ze dziecko okłamią, nawet w przeświadczeniu dla jego dobra..ale nie mogą podjąć decyzji ani miec pewności, ze sie nie dowie, bo prawda jakos tak lubi wychodzic na jaw. Jasne, ze to są Wasze dzieci. Ale fakt zatajenia prawdy nic nie zmieni w kwestii ich pochodzenia. Pytanie, po co to zatajać? Kogo chronicie, dzieci czy ..siebie?i przed czym tak właściwie?

  • avatar
    kavainca

    18/10/2012 - 11:10

    Polecam:
    http://www.nasz-bocian.pl/powiedziecirozmawiac_Karolina_Wieckiewicz

    IUI 5.6.2009
    od 15.2.2010 Matylda jest z nami :)

    IUI 8.2010 :( IUI 2.2012 :( INV + eggs donation 4.2012 :((( ICSI 4.2013 :((
    PICSI 04.12.2013- program MZ :):) od 28.08.2014 Jakubek jest z nami :)
    pa zarodki!
  • avatar
    bloo

    18/10/2012 - 14:10

    @Kavainca

    a moim zdaniem społeczeństwo myśli zupełnie inaczej, niż zakładasz :) Rozmawiam o adopcji prenatalnej z wieloma ludźmi i jest tylko jedno hermetyczne środowisko- to właśnie środowisko ludzi z niej korzystających.
    Dla ludzi niezwiazanych bezpośrednio z dawstwem, sytuacja jawi się prosto: dawstwo gamet? Chodzi o to, aby ludzie mieli dziecko, tak? I ono nie będzie genetycznym dzieckiem jednego z nich, tak? Aha. Fajnie, że są dawcy i dawczynie. To chyba powód do dumy, nie? Wstydzą się tego? Ale DLACZEGO?

    - i tu nieodmiennie pojawia się nawiązanie do adopcji społecznej; że to przecież normalne, że są rodziny wychowujące dzieci niespokrewnione biologicznie; i że to żadne WOW; i że jasne że dzieci muszą mieć zapewnione prawa; i że dawca nie jest tatusiem; i że to chyba oczywiste, że miłość nie zależy od genów.
    Coś, co dla pacjentów jawi się jako gigantyczny problem, przez znakomitą część społeczeństwa jest traktowane bez większych emocji.

    Z moich doświadczeń wynika, że ludzie niemający pojęcia o dawstwie i "syndromie oblężonej twierdzy" reagują zupełnie normalnie i naturalnie. Nie gorszą się, nie szukają sensacji, po prostu przyjmują ten temat jak każdy inny związany z rodzicielstwem niegenetycznym.
    Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy rozmawia się z samymi pacjentami- to oni mają poczucie, że świat na nich czyha, że będzie zbulwersowany i że napiętnuje ich dziecko.

    Toczyłam tych rozmów już tak wiele, że piszę to z pełną odpowiedzialnością- dawstwo jest tematem sensacyjnym dla dwóch środowisk: radykalnych ortodoksów w rodzaju Frondy (stanowiących przecież promil) i dla samych pacjentów.

  • avatar
    Rysieczka

    18/10/2012 - 16:10

    Wydaje mi się, że to my sami, na własne życzenie, zamykamy się w gettach, umacniamy wokół siebie okopy i pielęgnujemy w naszych głowach poczucie zagrożenia. Trzeba przyznać, bijąc się w piersi, że forum Nasz Bocian czasem też przypomina takie obwarowane okopami getto. Bezpiecznie jest tu, w poczuciu niby-anonimowości. A poza tym, zły świat, który na pewno nas nie zrozumie, napiętnuje.

    Nie macie czasem takiego uczucia?

    kwiecien 2009 1AID udana ale 9 tc
    listopad 2010 2AID - klapa ;-(
    styczeń 2011 3AID - II kreseczki i urodził się Nasz Synek :)
  • avatar
    bloo

    18/10/2012 - 19:10

    Macie ;) ale zwróć też uwagę, że autorka podkreśla "to są nasze dzieci" jakby fakt powiedzenia dzieciom o ivf i dawstwie mógł to w jakikolwiek sposób przekreślić.

  • Kiran

    19/10/2012 - 14:10

    Ale lubimy sie czasem okopać w twierdzy ;) a poważnie - myślę, że prawda jest (jak zwykle) gdzieś pośrodku. Nie jest łatwo z żadnym "coming out-em" , bez względu na to co takiego niestandardowego odkrywamy. A w przypadku dawstwa odkrywamy dane "bardzo wrażliwe" - fakt niemożności splodzenia potomstwa przez jednego z partnerow i o ile (bez urazy i chwała za to..) zarząd NB moze byc do tego przyzwyczajony, a i społeczeństwo warszawskie ma większa tolerancję na "rozmaitości wszelakie", to juz np. w Walbrzychu moze nie byc az tak luzacko typu "wiesz, moja dzidzia to w połowie z dawcy, śliczna, nie?", "taaaak? a to super!".
    Wizja "dobra dziecka" jest w tym wszystkim taką zasłoną dymną, zeby sie ciut lepiej poczuć. A tak naprawdę prawdziwe dobro dziecka w tej kwestii oznaczałoby cos, co pewnie zdeklasyfikowaloby dawstwo w PL w 99% -prawda o pochodzeniu i zapewnienie mu dostępu do danych.
    Jedziemy bardzo wątpliwym "kompromisem" w tej chwili, gdzie dobra wszystkich zaangażowanych w ten proces sie wzajemnie wykluczają (anonimowość dawców/prawo do wiedzy medycznej/prawo dziecka do tożsamości genetycznej/ chęć ukrycia przed światem nieplodnosci przez pacjentow).
    Tak sobie tez myśle o tym podkreslaniu "naszosci"- rodzice adopcyjni maja to zwykle dobrze przepracowane, czyli to są ICH dzieci ado.I juz. Jedno przeciez nie wyklucza drugiego.

  • shepper

    22/10/2012 - 10:10

    Do niedawna byłam jeszcze przekonana, że może warto powiedzieć dziecku i otoczeniu o takich kwestiach kiedy przyjdzie na to czas.

    Ale od wczoraj zmienilam zdanie. Nie ukrywaliśmy z mężem że mamy problemy z poczęciem dziecka, w rodzinie jak i znajomi wiedzieli, że chodzimy do klinik i pozostaje tylko in vitro.
    U mnie w pracy w zespole 10 osobowym tez nie dało się tego ukryć, bo przy procedurze icsi biorac juz hormony bylam na zwolenieniu lekarskim.
    Niestety pierwsze iscs zakonczylo sie ciaza biochemiczna.
    Chwila wytchnienia i po 2 miesiacach criotransfer, znow zwolenienie i znow sie nie udało :-(
    Wczoraj w "żartach" kolega z pracy powiedział,że pewnie męcze mojego meza i dlatego sie nie udaje, ze musze troche dac mu odpocząc, ok jakos to przełknęłam, ale jak za chwilę powiedział ze co pół roku mam probe z probówki to mnie tak tym wkurzył nastapila ostra wymiana zdan. Pomyslalam sobie że zawsze jakas życzliwa osoba "w żartach lub po kieliszku" może cos takiego powiedziec nawet przy moim dziecku.

    NIE CHCE ZEBY COS TAKIEGO KIEDYKOLWIEK USLYSZALO.

    Tez myslałam ze jak ludzie beda wiedziec, to nie bedzie glupich komentarzy, nie bedzie co chwila pytan kiedy bedziesz w ciazy itp.

    Wczoraj po rozmowie z mezem postanowilsimy ze na chwile obecna wszystkim powiemy ze podjelismy decyzje o braku dzieci. Trudno nie udało sie, i niech tak sobie mysla.

    A cała nasza walka o ten jeden, jedyny cud bedzie nasza wielka tajemnica. Dziecku w odpwiednim czasie powiemy, ale otoczeniu na pewno juz nie.

    Czuje się okropnie, że to ja muszę sie wstydzic ze rozpaczliwie walczymy o nasze maleństwo i trzymac to w tajemnicy aby nie byc wysmiewanym, ani obiektem zartow.

    Starania od 2009
    VI 2012 ICSI
    VII 2012 ANIOŁEK (*)
    4.X.2012 Criotransfer :-(
    A teraz badania i naturalne starania :-)

    Bożonarodzeniowy cud
    22/12 58 bhcg 29/12 1470 bhcg 2/01 6600 bhcg
    17/01/2013 JEST SERDUSZKO :-)
    27/08/2
  • avatar
    bloo

    22/10/2012 - 16:10

    no dobrze, nie chcesz, aby Twoje dziecko kiedykolwiek coś takiego usłyszało, więc mam dwa pytania:
    1. CZEGO dokładnie ma nie usłyszeć?
    2. jaki masz na to wpływ?

    Bo mnie się zdaje, że jako rodzice chcemy ochronić dziecko przed złem tego świata, co jest zupełnie normalne. Z tym, że to zło i tak nadejdzie.
    Mój starszy syn ma 12 lat i niejeden raz usłyszał, że jest debilem, głupkiem, ma lamerskie włosy i tak dalej. Rzecz jasna nie ode mnie ;) a od swoich rówieśników.
    Mogę więc powiedzieć z doświadczenia (również własnego), że tym co rani nie jest treść a intencja. To, czy w treści znajdzie się "jesteś adoptowany więc jesteś kretynem" czy też "twoja stara jest głupia i ma wszy" jest naprawdę drugorzędne. Na słowo honoru i harcerza.
    Tak, Twoje przyszłe dziecko zetknie się z chamstwem, głupotą i ignorancją. Jak każdy człowiek.
    Jeśli sądzisz, że to akurat słowa o in vitro będą bardziej jadowite niż słowa o jego wyglądzie (szczególnie dla nastolatka!) to Jesteś w błędzie. Nie ochronisz dziecka przed takimi słowami w sensie: one i tak padną, i będą dotyczyć czegokolwiek, co osobie chcącej je zranić będzie się wydawało szczególnie celne.
    To, co możesz zrobić i co jest ochroną realną to wykształcenie w nim takiej samooceny i wsparcia od osób najbliższych, aby było w stanie powiedzieć "spadaj na bambus" i odejść z poczuciem, że jego świat nie runął- to tylko kolega okazał się być głupi.
    Nie jesteśmy w stanie ochronić dzieci przed konfrontacją ze światem, ale jesteśmy w stanie pomóc dzieciom w tym, aby ta konfrontacja nie miała mocy zniszczenia ich samych. I to jest jak najbardziej do osiągnięcia :)

    Opisałaś rozmowę z kolegą. Nie chciałabym urazić wrażliwości językowej czytających, ale na komentarze kolegi jest jedna, bardzo dobra i dosadna reakcja, brzmi ona "spie...laj". Mówione nie z gniewem, a z absolutnym spokojem wewnętrznym. Ponieważ kiedy jesteś poukładana ze sobą i swoją chorobą/problemem/bezrobociem/dzieciństwem/wstaw dowolne, to nie ma takiej mocy, która sprawi, że głupie słowo dotknie Cię dogłębnie i na najwrażliwszym poziomie.
    Oczywiście w wersji soft można powiedzieć "dziekuję, że się tym ze mną dzielisz, ale wiesz? nie obchodzi mnie to".
    Zresztą równie dobrze można odpowiedzieć "marchewka i buraczki", bo nie w tym rzecz, CO się powie, a w tym- jaki będzie stan naszego ducha i umysłu, kiedy odpowiadamy.
    To również jest do osiągnięcia, co potwierdzam swoim przykładem. Ten cudowny stan spokoju i zupełnej niewrażliwości na dowolny idiotyzm wygłaszany przez bliźnich jest w zasięgu naszej ręki, na ogół rodzi się powoli, i co najważniejsze: jest przekazywany drogą osmotyczną ;) dzieciom, które chłoną tę niewzruszoność od rodziców.

    W ogóle nei chciałabym, aby to, co napisałam wyżej, było odbierane jako zachęta "ok, od dziś wszyscy nośmy t-shirty z napisem "mam dziecko z in vitro/ adopcji prenatalnej/podchodzę do inseminacji".
    To super, jeśli jest w nas taka gotowość i osiągnęliśmy spokój wewnętrzny, ale też trzeba pamiętać, że to jest proces. A bycie "w leczeniu" jest takim okresem, w którym najważniejsze jest to, aby zadbać o swój komfort. Więc jeśli potrzebujesz teraz utajnienia swojego leczenia i wysłania otoczeniu komunikatu "już się nie leczymy" to rób tak, jak Ci serce i rozum dyktują.
    Bo prawdopodobnie dyktują Ci słusznie.
    To się potem może zmienić o 180 stopni (u mnie się zmieniło dopiero w trakcie ciąży, wcześniej żadna siła by mnie nie zmusiła do upublicznienia swojej choroby) i po prostu warto zostawiać sobie taką półprzymkniętą furtkę i nie zarzekać się. Bo przyszłość niesie wiele zmian w nas samych, rzeczy nieosiągalne stają się osiągalne, rzeczy bolesne przestają takimi być- po prostu warto dawać sobie czas i być wobec siebie wyrozumiałym :)

  • evika

    22/10/2012 - 18:10

    Myśle, ze "spie..laj" jest mocno nacechowane emocjonalnie, moze niepotrzebnie, bo czasem warto konfrontowac ludzkie intencje - spytać spokojnie o co mu chodzi, czy chciał Cię jakos zranic czy cos.. To działa cuda i zwykle dociera na tyle, ze ta druga strona zaczyna rozumieć cokolwiek, więc jest duża szansa, ze następnym razem pomyśli.
    Co do tej "osmozy" rodzicielskiej - pewnie tak, chociaz warto byc wrażliwym na potrzeby dziecka w temacie. Usłyszałam kiedys od adoptowanego dorosłego cos, co mnie zastanowiło - ze miał dosc bycia "sztandarem" dla swoich bardzo "niewzruszonych" w swym spokoju rodzicow promujących wszem i wobec ideę adopcji. Gdzieś trzeba szukać złotego środka, własnego i najbliższych..

  • shepper

    23/10/2012 - 15:10

    Niestety wpływu na to nie mam żadnego :-(
    Nie chce żeby usłyszało np że jest z probówki.

    Ale dziękuje za Twój post, dla mnie byl bardzo budujący.

    Pozdrawiam

    Starania od 2009
    VI 2012 ICSI
    VII 2012 ANIOŁEK (*)
    4.X.2012 Criotransfer :-(
    A teraz badania i naturalne starania :-)

    Bożonarodzeniowy cud
    22/12 58 bhcg 29/12 1470 bhcg 2/01 6600 bhcg
    17/01/2013 JEST SERDUSZKO :-)
    27/08/2
  • kamkus

    17/11/2013 - 23:11

    Ją na chwilę obecna nie powiem mojemu synowi że jest dzięki Aid.bo jaki to ma sens.skoro i tak nie będzie mógł odszukać swoich korzeni. Więc po co to wszystko.chyba tylko po to by zdjąć ten ciężar "tajemnicy"z nas rodziców a dołożyć dziecku.

    LUTY 2012 JUNIOR JUZ Z NAMI